Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PADI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PADI. Pokaż wszystkie posty

9/16/2013

Nurkowanie po saudyjsku czyli the worst day diving is better than the best day working

25
Nurkowanie po saudyjsku czyli the worst day diving is better than the best day working
Ubiegły tydzień miałem mocno zwariowany i z powodu różnych wyzwań chodziłem spać bardzo późno, ale za to bardzo wcześnie wstawałem :)
Dlatego w weekend postanowiłem odrobić zaległości w spaniu.
Tak sobie zaplanowałem, ale... tylko zaplanowałem.....
Jak zawsze w takich sytuacjach, w moim przypadku doskonale sprawdza się chińskie przysłowie ”ludzie, planują, bogowie się śmieją”.
Tak było i tym razem.
O ile w piątek wstałem przyzwoicie, bo o 8:00 rano, to już czasu na popołudniową drzemkę nie miałem.
Miałem jednak zamiar to sobie odbić, kładąc się wcześniej spać.
I nawet się położyłem, że by nie było.
Tylko najpierw o 23:45 włączył  się "przypominacz", że 14 września mamy rocznicę ślubu. Zadzwoniłem do Szacownej Małżonki Mej Aleksandry złożyć życzenia.
O 0:15 włączył się … "przypaminacz" o rocznicy ślubu w drugim telefonie.
O godzinie 1:10 pierwszego SMS wysłał koleś, z którym byłem wstępnie umówiony na moje pierwsze  nurkowanie w Arabii Saudyjskiej
Później były jeszcze cztery SMS-y, przy czym z ostatniego dowidziałem się, że przyjedzie po mnie o… 5 rano :)
Wstałem o 4:30 żeby się ogarnąć, już o 5:30 gość był.
Pojechaliśmy do mariny w Jubail. O godzinie 9:10 już byliśmy w komplecie i spakowani na łódce.
Łódka może nieduża, ale wyposażona w dwa silniki V6 o mocy 200 Km każdy. Później była odprawa przeprowadzona przez Straż Przybrzeżną.
Pełen profesjonalizm – chłopaki się znają na rzeczy.
Sprawdzili wszystko – od kapoków, przez zapas wody, paliwa, baterii do radia, GPS itd.
Płynęliśmy z prędkością podróżną 45 mil morskich  przez  prawie godzinę.
Dopłynęliśmy do jakiejś wysepki i zaczęły się przygotowanie do nurkowania czyli podział na pary, jaka trasa pod wodą itd.
Załadowaliśmy graty na siebie, ale oczywiście divemaster był mądrzejszy niż ja i dał mi mniej „kamieni” (czyli obciążników ołowianych niezbędnych do uzyskania pływalności).
To kręciłem się jak korek na powierzchni, chłopaki próbowali mnie ściągać i jakoś to poszło.
Ale zaczęły się jaja z moim prawym uchem.
Nie mogłem ciśnienia wyrównać.
I winda - góra - dół, góra - dół. Ucho trochę odpuszcza, schodzę o 3 metry i a piać od nowa Polska Ludowa.
Facet z mojej pary się zniecierpliwił, zawołał „naczelnego wodza”. „Wódz”, jak na "wodza" przystało - został ze mną i walczymy.
Dojechałem do 18 metrów i koniec.
Widoki nawet fajne, ale goście się tak miotali, że po 10 minutach „zakurzyli" do tego stopnia, że własnej ręki nie widziałem.
Patrzę na powietrze – zostało mi 80 BAR, więc jeszcze chwilkę się pokręciłem nieco nad dnem i zacząłem zbierać się do wychodzenia na przystanek bezpieczeństwa.
I co ? Ano nikogo koło mnie nie ma  ......
Kiedy już swoje odsiedziałem – ktoś się zjawia. OK, wyjeżdżamy na powierzchnię.
Wyjechaliśmy.....  jakieś 500 metrów od łodzi.
Pod wodą już marnie pójdzie, bo mi zostało 50 BAR, ale jedziemy na głębokości 2-3m.
Jak butla mi „wyschła” to z powrotem na górę.
Została do przepłynięcia połowa dystansu.
No, dopłynęliśmy...
Na łodzi przerwa i drugie zejście pod wodę
Tym razem miałem płynąć z „głównodowodzącym"  i jakąś „świeżynką”  po linie na 30 metrów, a później do wraku.
Dołożyłem sobie 4 kg. "kamieni", ale już mi się nie zmieściły do jacketu, to założyłem pas.
„Skrzydło” (rodzaj jacketu)  jest zapinane również pasem krocznym, więc pas balastowy miałem pod spodem :D
OK, no to zjeżdżamy w dół.
Ale się „świeżynka" zacukała i nie jedzie na dół, więc „wódz” wskazał mi kolejnego „buddy'ego”
Teraz  jazda na dół poszła nieźle, dojechaliśmy do wraku, a tu widoczność ledwo, ledwo.
Gość wjeżdża do wraku, nawet się za mną nie obejrzał, za nim wjeżdża drugi.
Oczywiście znowu „zakurzyli" tak, że ledwo wrak widziałem :D
Posiedziałem trochę na tych 20 metrach, ale niżej, do drugiego wraku nie zszedłem, bo ani nic nie było widać, ani sam nie zjadę, więc wyjechałem na górę.
Tym razem – szczęśliwie bliżej łodzi.
Nie były to logi moich marzeń, ale to i tak lepiej, jak siedzieć gdzie indziej.
Za dwa tygodnie – powtórka, ale już w innym miejscu.

Źródło

Źródło