sobota, 29 czerwca 2013

A droga daleka przed nami czyli powrót do domu

Po pierwsze – doleciałem :)
Po drugie – bardzo dziękuję za życzenia urodzinowe  i nie ukrywam, że czekam na imieninowe :D
Do dobrobytu człowiek się szybko przyzwyczaja, długo było normalnie, więc „lekko” mi się zapominało, że Saudi rządzi się swoimi prawami.
Przytomnie zamówiłem transport na 4 godziny przed odlotem i po raz kolejny błogosławię swoją rewolucyjną czujność.
Tak, kierowca, który  miał przyjechać po mnie do compoundu zadzwonił do mnie....  pól godziny przed czasem, że już jest.
Wychodzę przed „gawrę” – nikogo nie ma
To się pytam „aniołeczkagdzie on jest ???
No w compaundzie - pada odpowiedź
OK, ale w którym ??? - zapytałem
Ano…… w tym, co już w nim od 3 miesięcy nie mieszkam :-D
Wiem, że to jest daleko i za cholerę „five minutes boss” nie dałem sobie wcisnąć, niemniej próbował :)
Po 15 minutach telefon, czy mogę przyjechać pod biuro. Nie, nie mogę, bo nie mam ochoty się z nimi potem ganiać, biegając z „ciut” przeładowanymi gratami.
Czekam dalej.
Tylko 15 minut po planowanym czasie dojechali.
Wziąłem kierowcę na ambicję (a jak wiecie, moja sława „rajdowca”  jest cierniem w życi firmowych „driverów”) i mówię, że trzeba się spieszyć, bo droga daleka przed nami, a zaczyna się trzydniowy weekend i na drogach będzie horror.
Ale nie doceniłem mojego kierowcy.
Przewiózł mnie takimi krzakami, o istnieniu których zielonego pojęcia nie miałem.
A ciął jak wściekły, żeby pokazać, że on też umie i lubi szybko jeździć.
Ufff.....  dotarliśmy.
Pierwsza „rozbieranka” od razu na wejściu, ale terminal wygląda na w miarę pusty.
OK, mam jeszcze ponad 3 godziny do odlotu.
Trzeba tylko znaleźć właściwe okienko do nadania bagażu i wzięcia kart pokładowych .

Łatwo powiedzieć, ale zrobić trudno, bo jest podział okienek na „local airlines” i „foreigner airlines”. No świetnie, tylko tam pół świata lata :)
Weź teraz i znajdź.
Ale po półgodzinnej pielgrzymce znalazłem.

Druga kontrola - czy są karty pokładowe i paszporty, a za nią…… kolejka jak po szynkę przed świętami za PRL.
Nawet kolejka dla uprzywilejowanych miała kilkaset osób.
No ale luz, mam 2,5 godziny to zdążę.
Owszem, zdążyłem……..15 minut przed odlotem - tzn. planowanym czasem odlotu :-D
Po kolejnych 40 minutach już jestem w samolocie, po następnych 30 minutach startujemy.
Lot trwa…50 minut, z Dammam wylecieliśmy z 1,5-godzinnym opóźnieniem.
W Doha zdążyłem tylko zapalić, wymienić wodę w obiegu i do drugiego samolotu.
Który.… zaginął w systemie :-D
Nikt go nie widzi. Gadzina, która z domu monitorowała moją podróż panikuje, bo całkowicie zniknął i nikt, łącznie ze znajomą z
Qatar Airways pojęcia nie ma co się dzieje z tym samolotem.
My twardo czekamy, aż się nasz samolot znajdzie, bo nie ma jak do nieistniejącego samolotu cargo załadować :-D
Wreszcie po…... półtorej godziny samolot się znalazł.
Pan Kapitan ambitnie cisnął maszynę tak, że w Warszawie byliśmy tylko 45 minut po czasie.



czwartek, 27 czerwca 2013

Na pochyłe drzewo każda koza skacze, ale... nie każda włazi na jego czubek - Maroko część piąta

W związku z postulatami Sznupków domagających się kóz marokańskich wracam do tematu Maroka.
Kozy nadrzewne to pewien rzadko spotykany fenomen i zdjęcia robią praktycznie wszyscy, którzy to zobaczą.
Wiedzą o tym doskonale i przewodnicy i……. pasterze kóz, którzy za sesję zdjęciową liczą sobie całkiem słono.
Zrobienie dobrego zdjęcia kozy jest dość trudne, szczególnie jak się ze dwa autokary zatrzymają  i „moi ulubieńcy”  fotografujący  telefonami pętają się jak oszalali pod nogami włażąc w kadr.
Smakołykiem, który wpędza kozy na drzewa jest argan.

Drzewo arganowe jest gatunkiem endemicznym występującym wyłącznie na obszarach położonych między As-Sawirą, a Agadirem w południowym Maroku. 
Z nasion drzewa arganowego zwanego też olejarą żelazną wytwarzany jest olej  zawierający 80% nienasyconych kwasów tłuszczowych i wykorzystywany zarówno w celach spożywczych jak i w kosmetyce i medycynie. 

Ziarna arganu są bardzo twarde i trudno je otworzyć, dlatego zbiera się ziarna....  wyplute lub wydalone przez kozy :D
 
Poniżej zdjęcia kóz i jednej "Kozy do zadań specjalnych" – posiadającej aparat fotograficzny :-D












Dwie kozy - w tym jedna do "zadań specjalnych" :D
Pani ma na brodzie typowy berberski tatuaż
Łuskanie arganu

Niech Ci gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie :)

Camelku 

Z okazji urodzin moc najserdeczniejszych życzeń, dużo radości i uśmiechów każdego dnia, przejrzystej wody w głębinach, smakowitych eksperymentów w kuchni i mało jazgoczącej Gadziny :)

                                                                      Ola 



środa, 26 czerwca 2013

Dammam - Doha - Warszawa :)

Moi  Drodzy  Czytacze

Następnego  posta  napiszę  dla  Was  już  z  Polski  :)












P.S. i znowu zjem kabanosy i jajecznicę na boczku :)

"... Sława to jest proszę Was, zabawa lub paskudna gra” czyli mandat

W czasie jednej z przerw na fajkę podchodzi do mnie mocno zafrasowany koleś.
Wiedzę, że coś mi chce powiedzieć, ale się mota.
To grzecznie zagajam, w czym problem.
On na to odpowiada, że ma dla mnie przykrą wiadomość.
Jaką ? 

Ano – mandat za 300 SAR.
Biała RAV4, czyli „Krasula” - ani chybi moja.
No ciężka cholera, w końcu mnie namierzyli :(
Ale drążę temat, gdzie i za co - czyli jakieś detale co do tego w jaki sposób  udało się im mnie „sfocić
No w Khobar, ale bez szczegółów, co do lokalizacji, a prędkość przekroczona o….  25 km/h.
Moment, wiem, gdzie są fotoradary w mieście i z reguły nie przekraczam prędkości o 25 km/h.
Jak już, to grubiej :-D
To idę zobaczyć papiery……. a to nie moje numery rejestracyjne :-DDD
Fakt, RAV-ek nie ma tu dużo, a moja sława jak widać sięga już całej firmy.
Hi, hi – wiem, kto zmoczył :-D


Ilustracja muzyczna do posta -Zespół Reprezentacyjny - "Cena sławy" :) 

Źródło


wtorek, 25 czerwca 2013

Droga do Al - Hasa czyli jeszcze bardziej pośrodku niczego

Jeden z nowych projektów rozpoczyna się w tej lokalizacji, to i mnie tam poniosło, żeby swą wiedzę i o projekcie i o Saudi poszerzyć.
Droga niebyt daleka, ale jeszcze bardziej monotonna, niż do Jubail.
Czyli jednak są drogi bardziej pośrodku niczego :D

Na trasie Dammam - Jubail w dali coś się dzieje - a to jakiś zakład albo farma, a na trasie do Al-Hasa zupełnie nic, pusto aż po horyzont.
W dwóch miejscach jedynie zauważyłem namioty tutejszych Beduinów i  przechadzające się dostojnie wielbłądy :)
Dopiero pod koniec drogi – atrakcja w postaci … linii kolejowej (jedynej w KSA).
Pierwszy raz od pół roku zobaczyłem pociąg.
Szkoda, że tylko towarowy, ale zawsze coś :-D
Zbieram się od dłuższego czasu, aby udać się w podróż z Dammam do Rijadu właśnie tym środkiem lokomocji.
W Polsce to nie jest dla mnie żadna atrakcja, ale tu przewaga kilkuset ton nad potencjalnym przeciwnikiem na drodze daje pewien komfort podróży :-D
Przekonałem się również, że zasypanie drogi do Al-Hasa nie jest specjalnie trudnym zadaniem dla dżinnów :-D
Dziś wiało naprawdę lekusieńko, a już się tworzyły wydmy usuwane za pomocą ciężkiego sprzętu.
Kierowcy w Al – Hasa jeźdżą duuużo gorzej, niż po Khobar.
Miasto też nie zrobiło na mnie powalającego wrażenia.
Dodatkowo – cieplej o jakieś 5-6 stopni niż u mnie.
Z przyjemnością wróciłem, bo teraz siedzę sobie w chłodzie – na dworze tylko 43 stopnie :)


Burza piaskowa w Arabii Saudyjskiej 

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Jednak zmiany czyli zazębi mi się z Wami weekend

Od kwietnia toczyły się debaty, czy zmieniać dni weekendowe w Arabii Saudyjskiej, czy nie.
Najpierwsza
Shura Council ogłosiła, że nastąpi zmiana dni wolnych od pracy i weekend będzie zaczynał się w piątek, a nie w czwartek, jak do tej pory.
Jednak z Pałacu Królewskiego przyszła odpowiedź, że tak się nie stanie (więcej informacji - tutaj)

To znaczy Jego Wysokość pokazał, kto tu wydaje polecenia i kto tu rządzi.
Temat ucichł na czas jakiś, a wczoraj wielu moich Kolegów, bądź mieszkających w GCC bądź interesujących się tematem wysłalo mi maile z doniesieniami prasowymi z połowy świata, że jednak zmiana nastąpi zgodnie z pierwotną propozycją
Shura Council 

Zmiana dni weekendowych nastąpi już w tym tygodniu - to się nazywa tempo prac ustawodawczych :)

Informacje na ten temat znajdziecie tutaj i tutaj i nawet tutaj :)



niedziela, 23 czerwca 2013

Oddech pustyni czyli co warto wozić w samochodzie

Jako że pod koniec mojego tygodnia pracy w strony ojczyste powracam na czas jakiś, to musiałem „z wizyta duszpasterską” moich „wesołków’ odwiedzić, porozdzielać zadania do wykonania  itd.
Dinesh ma zwyczaj w drogę poza miasto zabierać dużą butelkę wody.
Zawsze się zastanawiałem po jaką cholerę, bo przecież nie ma lodówki w samochodzie i ta woda nadaje się po podróży raczej do zaparzenia kawy niż do picia.
Dziś się przekonałem po co.
Na trasie do Jubail złapaliśmy gumę dokładnie pośrodku niczego.
Oczywiście, jak to w takich wypadkach bywa – nikt z Działu Transportu telefonu nie odbierał.
No to sami zaczęliśmy kombinować zmianę koła.
Zapas - jest, lewarek – jest, ale ......  strach też jest.
Tu nikt nie wozi trójkąta ostrzegawczego, a nauczony doświadczeniem,  zaufania do innych użytkowników drogi nie mam za złamane halala :)
No to trzeba zjechać na solidnie wyglądające pobocze.


Lekcja  pierwsza  - pobocze, nawet to wyglądające bardzo solidnie solidnym być nie musi :-D
Dinesh zaczął desperować, bo się lewarek ostro zakopywał w piachu.
Cóż, do tego jest potrzebny słowiański spryt i umiejętność zrobienia czegoś z niczego :-D
Po kilkusetmetrowej wędrówce znalazłem całkiem przyjemny dla oka kamor i dwie niebrzydkie belki :D
To kamor pod lewarek, belki pod koła i jedziemy z koksem.
Kamor się lekko pod ziemię schował, ale daliśmy radę zdjąć i założyć koło, podkopując się nieco za pomocą ……… kołpaka :)


Lekcja  druga  - warto mieć ze sobą saperkę, bo jak się trafi fura bez kołpaka to będzie bieda :D


Lekcja  trzecia  - przyszło oczekiwane przez wszystkich lato i w miejscu gdzie byliśmy temperatura wynosiła 56 stopni. Nawet „lekko” przegotowana woda po niewielkim wysiłku fizycznym w takiej temperaturze ma smak dobrze schłodzonego  „Ciechana Miodowego” – czyli  zawsze  (!!!) poza miasto zabieramy wodę :-D


ps. Dziwny ten piasek na pustyni - na poboczu drogi biegnącej dokładnie pośrodku niczego znalazłem w piasku od cholery muszelek :) 
Lemessoss by się ucieszyła na takie zbiory :)


Warto  obejrzeć  jak  wygląda  wymiana  opon  w  trakcie  jazdy  w  wydaniu  saudyjskim  -  kliknij  tutaj

Źródło

sobota, 22 czerwca 2013

Dieta dla Wielbłąda - każdy pomysł na wagę złota :)

Jako, że Parzystokopytnemu coś się za dobrze powodzi w Arabii Saudyjskiej i cały czas objada się czymś, czego dobrze wychowanym Wielbłądom jadać w pewnym wieku już nie przystoi więc, mam uzasadnione obawy, że przyjedzie do Polski bardzo tłusty.

Ja co prawda wielbłądzinę bardzo lubię, nie tylko w postaci potrawki albo tajine, ale wolałabym, żeby mój Własny Prywatny Parzystokopytny aż, tak tłusty nie był.

A przez Skype ciągle słyszę, że to jakieś pestki chrupie, co mu je Hossam przywiózł, a to batonikiem poprawia, a na dodatek od czekolady pitnej i tabliczkowej też nie stroni.
Chałwy na szczęście już nie jada, bo ...... mu się przejadła :)

Wpadłam więc na bardzo sprytny, godny Naczelnej "Gadziny" plan i zakupiłam ........   parowar :)
Testuję to genialne urządzenie na wszystkie możliwe sposoby, co by mi się Parzystokopytne Stworzenie nie zaczęło buntować i żywić niezdrowo w knajpkach przeróżnych.

Wiem już, że łatwo nie będzie, bo lista Jego życzeń kulinarnych, na okres pobytu w Polsce wygląda mniej więcej tak:
- żeberka w marynacie teriyaki z pieczonymi ziemniaczkami
- żurek z białą kiełbasą i skwarkami z wędzonki
- stek z polędwicy wołowej w sosie serowym z zielonym pieprzem 
- węgierska zupa gulaszowa
- pierogi z mięsem
i inne temu podobne "super dietetyczne" potrawy :( 

Jeśli macie pomysły na jakąś smaczną karmę dla zbyt tłustych Saudyjskich Wielbłądów, będę wdzięczna za przepisy, 
Każdy  przepis  się  przyda  i  nie  muszą  to  być  tylko  potrawy  z  parowara :)
Dodam jednak, że Camelek musi (bo inaczej chodzi głodny) spożyć minimum 300 gramów mięsa dziennie i nie mogą to być ryby.

pozdrawiam
Ola


poniżej  mój  nowy  nabytek  -  parowar  czyli  Zmora  Wielbłądora :) 

piątek, 21 czerwca 2013

„Czwartek pracujący” czyli jak zostałem mutantem

Ciepło się już zrobło, ale bez przesady. Rano w cieniu było 38 stopni.
Jako, że wczoraj był „trzeci czwartek miesiąca” udałem się
do pracy zamiast na basen  :(
Pamiętacie moje wpisy dotyczące wielkiej radości moich „tubylczych" kolegów, kiedy mówiłem, że lubię ciepło a Oni twierdzili, że poczekają, aż zrobi się cieplej ?
To wychodzę sobie zapalić na taras rano, raz, drugi, a tam żywego ducha.
Co jest, wszyscy palacze wzięli dziś urlop, czy co ?
Ale wychodzę po południu kolejny raz, a tam cała ekipa.
Pytam grzeczne, czemu się wcześniej nie ujawniali.
Oni na mnie jak na wariata, że przecież cienia nie było.
"No to co"  ? zapytałemm grzecznie
Jak to co ? No gorąco jest, że się wytrzymać nie da" - Oni na to
Jaja, sobie robicie? Palę tu od rana i wcale nie jest za ciepło – normalnie jest.” - stwierdziłem
Popatrzyli po sobie i stwierdzili, że ja chyba mutant jestem, bo w słońcu jest 48 stopni :-D




czwartek, 20 czerwca 2013

Czym są „małe rodzinne firmy” w wydaniu saudyjskim czyli kolejna nowa znajomość



Jeden z moich młodych, saudyjskich kolegów z pracy – Ibrahim „Ibrą" zwany poprosił mnie  o pomoc dla swojego kolegi.
Ponieważ kolega ów – Hussein studia w Polsce zamierza podjąć, więc czy mógłbym mu doradzić.
Przyjechali do mojej skromnej „gawry” i okazało się, że młody człowiek nie ma ochoty „postudiować” w miłym kraju, tylko chce się czegoś naprawdę nauczyć.
Okazało się, że już ma wybraną uczelnie, czyli …. warszawską SGH, gdyż uczelnia ta cieszy się dużą estymą wśród Saudyjczyków.
Pochwaliłem wybór, opowiedziałem o najważniejszych dla Niego kwestiach dotyczących życia w Polsce (college kończył w Stanach, więc rozmowa przebiegała w atmosferze wzajemnego zrozumienia :D ).
Po owocnej dyskusji udaliśmy się na …  obowiązkową sziszę :)
Zacząłem pytać, Husseina co Go skłoniło do studiowania w Polsce.
„Jak to co?” – zapytał zdziwiony – przecież to ważny kraj rolniczy w UE.
Że przepraszam -  co  ??? Polska  ważnym  krajem  rolniczym ???   

A  skąd  On  to  wie ? ? ?
A gość zaczyna mi wymieniać jakież to dobra spożywcze są polską specjalnością – wysokiej jakości mleko, doskonałe jabłka itd.

Skąd  to  wiesz?” – nieśmiało zapytałem.
„Jak to skąd ? – moja  rodzina ma farmę i importujemy żywność do KSA”
„Duża ta farma ?" – zapytałem
„Nie” -  pada odpowiedź  - „Jakieś kilka tysięcy owiec. Żywność importujemy z kilkunastu krajów świata od 60 lat. W tym z Niemiec i Holandii, ale Wuj uznał, że polska żywność jest lepsza i tańsza, dlatego tam mam skończyć studia i otworzyć się na nowe doświadczenia. Jak już skończę studia, to po przedstawieniu planu rozwoju firmy dostanę na początek kapitał, żeby ją utworzyć i po tym, jak spłacę Wujowi kapitał, firma będzie moja”
Mam zaproszenie na ta farmę w przyszły weekend.
Może to być początek interesującej znajomości.

środa, 19 czerwca 2013

Gadziny wszystkich krajów łączcie się ... :)



Jako, że Futrzak podniosła tutaj głos w mojej obronie i jak zrozumiałam z Jej wypowiedzi uznała, że mogę nazwę "Gadzina" odbierać jako pejoratywną, więc niezwłocznie śpieszę donieść, że nie czuję się tym określeniem urażona :)


Nie wiem skąd Paweł – Camelem też zwany wytrzasnął to określenie, ale w żaden sposób mi ono nie przeszkadza.

Gadziną, ziejącą ogniem smoczycą, a nawet jadowitą żmiją od czasu do czasu  bywam, zwłaszcza kiedy to jedno  Parzystokopytne  Stworzenie  piszące tego bloga muszę postawić do przysłowiowego pionu :)

Jeśli więc w Was też, odzywa się czasami instynkt jadowitego stworzenia, zwłaszcza, jak Wam jakiś osobnik płci odmiennej (tej gorszej ma się rozumieć) zajdzie za skórę to apeluję „Gadziny  wszystkich  krajów  łączcie  się” :)

Pozdrawiam
Ola

PS. Dzięki Futrzaku za wsparcie – miło, że o mnie pomyślałaś. Często (mimo, że chyba tego nie widać) zaglądam na Twojego bloga i czytam go z ogromną przyjemnością.

Kubańska ekipa czyli tym razem się udało - "dzienników kubańskich" część 3

Jeździmy dość często w różne miejsca świata i mamy taki paskudny zwyczaj, że do każdego z krajów staramy się wracać po kilka razy. 
Jednak naprawdę rzadko trafia się jakaś konkretna ekipa. Nasza grupka na  Kubie była wprost fantastyczna (drugą tak rewelacyjną grupkę mieliśmy w Jordanii - dwoje Amerykanów, dwoje Kanadyjczyków i my - wszyscy poobwieszani sprzętem fotograficznym niczym juczne wielbłądy).

Podczas pobytu na Kubie, wyglądało to tak, że jak ktoś miał jakiś pomysł na wyjazd – wszyscy pytali tylko  „o  której  wyjeżdżamy
I wszyscy byli o czasie :)
A pomysłów nam nie brakowało.
Popłynęliśmy na
Cayo Blanco – na plażę z białym i miękkim jak mąka piaskiem.
Biały był nie tylko z nazwy, ale także w rzeczywistości.

Bo to tak naprawdę nie jest piasek, tylko muszle skorupiaków zmielone przez morze do konsystencji gipsu.
Po drodze zaliczyliśmy nurkowanie z delfinami w delfinarium zlokalizowanym na morzu.
Płynęliśmy w święta, więc jeden z naszych kolegów zabrał ze sobą czapkę Świętego Mikołaja :-D

 
Pamiętacie jak pisałem o „Baltonie” i obiecywałem, że wrócę do tego tematu ?
Jednym z naszych  kolegów był  prawdziwy  marynarz,  taki jak z filmów marynistycznych.
Oczywiście – palił fajkę, bo jakżeby inaczej :)
Przyglądam się Krzyśkowi i mówię, że pamiętam z czasów młodości reklamę „Baltony" i że niesamowicie przypomina tego kolesia, który w niej grał.
Krzysiek i jego Żona wpadli w histeryczny śmiech.
Co jest grane ? Coś głupiego  palnąłem (jak zwykle) czy co ?

Jak już się wyśmiali, dostałem po kilku chwilach odpowiedź, że to bardzo prawdopodobne, że Krzysiek jest podobny do faceta z reklamy, bo to właśnie On i na statkach do tej pory ma ksywę „Baltona" :-D
Zgrywając twardzieli, po zapewnieniach „starego wilka morskiego”, że "to słoneczko to jest pikuś" wzięliśmy się za opalanie.
Dziewczyny miały inne zdanie, ale my twardziele….   kwiczeliśmy później przez całą noc, bo się tak zjaraliśmy :)


Podczas wycieczki do Hawany znaleźliśmy dwóch ”zaginionych  w  akcji” turystów z Polski.
Zaginęli oczywiście w klasyczny sposób czyli - za dużo rumu i towarzystwo pięknych Kubanek :)
Myśleliśmy, że zabalowali 1 dzień..... :)
No, chłopaki też tak myśleli, ale.....  coś się kalendarz nie zgadzał, bo nawet nauka radziecka nie zna nocy z poniedziałku na czwartek :-D


Zakupy naszej ekipy opiszę w kolejnym odcinku. Czekajcie, bo warto :-D










wtorek, 18 czerwca 2013

„Angry Bird” czyli poranny atak lotniczy

Wybrałem sobie trasę do pracy nieco bardziej urozmaiconą ze względu na mniejszą ilość świateł, ale za to z niekończącym się remontem.
Ma to swoje dobre strony, przede wszystkim – mniej „mistrzów długiej prostej”, bo się w kilku miejscach trzeba wykazać nieco większymi umiejętnościami za kierownicą, niż tylko kurczowe trzymanie (lub nie trzymanie :-DDD) kierownicy i ciśnięcie pedału gazu do podłogi.
Trasę mam już „objeżdżoną” to pozwalam sobie na mały poranny wyścig z samym sobą i poprawianie „czasówek” :-D
Ale dziś zostałem na rondzie …   zaatakowany  z  powietrza :)
Nie wiem, co to było za ptaszysko, ale z rozmiarów i celności  „zrzutu  ładunku”  ani chybi tresowany kondor przyleciał tutaj na gościnne występy :-D
Oczywiście, włączyłem wycieraczki i spryskiwacze, ale przez moment (dosłownie i w przenośni ) gówno widziałem :-D
Dobrze, że wjeżdżając na rondo sprawdziłem sytuację na nim i nie miałem żadnego dodatkowego „levelu” do pokonania.
Rozmazane guano za cholerę nie dawało się usunąć wycieraczkami – całe szczęście , że tu każdy w samochodzie wozi chusteczki higieniczne w przemysłowych ilościach.
To sobie „wygospodarowałem  wizjer” na szybie i tak dojechałem do firmy.
Tak, dziś chłopaki myjący samochód ciężko zapracowali na swoją comiesięczną „stówkę” :-D


Do posłuchania - El Condor Pasa 

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Nowa knajpa w Jubail czyli „West & East”

Dawno nic nie pisałem o jedzeniu, to dlaczego nie dzisiaj ?
Podczas kolejnej „gospodarskiej wizyty” na budowach, pojechaliśmy do dzielnicy pakistańskiej na obiad.
Dzielnicę łatwo poznać, bo syf tam jest niemiłosierny.
Nie wiem dlaczego, ale w całej okolicy tylko dzielnice pakistańskie wyglądają jak z horroru.
Ktoś tam się niby kręci i sprząta, ale wyjście z samochodu w upał po prostu powala.
Smród jest taki, że naprawdę dłuuugo się zastanawiałem, czy faktycznie jestem jeszcze głodny :(
Ale moje „wesołki” zapewniali, że jedzenie jest świeże i naprawdę smaczne.
Przełamując swoje obrzydzenie, zasłaniając nos czapką poczłapałem za chłopakami po uliczkach.
Dochodzimy na miejsce – buda obskurna, jak wszystkie w okolicy, ale w środku… czyściuteńko, pachnąco, no pełna kultura.
Zamówiliśmy różne różności – każdy znalazł coś dla siebie.
Ale okazuje się, że wszystkie porcje są ….   wieloosobowe :)
Także oprócz zamówionego „chicken  masala" spróbowałem jeszcze kilku innych potraw.
Wszystkie faktycznie świeże i znakomicie przyprawione, tak jak lubię.
I co kilka chwil Pan Kelner kopytkował ze świeżutkim, jeszcze ciepłym podpłomykiem.
Całe to obżarstwo na 4 osoby kosztowało nas niecałe 70 SAR (z napojami).
Także faktycznie było warto pocierpieć, aby tam dojść :-D


Żródło

niedziela, 16 czerwca 2013

Varadero i droga do Hawany czyli odrobina kapitalizmu w socjalizmie - "dzienników kubańskich" część 2

Kubańską ciekawostką jest system walutowy.
To znaczy dla nas, dinozaurów przedkapitalistycznych, to nic specjalnie nowego, ale dla młodzieży może być niespodzianką.
Po pierwsze – są dwie waluty – peso national (moneda nacional, CUP) i 
peso convertible („chavito”, CUC nazywane przez nas "kucykami").
Czym to się różni ? Wygląda to podobnie jak u nas przed 1989, kiedy to były sklepy typu „Pewex” i „Baltona” (o „Baltonie”, ale w innym kontekście, będzie w kolejnej części) .
Można tam było kupować towary niedostępne w normalnych sklepach i płacić można było walutami zachodnimi takimi jak dolary wszelkiego gatunku i maści, markami niemieckimi, szwedzkimi koronami itp.
Ale była jeszcze inna waluta. Bony PKO, które to ówczesne władze stosowały jako zamiennik dolara amerykańskiego. Jeśli ktoś miał konto walutowe (bo albo pracował na kontraktach, gdzie płacono mu dolarami, albo od „wujka z Hameryki” dostał) to konta były podzielone na dwa typy „A” i „N” .
Wiem, że było to strasznie skomplikowane, ale z kont „N” można było wypłacać albo bardzo ograniczoną liczbę waluty, albo większe kwoty właśnie w bonach PKO.
Peso national pełni funkcję ówczesnej złotówki – czyli w gruncie rzeczy coś, co dostajesz jako wypłatę, ale wykupić to za to możesz…  kartkowe przydziały i niewiele więcej.
Peso convetible – to już insza inszość :)  Płacenie walutami obcymi jest na Kubie przestępstwem, więc musisz wymienić euro lub dolary USA na peso po  „arcyatrakcyjnym”  kursie: 0,9 peso
convertible za dolara i 1,1 za euro. Na Kubie prawie nie ma bankomatów, trudno też skorzystać z usług banków. Wyjątek stanowią duże miasta i strefy turystyczne np. Havana, Varadero. 
W całej „zona turistica”, we wszystkich sklepach inną waluta niż peso convertible nie zapłacisz (przynajmniej oficjalnie :-D).
A ceny urywają łeb przy samej…..... 
Przykład: puszka hiszpańskiej fasoli z choricio (wielkości zup Campbella) to wydatek rzędu – 17 peso convertible 

Chiński telewizor kineskopowy – 1700 peso convertible z groszami.
Piwo „Bucanieros”  - 3 peso convertible za 0,33.
Rum „Havana Clubciemny – 12  peso convertible za 0,7 litra
Ale …... Polak potrafi, a ten pamiętający PRL – potrafi doskonale (o tym w kolejnej części ).
Do Havany jedziemy…... płatną autostradą
Via Blanca :)
Także ten socjalizm nie jedno ma imię :-D


Dom Al Capone w Varadero. Obecnie mieści się tam restauracja.

























I jeszcze jeden mały biały domek















Ludzie mieszkają jednak i w takich domach, wbrew pozorom, ten na zdjęciu także jest zamieszkały.















Centrum Varadero















I kolejny zachód słońca :)















Granica prowincji Matanzas i La Habana. Na zdjęciu droga Via Blanca i najwyższy most na Kubie, przerzucony nad wąwozem, którym płynie rzeka Bacunayagua. Przejazd pomiędzy miastami Matanzas a Varadero jest płatny
















Kubańska "drogówka" w akcji

sobota, 15 czerwca 2013

Kuba wyspa jak wulkan gorąca ? czyli „dzienników kubańskich" część 1

Kuba zawsze mnie fascynowała.
Wspaniała pogoda, plaże, kobiety, Al Capone, Fidel Castro, Che Guevara i Guantanamo.
W czasie naszej wyprawy Guantanamo nie miało jeszcze tak ponurej sławy jak dzisiaj, nie mniej jednak, jest to miejsce bardzo ciekawe z historycznego punktu widzenia.
Nawet za największej potęgi ZSRR i siły dr Fidela, nawet po inwazji w Zatoce Świń nikt nie zlikwidował tam amerykańskiej bazy wojskowej.
Ale nie o polityce tu chciałem :)
Z ciekawostek – za wyjazd z Kuby trzeba płacić będąc turystą.
Swoją drogą, co by mi zrobili, gdybym nie zapłacił ?
Wsadzą mnie za długi wobec państwa, czy każą odpracować ?
A jeżeli tak - to w jaki sposób ?
Podczas następnego pobytu muszę się dowiedzieć :)
Polecieliśmy tam w grudniu, spędzając najbardziej odjechane Święta w naszym życiu :)
Na kolację wigilijną był……. homar. Święta spędziliśmy popijając mohito, cuba libre i inne smakołyki :)
Znalazłem tam swoją wielką miłość -  kubańskie piwo „Bucanieros
Kupowałem cygara z tyłu fabryki filmowany przez „opiekuna wycieczki” któremu z kolei Ola robiła zdjęcia.
Nurkowałem z delfinami, byliśmy na plaży z idealnie białym piaskiem.
Podoba się ?
Jeśli tak, to rozwinę temat :)
A teraz wprawcie się w nastrój słuchając „Buena Vista Social Club” i moich dwóch ich utworów (linki poniżej)

- Chan Chan
- Hasta Siempre Comandante - słuchając zwróćcie uwagę na kadr między 67 a 69 sekundą utworu i fotkę pt. Murale dla Futrzaka :)

Kubański  Wielbłąd  - znak  obycia  :)   
Ola  zrobiła  mi  to  zdjęcie  podaczas  jakiegoś  spaceru. 
Szukając  w  necie  linka  do  utworu  Hasta  Siempre  Comandante  trafiłem przypadkowo  na  zdjęcie,  które  widzicie  poniżej. 

Jak  widać  na  obu  zdjęciach  Kuba  sprzyja  takim  relaksującym  przystankom

Murale  dla  Futrzaka :)
Rewolucjonista.  Człowiek,  którego  widzicie  na  zdjęciu przeszedł cały  szlak  bojowy  od  Sierra Madre  do  Havany.

Samochody  -  większość  z  nich  już  poza  blachami  nie  ma zbyt  wiele  wspólnego  z  oryginałami.  Widziałem  starego  Chevroleta  z  silnkiem  od.... Wołgi :-D


Wieczorny  widoczek  z  okna  :)






















Wigilia  w  Hawanie
Jeżu,  jaki  ja   byłem  szczupły  :(























Uliczka z klimatem ...
Portret  dwóch  Gadzin.  
Moja  "Gadzina"  w roli  nieustraszonego  pogromcy  krokodyli.
Tylko  ta  trzymana  na  rękach  ma ...  zasznurowaną  paszczę.
Czasami  się  zastanawiam,  czy  nie  byłoby  fajnie  zrobić  tego  samego  tej drugiej  :-D



piątek, 14 czerwca 2013

Szkoła dla sześciolatków czyli „waadza” wie lepiej



Jeżeli ktoś mnie zapyta, dlaczego potomstwa nie posiadając, temat takowy poruszam odpowiedź znajdzie poniżej.

"Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował.  Nikogo już nie było.
"
 
Martin Niemöller

Cytat ten nie jest bynajmniej porównaniem tamtego systemu (mimo „dziadka z
Wehrmachtu” ), ale wynika z mojego doświadczenia, że jak Rząd mówi, że „chce mojego dobra” to należy dobra owe bezzwłocznie spakować i do lasu lub gdzie indziej s…..zybko się udać.
Z lekkim, może nie przerażeniem, ale na pewno z niesmakiem przeczytałem, że Premier wywodzący się z partii mającej „Obywatelska” w nazwie nie znalazł czasu przez lat…… 5 żeby spotkać się z ludźmi potomstwo posiadającymi.
Mimo słusznego już wieku pamiętam moją „zerówkę” i w oparciu o tamte wspomnienia i późniejszy „transfer” do pierwszej klasy jako wydarzenie doniosłej wagi post ten napisałem.
Tylko moja  „zerówka”  była  w  szkole i dzięki temu Panie Wychowawczynie były nas w stanie przygotować na takie zmiany.
Kiedy słyszeliśmy dzwonki, Panie tłumaczyły, co to i po co, ale rygor ten nas jeszcze nie dotyczył.
Dawało to szanse na zapoznanie się w sposób „nieinwazyjny” z życiem szkolnym.
Powiem Wam zupełnie szczerze - kompletnie nie trafiają do mnie argumenty strony rządowej, że to rozwiązanie słuszne jest i zbawienne dla systemu edukacji.
Podejrzewam, że skutki tej, kolejnej, z resztą „śmiałej" reformy szkolnictwa przyniesą równie spektakularne „sukcesy” jak utworzenie gimnazjów.
Ciekaw jestem, co Wy o tym sądzicie.

środa, 12 czerwca 2013

Zakopane, Zakopane – lecz gdzie góry i górale ???

Jakbyście się jeszcze nie domyślili – wieje :)
Ale jakoś tak spokojniej, niemniej jednak sobie wiuwa nadal.

Pojawili się pierwsi Panowie Odpiaskowywacze, bo się już naprawdę jaja zaczęły robić.
Na przykład została……… zasypana, a przez to zamknięta droga do Al-Hasa.
Jeszcze wczoraj dało
się nią jechać jakieś 3 do 40 km/h. dziś została zamknięta (jak się jeden Kolega postara, to wkleję Wam filmik)
Byłem na dwóch budowach, więc piasek mam detalicznie wszędzie - łącznie ze zmarszczkami :)
Tak, tam też :-DDD
Widoczność w miarę dobra, ale dmucha solidnie.


PS

Kupiłem dzisiaj pieczywo to będę miał normalną kolację :P

wtorek, 11 czerwca 2013

Wieje dalej, a mnie skleroza łupie :)

Nastąpiła lekka zmiana pogody. Zamiast ciepłego wiatru wieje zbyt……. mocno ciepły wiatr.
Ma się wrażenie, jakby się stało przed otwartym piekarnikiem, który ma włączony
termoobieg.
Ogólnie rzecz ujmując – interesujące doświadczenie :)

Wiaterek nie dość, że grzeje to jeszcze "peeling  twarzy" może zrobić, jak za długo z paszczą w jego kierunku stoisz.
Co ciekawe, nie jest to normalna sytuacja - nie powinno aż tyle czasu wiać,  powinna tu już być (zgodnie z kalendarzem)...  sauna parowa.
Co jest gorsze ??? 

Jeszcze nie wiem, ale na pewno za kilka dni się dowiem :)

    Pojechałem po pracy na uzupełniające zakupy, bo mi się pieczywo skończyło.
Tak więc kupiłem, zgodnie z zamówieniem mojej  Prywatnej  Domowej  Gadziny

- mielony kardamon, 
- marokańskie sardynki w puszce, 
- melona miodowego, 
- wodę w dużych bańkach 
- i jakieś inne pierdoły.
Pokopytkowałem do kasy, Pan Pakowacz spakował zakupy i zawiózł do samochodu.
Wsiadłem, odpaliłem "Krasulę", przyjechałem do compoundu,  dotachałem   samodzielnie  (sic !) zakupy do „gawry”.

Pisałem, że pojechałem po pieczywo ???
To go k…… nie kupiłem, a wracać do sklepu mi się nie chce :(
I tak kolejny dzień z rzędu na kolację będzie sałatka owocowa.
A miałem taką ochotę na bułkę z pasztetem i pomidorkiem

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Dalej wieje czyli pogoda ... zaskoczyła drogowców :)



Wiaterek sobie wieje dalej, tylko się lekko widoczność poprawiła.
Ciekawe jest natomiast coś innego.
Po opuszczeniu naszej cudnej krainy miałem nadzieję, że moje przygody z zaskoczonymi zimą w grudniu drogowcami i wynikające z tego konsekwencje mam już za sobą.
Okazuje się, że wcale nie. Czyli jest jak zawsze, kiedy jestem czegoś za bardzo pewny.
Tutejsi drogowcy też należą do gatunku "
zaskoczonych". Tylko nie zimą, a piaskowymi burzami :)
Dla mnie jedna cholera – i tu i tu się można zdrowo poturbować przez ich zaskoczenie.
W jaki sposób w Polsce – to doskonale wiecie.
Jak tutaj ? Ano przez p…… wydmy wyrastające ni z gruchy, ni z pietruchy po środku pasa ruchu.
Znajdzie sobie „piaseczek” wygodne miejsce do leżakowania i czeka.
A ty sobie jedziesz, nagle przed tobą „mistrz długiej prostej" wykonuje jakiś nieskoordynowany manewr – i masz przed sobą wydmę jak się patrzy.
Jak masz skręcone koła – to możesz takiego „kujawiaka” odwalić, że „… leżysz pan i robisz pod siebie…”.
I nic nie wskazuje na to, że piasek ten zmieni swoje miejsce zakwaterowania dopóki go wiaterek nie wywieje w inne miejsce.
Mam nadzieję, że przestanie wiać, bo jak znowu wydmy się przemieszczą to będzie to co najmniej …….. denerwujące 

A tak, to je w jakiś tydzień - dwa rozjeżdżą  i będzie halas :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...