Ubiegły tydzień miałem mocno zwariowany i z powodu różnych wyzwań chodziłem spać bardzo późno, ale za to bardzo wcześnie wstawałem :)
Dlatego w weekend postanowiłem odrobić zaległości w spaniu.
Tak sobie zaplanowałem, ale... tylko zaplanowałem.....
Jak zawsze w takich sytuacjach, w moim przypadku doskonale sprawdza się chińskie przysłowie ”ludzie, planują, bogowie się śmieją”.
Tak było i tym razem.
O ile w piątek wstałem przyzwoicie, bo o 8:00 rano, to już czasu na popołudniową drzemkę nie miałem.
Miałem jednak zamiar to sobie odbić, kładąc się wcześniej spać.
I nawet się położyłem, że by nie było.
Tylko najpierw o 23:45 włączył się "przypominacz", że 14 września mamy rocznicę ślubu. Zadzwoniłem do Szacownej Małżonki Mej Aleksandry złożyć życzenia.
O 0:15 włączył się … "przypaminacz" o rocznicy ślubu w drugim telefonie.
O godzinie 1:10 pierwszego SMS wysłał koleś, z którym byłem wstępnie umówiony na moje pierwsze nurkowanie w Arabii Saudyjskiej
Później były jeszcze cztery SMS-y, przy czym z ostatniego dowidziałem się, że przyjedzie po mnie o… 5 rano :)
Wstałem o 4:30 żeby się ogarnąć, już o 5:30 gość był.
Pojechaliśmy do mariny w Jubail. O godzinie 9:10 już byliśmy w komplecie i spakowani na łódce.
Łódka może nieduża, ale wyposażona w dwa silniki V6 o mocy 200 Km każdy. Później była odprawa przeprowadzona przez Straż Przybrzeżną.
Pełen profesjonalizm – chłopaki się znają na rzeczy.
Sprawdzili wszystko – od kapoków, przez zapas wody, paliwa, baterii do radia, GPS itd.
Płynęliśmy z prędkością podróżną 45 mil morskich przez prawie godzinę.
Dopłynęliśmy do jakiejś wysepki i zaczęły się przygotowanie do nurkowania czyli podział na pary, jaka trasa pod wodą itd.
Załadowaliśmy graty na siebie, ale oczywiście divemaster był mądrzejszy niż ja i dał mi mniej „kamieni” (czyli obciążników ołowianych niezbędnych do uzyskania pływalności).
To kręciłem się jak korek na powierzchni, chłopaki próbowali mnie ściągać i jakoś to poszło.
Ale zaczęły się jaja z moim prawym uchem.
Nie mogłem ciśnienia wyrównać.
I winda - góra - dół, góra - dół. Ucho trochę odpuszcza, schodzę o 3 metry i a piać od nowa Polska Ludowa.
Facet z mojej pary się zniecierpliwił, zawołał „naczelnego wodza”. „Wódz”, jak na "wodza" przystało - został ze mną i walczymy.
Dojechałem do 18 metrów i koniec.
Widoki nawet fajne, ale goście się tak miotali, że po 10 minutach „zakurzyli" do tego stopnia, że własnej ręki nie widziałem.
Patrzę na powietrze – zostało mi 80 BAR, więc jeszcze chwilkę się pokręciłem nieco nad dnem i zacząłem zbierać się do wychodzenia na przystanek bezpieczeństwa.
I co ? Ano nikogo koło mnie nie ma ......
Kiedy już swoje odsiedziałem – ktoś się zjawia. OK, wyjeżdżamy na powierzchnię.
Wyjechaliśmy..... jakieś 500 metrów od łodzi.
Pod wodą już marnie pójdzie, bo mi zostało 50 BAR, ale jedziemy na głębokości 2-3m.
Jak butla mi „wyschła” to z powrotem na górę.
Została do przepłynięcia połowa dystansu.
No, dopłynęliśmy...
Na łodzi przerwa i drugie zejście pod wodę
Tym razem miałem płynąć z „głównodowodzącym" i jakąś „świeżynką” po linie na 30 metrów, a później do wraku.
Dołożyłem sobie 4 kg. "kamieni", ale już mi się nie zmieściły do jacketu, to założyłem pas.
„Skrzydło” (rodzaj jacketu) jest zapinane również pasem krocznym, więc pas balastowy miałem pod spodem :D
OK, no to zjeżdżamy w dół.
Ale się „świeżynka" zacukała i nie jedzie na dół, więc „wódz” wskazał mi kolejnego „buddy'ego”
Teraz jazda na dół poszła nieźle, dojechaliśmy do wraku, a tu widoczność ledwo, ledwo.
Gość wjeżdża do wraku, nawet się za mną nie obejrzał, za nim wjeżdża drugi.
Oczywiście znowu „zakurzyli" tak, że ledwo wrak widziałem :D
Posiedziałem trochę na tych 20 metrach, ale niżej, do drugiego wraku nie zszedłem, bo ani nic nie było widać, ani sam nie zjadę, więc wyjechałem na górę.
Tym razem – szczęśliwie bliżej łodzi.
Nie były to logi moich marzeń, ale to i tak lepiej, jak siedzieć gdzie indziej.
Za dwa tygodnie – powtórka, ale już w innym miejscu.
Dlatego w weekend postanowiłem odrobić zaległości w spaniu.
Tak sobie zaplanowałem, ale... tylko zaplanowałem.....
Jak zawsze w takich sytuacjach, w moim przypadku doskonale sprawdza się chińskie przysłowie ”ludzie, planują, bogowie się śmieją”.
Tak było i tym razem.
O ile w piątek wstałem przyzwoicie, bo o 8:00 rano, to już czasu na popołudniową drzemkę nie miałem.
Miałem jednak zamiar to sobie odbić, kładąc się wcześniej spać.
I nawet się położyłem, że by nie było.
Tylko najpierw o 23:45 włączył się "przypominacz", że 14 września mamy rocznicę ślubu. Zadzwoniłem do Szacownej Małżonki Mej Aleksandry złożyć życzenia.
O 0:15 włączył się … "przypaminacz" o rocznicy ślubu w drugim telefonie.
O godzinie 1:10 pierwszego SMS wysłał koleś, z którym byłem wstępnie umówiony na moje pierwsze nurkowanie w Arabii Saudyjskiej
Później były jeszcze cztery SMS-y, przy czym z ostatniego dowidziałem się, że przyjedzie po mnie o… 5 rano :)
Wstałem o 4:30 żeby się ogarnąć, już o 5:30 gość był.
Pojechaliśmy do mariny w Jubail. O godzinie 9:10 już byliśmy w komplecie i spakowani na łódce.
Łódka może nieduża, ale wyposażona w dwa silniki V6 o mocy 200 Km każdy. Później była odprawa przeprowadzona przez Straż Przybrzeżną.
Pełen profesjonalizm – chłopaki się znają na rzeczy.
Sprawdzili wszystko – od kapoków, przez zapas wody, paliwa, baterii do radia, GPS itd.
Płynęliśmy z prędkością podróżną 45 mil morskich przez prawie godzinę.
Dopłynęliśmy do jakiejś wysepki i zaczęły się przygotowanie do nurkowania czyli podział na pary, jaka trasa pod wodą itd.
Załadowaliśmy graty na siebie, ale oczywiście divemaster był mądrzejszy niż ja i dał mi mniej „kamieni” (czyli obciążników ołowianych niezbędnych do uzyskania pływalności).
To kręciłem się jak korek na powierzchni, chłopaki próbowali mnie ściągać i jakoś to poszło.
Ale zaczęły się jaja z moim prawym uchem.
Nie mogłem ciśnienia wyrównać.
I winda - góra - dół, góra - dół. Ucho trochę odpuszcza, schodzę o 3 metry i a piać od nowa Polska Ludowa.
Facet z mojej pary się zniecierpliwił, zawołał „naczelnego wodza”. „Wódz”, jak na "wodza" przystało - został ze mną i walczymy.
Dojechałem do 18 metrów i koniec.
Widoki nawet fajne, ale goście się tak miotali, że po 10 minutach „zakurzyli" do tego stopnia, że własnej ręki nie widziałem.
Patrzę na powietrze – zostało mi 80 BAR, więc jeszcze chwilkę się pokręciłem nieco nad dnem i zacząłem zbierać się do wychodzenia na przystanek bezpieczeństwa.
I co ? Ano nikogo koło mnie nie ma ......
Kiedy już swoje odsiedziałem – ktoś się zjawia. OK, wyjeżdżamy na powierzchnię.
Wyjechaliśmy..... jakieś 500 metrów od łodzi.
Pod wodą już marnie pójdzie, bo mi zostało 50 BAR, ale jedziemy na głębokości 2-3m.
Jak butla mi „wyschła” to z powrotem na górę.
Została do przepłynięcia połowa dystansu.
No, dopłynęliśmy...
Na łodzi przerwa i drugie zejście pod wodę
Tym razem miałem płynąć z „głównodowodzącym" i jakąś „świeżynką” po linie na 30 metrów, a później do wraku.
Dołożyłem sobie 4 kg. "kamieni", ale już mi się nie zmieściły do jacketu, to założyłem pas.
„Skrzydło” (rodzaj jacketu) jest zapinane również pasem krocznym, więc pas balastowy miałem pod spodem :D
OK, no to zjeżdżamy w dół.
Ale się „świeżynka" zacukała i nie jedzie na dół, więc „wódz” wskazał mi kolejnego „buddy'ego”
Teraz jazda na dół poszła nieźle, dojechaliśmy do wraku, a tu widoczność ledwo, ledwo.
Gość wjeżdża do wraku, nawet się za mną nie obejrzał, za nim wjeżdża drugi.
Oczywiście znowu „zakurzyli" tak, że ledwo wrak widziałem :D
Posiedziałem trochę na tych 20 metrach, ale niżej, do drugiego wraku nie zszedłem, bo ani nic nie było widać, ani sam nie zjadę, więc wyjechałem na górę.
Tym razem – szczęśliwie bliżej łodzi.
Nie były to logi moich marzeń, ale to i tak lepiej, jak siedzieć gdzie indziej.
Za dwa tygodnie – powtórka, ale już w innym miejscu.
![]() |
| Źródło |
![]() |
| Źródło |



