sobota, 31 maja 2014

"Mieszkasz w ciepłym kraju, a taki nieopalony przyjechałeś....." - pytanie po przyjezdzie do Polski gwarantowane

Tak, owszem mieszkam w ciepłym kraju.
Czasami nawet cholernie ciepłym.
W ostatnim tygodniu temperatury otrzymują się na poziomie 44-48 stopni w cieniu.
Tylko z cieniem jest tu czasami niejaki problem, szczególnie kiedy, odwiedzam projekty będące w początkowej fazie, a budowane na pustyni, gdzie jeszcze zupełnie niedawno Albercik mógłby wygłosić swoje nieśmiertelne hasło :-D
Tam człowiek się galopem przemieszcza pomiędzy samochodem z klimą włączoną na maksa a biurem.  Na budowie zaś od wodopoju do wodopoju w okularach, kasku i długich spodniach.
Po moim powrocie do domu słońce zachodzi po jakiejś góra godzinie.
To jak się mam do cholery opalić  ???


czwartek, 29 maja 2014

Jak zostałem marketową kukułką


Z Małżonką Mą Aleksandrą udaliśmy się na weekendowe zakupy.
Pierwszą cześć wykonaliśmy wspólnie, natomiast na stoisku warzywno-owocowym postanowiliśmy się rozdzielić, aby czas jaki pozostał do wieczornej modlitwy lepiej wykorzystać.
Postawiliśmy wózek w ustalonym miejscu i każdy wyruszył na poszukiwania.
Jako że produkcja domowego białego serka idzie pełną parą, postanowiłem, między innymi, nabyć rzodkiewki.
Zapakowałem w torebkę i pokopytkowałem do Pana Sprzedawcy w celu naklejenia ceny.
Wracam, wkładam już oklejone rzodkiewki do koszyka i pędzę dalej.
Zebrałem następne warzywa i owocki, wracam syty chwały, patrzę a przy MOIM koszyku jakiś typ się kręci.
Co jest ?  kidnaper zakupowy czy ki czort ? - myślę sobie w duchu
A gość spokojnie do MOJEGO koszyka też jakąś zieleninę wkłada.
Już miałem ruszyć w obronie moich ciężko gromadzonych dóbr i wtedy zobaczyłem......  inny wózek, stojący tuż za MOIM wózkiem.
Dobrze się domyślacie -  To był wózek właściwy.  
Ale co teraz zrobić z moją rzodkiewką w gościa wózku ?
Nie miałem pomysłu, to po prostu wziąłem kolejne rzodkiewki i powtórzyłem operację z naklejaniem ceny.
Ola oczywiście miała ze mnie zdrowy ubaw, a mnie pozostało tylko to, że oczyma wyobraźni widziałem zdziwienie kolesia przy kasie, jak te rzodkiewki - w dodatku już zapakowane i z naklejoną ceną wykładał na taśmę :-D

Ps. Wam też zdarzają się takie pomyłki  ?
źródło

środa, 28 maja 2014

Kolejna przeprowadzka - tym razem biurowa.

Po 16 miesiącach z mojego "tymczasowego" biura przeniosłem się 3 pietra wyżej.
Teraz mam normalne biuro, zamiast "akwarium".
Cisza, spokój, tylko 3 działy razem, także da się wytrzymać.
Problemem do rozwiązania jest brak teaboya oraz jakiejkolwiek infrastruktury umożliwiającej zrobienie kawy samemu.
A bez porannej kawy mój mózg funkcjonuje bardzo opornie - mówię oczywiście o drugiej kawie, bo pierwszą wypijam w domu z Szacowną  Małżonką Mą Aleksandra, żeby w ogóle do pracy dotrzeć :-)


wtorek, 27 maja 2014

Kolejne spotkanie z pszczołami

Po wyproszeniu pszczół z balkonu sąsiada teraz inna grupa tych bzykaczy postanowiła się osiedlić na poręczy schodów prowadzących na firmowy parking.
Już do mnie oczywiście ta informacja dotarła, ale tym razem się zbiesiłem.
To jest budynek w którym wynajmujemy powierzchnie biurowe i miejsca parkingowe.
Z mojego punktu widzenia to, że jest ten sam właściciel nie ma znaczenia.
Jak ja coś od nich chciałem, to słyszałem, że są inną firmą.
Dziś nawet tego nie mam zamiaru im przypominać, poczekam aż kogoś do mnie przyniesie.
Wtedy ze zdziwioną miną powiem, że ja się tym nie zajmuję, ale wiem, że istnieją wyspecjalizowane firmy, więc niech ich sobie poszukają, a i do Risk Assessment powinni to sobie dodać :-D
A zapomniałem – oni nie mają Działu BHP.
Jak mi przykro :-D
źródło


poniedziałek, 26 maja 2014

Zakupy z Ainą


Ponieważ jak wiadomo, nie potrafię wysiedzieć spokojnie na czterech literach, więc zaczęłam uskuteczniać poznawanie okolicy. W ten sposób poznałam Ainę (nie wiem czy poprawnie napisałam Jej imię).
Aina mieszka w sąsiednim compoundzie, pochodzi z Mali i kilka lat temu wyszła za mąż za Hiszpana, który obecnie pracuje w Al-Khobar.
Aina po angielsku prawie nie mówi, więc dogadujemy się w języku migowym, od czasu do czasu wtrącając słowa po angielsku lub francusku. 
Ale Aina zna arabski, co jak mi się wydawało powinno nam ułatwić poznawanie okolicy. I tu się pomyliłam, bo Aina boi się iść gdzieś dalej. Udało mi się ją w końcu namówić na wyprawę do Taba Center (pobliski sklep z ciuchami). Do sklepu zawiózł nas Jej mąż i do tego momentu wszystko było super. 
Cyrk zaczął się w sklepie. Otóż chciałam kupić Wielbłądowi majtki typu bokserki, bo mają tam bardzo fajne z egipskiej bawełny. Wysilając wszystkie moje umiejętności lingwistyczno - pantomimiczne tłumaczę Ainie, że idziemy na dział z męską bielizną.
Aina stwierdza, że nie pójdzie i ja też mam tam nie iść. Pytam dlaczego ??? Przecież nie ma tam napisów "only for men". A Ona swoje, że tam nam iść nie wolno. Poszłam sama, poprosiłam, żeby sprzedawca pomógł mi znaleźć odpowiednio duży rozmiar, który będzie pasował na Wielbłądzią tłustą d..... . i z dumą wróciłam do Ainy. A Ona na to, że jestem szalona.
Wróciłyśmy z Jej mężem do compoundu i tak się zakończyła moja wyprawa do Taba Center :(
Nie wiem czy mam ochotę wybrać się z Ainą do Lulu Market (sklep spożywczy), bo już, się boję, że mi powie, iż nie powinnam kupować sama czekolady, awokado czy cynamonu bo to przecież afrodyzjaki i kobiecie nie wypada.

źródło

niedziela, 25 maja 2014

"Pierd....one muchy i komary je..ne" - czyli małpie brzytwę a gamoniowi ogródek

Autor tej wspaniałej pieśni turystycznej przebywał pewnie gdzieś nad mazurskimi jeziorami, kiedy ją napisał.
Myślałem, że w kraju pustynnym, gdzie od jakiś bagien i mokradeł jestem daleko tekst tej piosenki do mnie nie powróci jak ten bumerang.
Otóż nieeee, niestety.
Mamy za osobnika zarządzającego obiektem (a tych zarządzających jest spory tłumek - większość to znani już Wam "mohandesi")  geniusza z Syrii.
Nie wiem, gdzie nabył "kwalifikacje" predestynujące go do zarządzania zielenią, ale nie była to dobra szkoła ani nawet kurs.
Ten kretyn zbolały, jak zepsuł się system nawadniający (bo jak się kupuje najtańszy, to się dysze zatykają, proste jak konstrukcja młotka, prawda ?) każe obsłudze podlewać kwiaty i drzewka (bo się też takowych dorobiliśmy)......  w środku dnia, kiedy lampa dochodzi do ponad 40 stopni w cieniu.
Biedacy, zgodnie z zaleceniem robią nam pole ryżowe z trawnika
A typ jest zaszokowany, że mu trawę, kwiatki i drzewa zaczyna szlag trafiać.
To jakie wydaje kolejne polecenie ? Oczywiście "więcej wody" i to najlepiej w samo południe.
I w tak pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnych mamy pośrodku pustyni największe stado komarów jakie widziałem od czasu mokrego lata kilka sezonów temu w Lasach Rembertowskich.
Jedyne, co mnie pociesza, to fakt,  że ten nieuk i półgłówek też chodzi solidnie pokąsany :-D

Autor - Jacek Skrzydlewski

sobota, 24 maja 2014

Firmowe Radio Erewań czyli czego się o sobie dowiedziałem

Tak, jak Wam pisałem moje piętro nazywane jest Małym Kairem.
I zgodnie z naturą tej nacji zdecydowanie więcej czasu poświęca się tam bliźnim niż pracy.
Okazało się, że i również moja skromna osoba jest tematem różnych opowieści dziwnej treści.
Otóż kolega z zaprzyjaźnionego działu, który też musi jeździć na budowy, a chcąc być w zgodzie z przepisami i moim dzielnym teamem. zamówił w Dziale Zakupów buty zwane bezpiecznymi.
W języku polskim, do czasów wprowadzania mody na angielskie zwroty (czyli coś co kiedyś  "makaronizmami" zwano)  były to po prostu buty robocze, ale "safety shoes" brzmi znacznie bardziej dumnie :-)
W Dziale Zakupów dowiedział się, że na jego stanowisku przysługują mu tylko buty za 140 SAR, co nie jest jakąś porażającą kwotą za tego typu obuwie w Arabii Saudyjskiej.
Kolega zapytał więc jak można to obejść.
Czy musi dostać zgodę naszego Bossa czy co ?
I wtedy dowiedział się, że tylko jedna osoba złamała ten zapis - Senior Safety Manager czyli po prostu ja - Wasz uniżony sługa :-)
Ale to nie wszystko - nie dość, że "kupiłem" buty za 250 SAR, to jeszcze jak mi się nie spodobały to oddałem je swojemu kierowcy.
Pytacie - "gdzie tu miejsce na Radio Erewań ?"
To już spieszę z wyjaśnieniami.

Buty kupiłem nie za 250 SAR, tylko za 380 SAR -  to po pierwsze
Po drugie - nie oddałem ich kierowcy, bo ich sam używam od prawie półtora roku i nie zamierzam ich zmieniać na żadne inne, bo są dobrze rozchodzone i nic im się nie dzieje  (dlatego wziąłem wysoki model Cata).

Acha - po trzecie - jeszcze jeden drobiazg - ja nie mam kierowcy :-D

źródło

piątek, 23 maja 2014

Jak Ola serek warzyla.... :D

Bardzo lubię biały ser.
Jednak w Arabii Saudyjskiej  występuje on tylko w trzech wersjach smakowych:
- ser  slony,
- ser bardzo slony
- sól dla niepoznaki oblana serem i nazwana feta.
Na szczęście Jola  odkryła jak i z czego zrobić ser o akceptowalnej zawartości soli sodowej kwasu chlorowodorowego  i przekazała tę wiedzę Małżonce Mej Aleksandrze.
Proces pozyskiwania tego unikalnego w Saudi smakołyku to najzwyczajniejsze w świecie podgrzewanie labanu (czyli maślanko - kefiru) przez dłuższy czas, aż oddzieli się serwatka.
Problem polega na tym, ze nie można tego robić zbyt mocno podgrzewając, bo serek szlag trafi.
Według relacji Joli ser z labanu robi się cały dzień, ale....  tylko jeden dzień
To podgrzewa Ola laban pierwszy dzień, sumiennie pilnując temperatury.
Wyników spodziewanych brak.
Na drugi dzień "skoro świt", bo zaraz po moim wyjściu do pracy (czyli o 6 rano)  proces podgrzewania zostaje wznowiony.
Do godziny 11 nie dzieje się nic, podobnie o godzinie 12...., 13,......  14...:-)
I kiedy już około godziny 16 podgrzewany laban ma trafić do kibelka.....    cud.
Serwatka była się kaskawala oddzielić.
Dzięki temu na kolacje miałem serek smakujący jak serek a nie lizawka dla dzików w Puszczy Białowieskiej :-)

Swoją drogą ciekaw jestem, dlaczego Jola potrafi zrobić serek z labanu w jeden dzień, a Mojej Gadzinie zajęło to dwa dni, chociaż laban był tej samej firmy

czwartek, 22 maja 2014

Operacja "Wonsz" - reaktywacja

Pamiętacie, jak ruszyłem tropami osławionego "wonsza" :D ?
Nie znalazłem gada, ale co się odwlecze, to nie uciecze.
Dzisiaj dostałem fotkę, niestety już upolowanego łachudry.
Mam gorącą prośbę do "wężlogow"; żeby pomogli mi zidentyfikować to bydlę, bo nie wiem, czy sprawa jest poważna, czy to tylko jakiś tutejszy odpowiednik naszego zaskrońca  (wiem, że zaskroniec to beznogi płaz czyli jaszczurka, a to jest "Pan Wonsz";) ale pytanie dotyczy jego szkodliwości dla zdrowia.

Oświadczenie

Ja, niżej podpisany chciałbym przeprosić wszystkie zaskrońce, będące Szlachetnymi Wężami, które ja Saudyjski Wielbłąd, jak ten gamoń, ośmieliłem się  nazwać  płazami.
I to w dodatku beznogimi.
Gorsząca ta pomyłka ma korzenie w dwóch, jakże smutnych okolicznościach.
Po pierwsze - wiek już słuszny i pamięć szwankuje.
Po drugie - zamiast z większym zapałem w czasach szkolnych przykładać się do nauki o Szlachetnych Wężach wolałem kontemplować anatomię moich co atrakcyjniejszych koleżanek ze szczególnym uwzględnieniem ich drugorzędnych cech płciowych.
Nazwanie Szlachetnego Węża mianem beznogiego plaza, (co wywołuje skojarzenie z padalcem) jest absolutnie niedopuszczalne.
Możliwe jest tylko w stosunku do większości polskich polityków, ale i to może narazić na obicie mordy przez płazy i padalce za obrazę.
Pokornie więc proszę o wybaczenie cały Ród Zaskrońców.

Z wyrazami szacunku
Saudyjski Wielbłąd



środa, 21 maja 2014

Zmiany w polityce wizowej w Arabii Saudyjskiej

Przepisy w Arabii Saudyjskiej zmieniają się dość często, a ponieważ jeszcze nie znalazłem odpowiednika Monitora lub Dziennika Ustaw, więc wszelkie informacje trafiają do mnie metodą „jedna pani drugiej pani”. 
W ostatnim tygodniu dotarło do mnie kilka informacji, bardzo ważnych z punktu widzenia ekspatów.
Poniżej to co się zmieniło i co wiem na pewno oraz to co jest relacją z drugiej ręki.
 
To co wiem - pewnie z racji perturbacji związanych z wizami wielokrotnymi (re-entry visa), które załatwiało się bardzo prosto, bo przez Internet (na lotniskach poza GCC były z tym jazdy, bo przecież taka wiza nie jest wstemplowana w paszport i funkcjonuje tylko w systemie) wprowadzono wymóg, że po wizę wielokrotną trzeba się udać do urzędu.  
Czy będzie ona wstemplowana- nie wiem, dowiem się jutro jak mój paszport do mnie wróci :-)
Przez Internet nadal można uzyskać tylko wizę jednokrotną. 

To co wiem z drugiej ręki - dotychczas można było przedłużać visit visa dwa razy o 90 dni, czyli gość mógł przebywać w Saudi 270 dni. 
Teraz zostało to ograniczone do jednego przedłużenia o 45 dni. 
Po tym terminie należy opuścić teren Królestwa w celu ponownego przeprowadzenia pełnej procedury wizowej. 

Jeżeli ktoś z Was ma pewne informacje, bo sam przechodził już procedury według zmienionych zasad – proszę o potwierdzenie informacji.

źródło

wtorek, 20 maja 2014

Mam saudyjskie prawo jazdy !!!!

Wczoraj, podczas kolejnej wizyty z WŁAŚCIWYM Sadi dotarliśmy w końcu do WŁAŚCIWEGO okienka.
A tam ..... pierwsza niespodzianka.
Dokumenty muszą być w teczce, a nie tylko w folii i najlepiej z logo firmy :-) Poszliśmy, udało się kupić w sklepiku na terenie urzędu (nie żebym coś sugerował) teczkę. Ali po arabsku ją opisał i wracamy.
A tam kolejny figiel..... ; mimo załączonego zdjęcia należny dodać....   kolejne 3 sztuki.
Ale tu mnie koleś nie zaskoczył - miałem je w portfelu,  nie z powodu narcyzmu, że niby muszę mieć swoje fotki przy sobie, tylko wiedziony jakimś siódmym zmysłem włożyłem je kilka dni wcześniej :-D To w takim razie - odcisk palca.
OK - ale nie wiem co mu to dało, jak się tusz przepięknie rozmarzał, a pełne odciski pobrali mi już (tylko w wersji elektronicznej) na lotnisku przy pierwszym przylocie.
Dokument do odbioru, a jakże ...    BUKRA.
To Ali się zdeklarował, ze sam go odbierze, a przelew z opłatą zrobił ze swojego konta.
No i dzisiaj..... "najdejszla wielkopomna chwila" -  mam już prawko na kolejne 10 lat.
Acha - jest jeszcze wisienka na torcie.
Pamiętacie co pisałem o zdjęciach  ?
To nie wiem, do czego były potrzebne, bo w dokumencie funkcjonuje stare, dobre zdjęcie zrobione na lotnisku po kilkunastogodzinnej podroży :-D
Wyglądam na nim wręcz powalająco :-)

źródło

poniedziałek, 19 maja 2014

Łamanie stereotypów czyli w thobie i z....... ?

Podczas kolejnej (mam nadzieję, że przedostatniej ) wizyty w wydziale zajmującym się prawem jazdy spotkałem nietypowego Saudi.
Koleś ubrany w thob, a jakże, ale.....   z dredami !?!?!
Dredy miał krótkie jakieś 10-15 cm,  ale sam fakt posiadania tego typu fryzury lekko mnie zaskoczył.
Spojrzałem na chłopaka z niedowierzaniem w oczach, a On się tylko uśmiechnął, bo pewnie jest przyzwyczajony do tego typu reakcji.
Myślałem, ze już po czapkach basebolowych do thoba, tudzież ghurt wiązanych na sposób piracki niewiele możne mnie zaskoczyć a tu proszę :-)



niedziela, 18 maja 2014

Sąsiedzi z compoundu

Jak już pisałam, mamy w compoundzie mieszankę narodowościową. Zdawać by się mogło, że to idealne miejsce do szkolenia umiejętności językowych. Nic bardziej mylnego, oprócz Wielbłąda - jestem obecnie jedyną osobą, która spędza czas w compoundowym centrum kulturalnym czyli przy basenie. To, że od niedzieli rano do czwartku wieczór nie ma tam facetów jest zrozumiałe - bo przecież pracuj.
Ale żadna z mieszkających tutaj kobiet (a ostatnio wprowadziły się dwie kolejne) nie wychyli z domu nawet czubka nosa, co jest dla mnie co najmniej dziwne.
Reasumując - życie kulturalne w compoundzie wygląda następująco
- godzina 5:50 rano - idziemy z Wielbłądem na poranną kawę przy basenie (oprócz nas nie ma żywego ducha)
- godzina 18 - 18:30 - idziemy z Wielbłądem na wieczornego papieroska przy basenie (oprócz nas nie ma tam żywego ducha)
- godzina 20:30 - 21 - idziemy z Wielbłądem na przedspaniowego papieroska przy basenie (zdarza się, że  pływa w nim jakiś jakiś facet)
I tak to wygląda od niedzieli do czwartku. W weekendy mamy piątkowe śniadania u Wielbłąda i wtedy robimy sobie z naszą libańsko- amerykańską sąsiadką i kanadyjsko - libańskim sąsiadem  lub mieszkającymi w pobliżu Polakami przybasenową wyżerkę - jest coś na ciepło i domowe ciasto. W poprzedni weekend to sami zrobili nasi brytyjsko-egipsko-pakistańsko-nowozelandzko-amerykańscy sąsiedzi i dzięki temu się poznaliśmy.
Jednym słowem - jak widzicie, "życie bardzo kulturalne" toczy się tutaj dość leniwie, ku mojej wielkiej zgrozie i ogromnemu rozczarowaniu :(

Wielbłądzica Domowa
źródło

piątek, 16 maja 2014

Korespondencja wewnnętrzna- czyli mam sposób na inteligentnych inaczej

Ostatnimi czasy otrzymuję coraz więcej maili  z rożnych działów, które są napisane po arabsku.
Owszem, mogę poprosić Hafiza o tłumaczenie, ale w końcu nie tym się ma zajmować.
To wymyśliłem - zupełnie naturalny dla mojego pokrętnego umysłu - użyję mądrego słowa - koncept.
Otóż wszystkim tym geniuszom odpisuję po polsku :-)
I czekam  na reakcjję.
Reakcje są dwojakie - albo do kolesia dociera w czym rzecz i wysyła wersję angielską, albo...    nie ma żadnej odpowiedzi ani innej reakcji.
Wtedy czuję się całkowicie zwolniony z obowiązku odniesienia się w jakikolwiek sposób do otrzymanego maila :-)
Genialna metoda na ułatwienie sobie życia  i ograniczenia liczby spamu typu korporacyjnego, do którego teoretycznie przynajmniej - powinienem mieć jakikolwiek stosunek - oprócz "defaultowego", którego sami się pewnie domyślacie :-D

czwartek, 15 maja 2014

Przyleciała pszczółka Maja i.......

...............  postanowiła zamieszkać w naszym compoundzie
I nie miałabym nic przeciwko Jednej Przemiłej Pszczółce (Maju48 - to o Tobie), ale zaprosiła do nas całe stano swoich sióstr, kuzynek i wszelakiej maści przyjaciółek w ilości niewyobrażalnej, co dla dwunożnych mieszkańców compoundu czyli także dla mnie skutkuje głównie tym, że mamy stracha wychodzić z domu.
Pszczele towarzystwo uwiło sobie gniazdo na balkonie sąsiada, bzyczy, lata i na dodatek siada na pozostałych mieszkańcach.
Użądleń do tej pory jeszcze nie było, a przynajmniej ja nic o tym nie wiem, ale z niecierpliwością czekam, aż przyjedzie jakaś ekipa, która całe to bzycząco - latające towarzystwo wykurzy gdzie pieprz rośnie


środa, 14 maja 2014

Saudyjskie prawo jazdy - kontynuacja

Dalej dzielnie walczę z otrzymaniem najprostszego do uzyskania w tutejszej rzeczywistości dokumentu.
Spróbowałem rano z moim egipskim kolegą, wykorzystując Jego znajomość arabskiego, załatwić prawko bez obecności Saudi.
Po odstaniu w 3 kolejkach, bo zawsze jak się okazywało trafialismy do kolejki niewłaściwej (mimo wcześniejszej informacji, że tam sie mamy udać od osób pracujących w tym przybytku, po arabsku, czyli nie ma mowy o pomyłce językowej) dowiedzieliśmy się że jednak Saudi jest obowiązkowy.
To poprosiłem Abdulaziza, żeby ze mną pojechał.
Okazuje się, że i to za mało - musi być SPECJALNY Saudi, który ma uprawnienia z firmy do załatwiania tak skomplikowanych czynności urzędowych.

Ale takie cyrki robią tylko urzędasy w Al-Khobar, w Dammam załatwia się to od strzelu, bez użycia SPECJALNEGO Saudi.
Moze nie być Saudi w ogóle.
Problem tylko w tym, że pracują w jakichś bliżej nieokreślonych godzinach.
Bo nawet jak się przyjeżdża w oficjalnych godzinach urzędowania to i tak nikogo nie ma :-D

Zdjęcie autorstwa Małżonki Mej Aleksandry :)

wtorek, 13 maja 2014

Nikt Ci tyle nie da co Egipcjanin obieca czyli Oli przeprawy z administratorem compoundu

Naprawdę nie byłem jakoś specjalnie uprzedzony do Egipcjan z tej prostej przyczyny, że nigdy nie bylem w Egipcie ani żadnego z nich na swej drodze prywatnej czy zawodowej wcześniej nie spotkałem.
Ale w firmie, gdzie pracuję poziom nasycenia Egipcjanami na metr kwadratowy znacznie przekracza średnią kairską, to i sobie zdanie musiałem wyrobić.
Nie jest po opinia najlepsza, ale pokrywająca się z opinią Sadyjczyków na temat tej nacji.
Co drugi Egipcjanin, którego znam to "mohandes" czyli inzynier.
Mamy z kumplami dwie teorie na temat tytułu inżyniera w Egipcie - albo dostaje go ten, który co najmniej 2 razy w życiu widział (z zewnątrz oczywiście) jakąś Politechnikę, albo po prostu jest to tytuł jaki otrzymują po ukończeniu 25 roku życia, bo tak :-D
Obiecają wszystko, ale praktycznie od momentu złożenia obietnicy wiedzą, że absolutnie nic nie mają zamiaru zrobić w rzeczonej kwestii.
Bo dla nich słowo to tylko wydawany dźwięk, nic więcej.
Nigdy nie są niczemu winni -  winni są wszyscy dookoła, promieniowanie kosmiczne, układ planet lub złe Mzimu, ale Egipcjanin - nigdy.
Owszem, trafiają się chlubne wyjątki i są tak samo zażenowane postępowaniem swoich ziomków.
Taki "klasyczny" Egipcjanin trafił się nam jako administrator compoundu.
Internet ? - oczywiście, jutro najdalej do końca tygodnia -  minęły 3 tygodnie i sam kopiłem modem 4G i mam.
Zamek w drzwiach się zacina ??? - już, natychmiast będzie naprawiony; długo byśmy czekali, gdyby nie to, że  Ola sama wytropiła jakiegoś magika, który zamek naprawił.
Przykady można mnożyć na setki.
A, oczywiście, jeżeli chodzi o dobrze wykonaną robotę ( przez innych oczywiście) będą pierwsi po nagrody i pochwały, jacy to z nich wybitni i ciężko pracujący fachowcy.
No i nasz "bohater" pojawił się z właścicielem compoundu na swoje nieszczęście na oczach Szacownej Małżonki Mej Aleksandry, opowiadając, jak to w pocie czoła spełnia wszystkie swoje zadania.
Pech, bo Ola podeszła i opowiedziała właścicielowi jak FAKTYCZNIE wygląda ciężka praca Pana Administratora.
Zjebka podobno była spektakularna, a teraz Pan Administrator ("mohandes" - ani chybi) jest  ciężko obrażony i udaje, że nas nie widzi.
Mnie to wisi, do czasu, kiedy coś będzie trzeba w naszym mieszkaniu zrobić :-D


poniedziałek, 12 maja 2014

Taksówki w Al-Khobar czyli odpowiedź dla Futrzaka

Kilka postów niżej zapytał mnie nasz argentyński Futrzak dlaczego mogę jeździć tylko z jednym zaakceptowanym przez Wielbłąda taksówkarzem.
Otóż w Al-Khobar jest z tym trojaki problem.
Po pierwsze - tutaj prawie nie istnieje coś takiego jak numeracja ulic, a na dodatek wiele ulic nie ma nazwy. Nasz compound znajduje się właśnie przy ulicy bez nazwy. Żeby wrócić do domu taksówką muszę wytłumaczyć, że compound mieści się za salonem samochodowym Bentleya, w pobliżu Taba Center i budynku Al Sahmiyah Tower.
Po drugie - wielu taksówkarzy prawie nie mówi po angielsku, więc wyjaśnienie, gdzie chcę dojechać do prostych zadań nie należy. A ja nie mam ochoty na wycieczki turystyczno - krajoznawcze po Al-Khobar z kierowcą, który nie używa kierunkowskazów, jeździ jak szaleniec i ma ogólnie w nosie to, że mnie się śpieszy, skoro on ma inną koncepcję.
Po trzecie - czekając pod centrum handlowym na taksówkę, muszę liczyć na łut szczęścia, że akurat jakaś się pojawi, bo jeszcze nie wiem czy jest jakaś korporacja, w której mogę zamówić taksówkę telefonicznie.

Photo from Arab News

niedziela, 11 maja 2014

Starzejemy się czyli...... przybywa nam dobytku

Odkąd przyjechałam do Arabii Saudyjskiej znacząco wzrosła ilość sprzętów domowych będących w naszym posiadaniu. Jeszcze na długo przed moim przyjazdem Wielbłąd kupił wyciskarkę do owoców i blender. Teraz przejęłam obowiązki Szefa Kuchni i zostałam "doposażona" m.in. w akcesoria marek w Polsce raczej niespotykanych, aczkolwiek całkiem dobrze się sprawdzających.
Na pierwszy ogień poszła sokowirówka i siekacz firmy Emjoi - działają całkiem nieźle, choć trudno o nich powiedzieć, że są ciche.
Dokupiliśmy też wypiekacz do chleba hiszpańskiej firmy Palson i.... tym wynalazkiem jestem zachwycona.
Wykorzystujemy go codziennie zarówno do pieczenia chleba jak i ciast wszelakich
Tutaj oczywiście bardzo gorąca prośba do naszych Czytaczy - podsyłajcie przepisy na wszystko co się da w tym zrobić :)
Nasz wypiekacz do chleba
Ostatnio wzbogaciliśmy się też o mikser i tym o to sposobem jesteśmy w stanie ugotować już niemal wszystko :)
Co prawda Parzystokopytnemu marzy się jeszcze rice cooker firmy Black & Decker, znanej w Polsce głównie z produkcji wiertarek, szlifierek i tym podobnych wynalazków. Ale ja ryżu nie lubię i raczej nie polubię, więc na razie skutecznie bojkotuję ten pomysł.

Czasem tylko brak nam pomysłów na nowe potrawy. Wielbłądowi lokalna kuchnia nieco się przejadła, a na dodatek robi się ciepło i nie chce jeść mięsa. Ja z kolei za bardzo bez mięsa żyć nie mogę, więc mamy "konflikt interesów".
Fakt, że przewaga jest po mojej stronie, bo to ja gotuję, kiedy Wielbłąd pracuje, nie zmienia faktu, że ostatnio zaczął marudzić nawet na grochówkę.

Tak podczas pisania tego posta naszła mnie jeszcze jedna refleksja. Otóż jakieś dwadzieścia lat temu potrafiłam spakować się w jeden plecak i nie martwić jakimiś sprzętami kuchennymi. Teraz, żeby się przeprowadzić potrzebujemy co najmniej ciężarówkę.
Chyba się jednak starzeję :(

Wielbłądzica Domowa

sobota, 10 maja 2014

Saudyjskie prawo jazdy - już je prawie mam

Od 9 miesięcy próbuję zrobić saudyjskie prawo jazdy.
Myślałem, że proces ten potrwa nieco krócej, bo były osoby deklarujące się, że załatwią to praktycznie od reki.
Ponieważ jednak był to stan permanentnej "bukry" to w końcu sam się za to zabrałem, bo muszą mnie umieścić w systemie TAMM (taki rejestr kierowców i samochodów - coś jak nasz CEPIK, ale w przeciwieństwie do CEPIKA działa, bo SMS-a o mandacie dostajesz w przeciągu 24 godzin ) Komedia trwała długo, bo się da to zrobić po ludzku czyli bez durnego latania po urzędach i lekarzach.
Niestety, mnie się nie udało, chociaż wiem, że jest to możliwe jeśli jest się posiadaczem międzynarodowego prawa jazdy, a ja takowe mam.
Najbardziej zabawne było tłumaczenie (czy przysięgłe (???) -  to nie wiem, ale na pewno "urzędowe" bo na specjalnym formularzu z dużą ilością pieczątek) polskiego prawa jazdy przy pomocy.....  wujka Googla i mojej .
Natomiast u lekarzy spędziłem pół dnia w kolejkach.
Sam proces badań przebiegł błyskiem -  grupę krwi zrobili mi w 10 minut, a wizyta u okulisty trwała.....  może ze 2 minuty. Do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze jednej wizyty w miejscu, gdzie te dokumenty wydają i gdzie bacznie sprawdzają......   tłumaczenie oraz inne dodatki oraz pobierają opłatę w wysokosci 500 SAR za 10 lat i tyle.
Jednak w ramach pełniejszego wykorzystywania saudyzacji nie mogę tam pojechać sam - muszę mieć saudyjską asystę.
Hussein jest zawalony robotą, Abdulaziz też, to muszę czekać  do poniedziałku

źródło

piątek, 9 maja 2014

Wzieło było i powiało czyli zaległe informacje

Z racji niemania dostępu do Internetu ominęła Was relacja z całkiem niezłego "zefirka", który powiał u nas jakieś 10 dni temu.
Efekt ? Powywalane drzewa, bo są raczej słabo ukorzenione (w zaprzyjaźnionym compoundzie wywaliło ponad 700 solidnych drzew), połamane krzaki, poprzewracane reklamy (nawet solidne, betonowe podstawy nie dały rady) a także totalnie zdemolowane ogrodzenia na wielu budowach.
Ale my w żadnym stopniu tego nie odczuliśmy.
Owszem, słychać było, ze wieje całkiem solidnie, ale nawet dało się spać.
Dopiero na drugi dzień można było zobaczyć, z jaką siłą powiało.
Czyli jak widać, posiadanie parkingu podziemnego w domu jest naprawdę przydatne, bo niejednemu się drzewko na furę obaliło :-D

Zdjęć z wichury nie mamy, ale poniżej fotka corniche w Al-Khobar 

Autor - Cajetan Barretto

czwartek, 8 maja 2014

Jak mi zmienili narodowość...... i nie tylko mnie :)

W ramach "neverending story" czyli projektów saudyzacyjnych (wymogi się dość często zmieniają, zwłaszcza w zakresie zwiększenia ilości Saudyjczyków w firmach) mój "niezrównany i genialny" dział HR wysłał mi listę moich ludzi.
Zdziwiłem się niepomiernie, bo mój zespół w tajemniczych okolicznościach  przyrody (i niepowtarzalnych) wziął się i......   rozmnożył :D
Jest to o tyle skomplikowane, że zespół jest w 100 % męski :-P 

Do tego  - poza numerami służbowymi  i narodowością większość danych  - w tym imiona i nazwiska są po arabsku :-D.
No radość gołego w pokrzywach.
Pojawili się jacyś Egipcjanie (nie mam takowych w zespole) oraz jakiś.....   Fin.
Z Egipcjanami nie dałem rady, ale Fina rozpoznałem.....   to JA :-D 

Albo jest tu jakiś inny Fin mający mój numer służbowy.
To jeszcze nie jest jakiś wielki problem - mogę być nawet Finem, ale mojego kolegę z Republiki Południowej Afryki przerobili na Somalijczyka.
Zapytałem Go gdzie ukrywa drewnianą nogę, przepaskę na oko i papugę.
Bo ani chybi pirat, gdyż jest to ostatnimi czasy narodowy sport Somalijczyków .
A ja jestem w tej materii tradycjonalistą, wychowanym na książkach Roberta Louisa Stevensona i pirat musi wyglądać porządnie -  jak Długi John Silver na przykład.
Czeka mnie ciekawa końcówka tygodnia, bo jakoś będę musiał uporządkować ten pożar w burdelu.

środa, 7 maja 2014

Nowy dom nie jedno ma imię... :)



Od ponad dwóch tygodni mieszkamy w nowym compoundzie. Dla niewtajemniczonych - jest to rodzaj zamkniętego, chronionego osiedla przeznaczonego głównie dla ekspatów, chociaż coraz częściej w wielu z nich mieszkają także Saudyjczycy.
Nasz compound jest niewielki - składa się z sześciu dwukondygnacyjnych budynków, siłowni, basenu przy którym ustawiono dwa bardzo profesjonalne grille i sali bilardowej. Ma jeszcze jedną olbrzymią zaletę - trawnik. Dla wielu z Was to pewnie żadna atrakcja, ale w pustynnym "beżowym świecie" Arabii Saudyjskiej jest to ogromna zaleta, kiedy można poleżeć sobie na zielonej trawie :)
Osiedle otoczone jest ponad dwumetrowym murem zakończonym drutem kolczastym - to chyba jedyny element naszego nowego domu, który mi przeszkadza.  Dziwnie się czuję patrząc codziennie na te druty.
Nadal nie mamy stałego dostępu do Internetu, ale to się mam nadzieję niebawem zmieni.
Compound jest obecnie zasiedlony dopiero w połowie, ale mieliśmy już okazję poznać część naszych sąsiadów - prawdziwa wieża Babel.
Przez ścianę mieszka nasza ulubienica - Amerykanka pochodzenia libańskiego, obecnie to jedna z trzech (wliczając w to mnie) kobiet na naszym osiedlu.
Pozostali mieszkańcy to sami faceci - Brytyjczycy, Amerykanie, Nowozelandczyk, kilku Egipcjan, Syryjczyk, Saudyjczyk i Pakistańczyk.
Obsługę compoundu stanowią natomiast głównie pracownicy z Indii i Bangladeszu.
Szans na to, żeby szkolić tutaj język angielski nie mam żadnych, szybciej nauczę się urdu lub arabskiego, co skąd inąd byłoby bardzo przydatne.
W pobliżu osiedla są dwa sklepy, do których mogę się wybrać nie korzystając z taksówki, chociaż dostałam już od Wielbłąda oficjalną zgodę, na samodzielne wyjazdy z jednym z taksówkarzy z pobliskiego Dammam - Abdellahem.
Jeden ze sklepów mieści się na pobliskiej stacji benzynowej, ale obsługa mówi tylko po arabsku, więc robiąc zakupy przynoszę do kasy to co chcę kupić, a sprzedawca pisze mi na karteczce kwotę do zapłacenia.
Drugi niewielki sklep spożywczo - przemysłowy - położony nieco dalej ma obsługę z Indii i tam ostatnio próbowałam kupić...... wałek do ciasta.
Podałam nazwę - rolling pin, ale nikt nie wiedział co to jest
Wysilając wszystkie moje umiejętności lingwistyczne tłumaczę, że to walec z drewna do robienia z kulki ciasta kartki ciasta (na lepsze tłumaczenie zabrakło mi niestety słownictwa). Po kilkunastu minutach tłumaczenia jeden z chłopaków wykrzyknął triumfalnie "You want chapathi roller !!!"
Kiwam więc ochoczo głową pełna nadziei, że jednak mają, ale.... wysłali mnie do HyperPandy, więc suma sumarum i tak musiałam czekać, na powrót Wielbłąda z pracy.

Ola vel Gadzina vel Camelot
budynek w którym mieszkamy



wtorek, 6 maja 2014

Al-Qatif – odslona druga

Podczas pierwszej wizyty ujęła mnie tak spontaniczna życzliwość do obcych na wyspie Taroot.
Ludzie na ulicach pozdrawiali nas jak starych znajomych, każdy zapytany o jakieś ciekawe miejsce tubylec przerywał swoje zajecia tylko po to, aby pomóc.
Tak poznaliśmy naszego przewodnika –Yassera.
Wielce użyteczne  jest to, że Yasser jest nauczycielem angielskiego :)
Telefonicznie umowiliśmy się na kolejne  spotkanie.
Yasser przyjechal z bratem – Osamą.
Mieli w bagazniku samochodu śniadanie przygotowane przez ich Mamę.
Z domowym chlebem, hummusem, ciastem itp.
Pierwszy raz w życiu jadłem rozpływające się w ustach daktyle.
Objeździliśmy całą wyspę oraz miasto Al-Qatif.
Może nastepnym razem uda się zdobyć  pozwolenie na zrobienie zdjeć wykopalisk, bo tym razem zatrzymali nas tam żołnierze (którzy powiedzieli gdzie, co i jak trzeba załatwić) i grzecznie acz stanowcza nas stamtad wykopali.
Udało się nam zwiedzić meczet w budowie i zrobić wewnątrz zdjęcia.
I nie było żadnego problemu, żeby Ola weszla do środka – nawet do męskiej części.
Ciekawe fotki udało się zrobić w porcie po odplywie.
Po 15 maja pojedziemy jak bedzie przyplyw i zrobimy zdjęcia tych samych łodzi, ale pewnie część z nich będzie pod wodą.



poniedziałek, 5 maja 2014

Stół mi przywieźli

Miał być sześcioosobowy, pomalowany lakierem bezbarwnym z kompletem sześciu krzeseł w tym samym stylu.
Żeby było widać fakturę drewna, zrobiony z dwóch palet.
Ale chłopcom się spieszyło, bo ich cisnąłem.
Efekt ???
Stół jest z jednej palety, krzeseł mamy cztery zamiast sześciu,  a pomalowali wszystko na ......    biało bo nie znaleźli bezbarwnego lakieru.
Na razie mamy przy czym jeść i to jest OK, natomiast chłopaki będą mieli do wykonania kolejny komplet, jak się tylko z innymi problemami ogarną :-)

Nasz stół najbardziej przypomina ten na zdjęciu poniżej

źródło


piątek, 2 maja 2014

Middle East Respiratory Syndrome

Ministerstwo Zdrowia potwierdziło w ostatni wtorek trzy nowe zgony wywołane przez  koronawirusa MERS.  Trzech mężczyzn - w wieku 56, 61 i 79 - zmarło w Rijadzie  zwiększając liczbę zgonów na te chorobę do 105.
Jednocześnie Ministerstwo  ujawniło sześć nowych zakażeń,; co zwiększyło  ogólną liczbę wykrytych  i zdiagnozowanych przypadków do 345 (stanowi to większość infekcji zarejestrowanych na całym świecie ).
Przedstawiciel Ministerstwa Zdrowia Adel Fakeih poinformował, że do Arabii Saudyjskiej przybyła grupa zachodnich ekspertów, którzy przez dwa dni dyskutowali w Rijadzie o możliwościach zapobiegania rozprzestrzenianiu się MERS .
Jakimi sposobami ma ten cel zostać osiągnięty - zostanie  ogłoszone w najbliższych dniach.
W chwili obecnej nie ma szczepionki ani leków przeciwwirusowych do leczenia MERS.  Jednak w badaniach opublikowanych w dwóch wiodących czasopismach naukowych  naukowcy z USA, Chin i Hong Kongu ogłosili w ubiegły poniedziałek, że znaleźli kilka tak zwanych przeciwciał neutralizujących, które były w stanie zablokować zdolność  wirusa do wiązania się z receptorami , które umżliwiają zakażanie ludzkich komórek.

Fakeih nie wyklucza, że to wielbłądy mogą  przenosić koronawirusa na ludzi, jak podobno  wykazały jakieś badania.
Radził więc, podjęcie środków zapobiegawczych, w tym używanie masek, unikanie bliskiego kontaktu z wielbłądami (biedna Ola) oraz długotrwałego  gotowania ich mięsa i mleka.
Jednocześnie przyznał, że MERS jest dużym wyzwaniem dla Królestwa .
Ministerstwo Zdrowia Arabii Saudyjskiej zaleciło MSZ przekazywanie do wszystkich krajów świata informacji, aby na Umre i Hadż nie przyjeżdżały w tym roku osoby starsze i przewlekle chore

Adel Fakeih podkreślił także znaczenie profilaktyki i powiedział, że ministerstwo uruchomiło kilka kampanii uświadamiających społeczeństwo na bieżąco o zagrożeniu MERS (nie wiem gdzie, ale żadnych plakatów czy radiowych komunikatów nie słyszałem). Powiedział, że ludzie nie powinni słuchać rad zamieszczonych na portalach społecznościowych .
źródło

czwartek, 1 maja 2014

"Operacja Wonsz" - czyli ciekawe czym jeszcze się będę zajmowal w tej firmie ?

Jak pewnie pamiętacie w ramach moich obowiązków już prowadziłem trening z działań gaśniczych w urdu, prezentację dotyczącą zachowania podczas trzęsienia ziemi  itp. co ma niewiele wspólnego z zapisami mojego kontraktu, ale co tam, sam się czegoś nowego dowiedziałem (np. tego, że mam  zdolności aktorskie, szczególlnie w pantomimie) .
Ale wczorajszy mail od jednego z moich kolegów wprawił mnie w zdumienie.
Napisał on, ze na jednej z budów mamy......  węże.
I co z tym zrobić  ???
Oczywiście żadnych szczegółów, bo po co, nie ?
Pytam typa, o co chodzi, ale nie wie, nie zna się na tutejszych wężach.
Pytam Saudyjczyków to mi mówią, ze ich wkręcam i żarty sobie z nich stroję. Bo węże i owszem ,są w Arabii Saudyjskiej,  nawet jadowite, ale żeby na budowie ???
Nie, one raczej siedzą sobie na pustyni.
Problem jest w tym, ze projekt..... tadam.....  tak, jest na pustyni, bo niby kurde gdzie ma być?
Na bagnach, mokradłach czy innych wrzosowiskach  ???
To wrociłem do kolesia i mowie, ze mam od cholery Hindusów, to niech poszuka takiego, który umie grac na fujarce i niech się wężamii zajmuje :-)
Ale napisałem na wszelki wypadek instrukcje, a w niedziele pojadę na ten projekt "tropić węża" - niestety, bez wspomagacza, bo nie wolno, a szczególnie w pracy :-D

źrodło
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...