Od dłuższego czasu obiecywałem sobie, że wreszcie uda się nam dotrzeć na targ rybny w Qatif.
Sporo naszych znajomych Saudyjczyków reklamowało ten targ jako może mniejszy od targu w Dammam, ale za to znacznie lepiej zaopatrzony.
Dodatkowym atutem miało być przygotowanie ryb na miejscu.
Jest to dużo, bo Szacowna Małżonka Ma Aleksandra nie ma specjalnego doświadczenia w przyrządzaniu ryb, gdyż ja na wszelkie wodne stwory mam alergią, a sama dla siebie to woli kupic...... paluszki rybne :-)
Próbowaliśmy wiele razy tam dotrzeć, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie.
A to byliśmy za późno, a to było jakieś święto i nigdy się nam nie udało.
W końcu podjęliśmy wyzwanie po raz kolejny z nadzieją na finalny sukces.
Pojechaliśmy w doborowym składzie: SMMA, Leszek oraz Luis& - -mój portugalski kolega z firmy.
Zebraliśmy się nawet zgrabnie, tylko jakieś 20 minut czekaliśmy na Luisa.
Ale taki urok Połudnowców - oni się szybko adaptują do tutejszych warunków :-D Dojechaliśmy jakoś rankiem - -świtkiem o 10 AM.
Idziemy do Oli ulubionej piekarnio-cukierni, żeby się dowiedzieć gdzie ten fish market jest.
No - zaraz za rogiem.
Patrzę - nie ma.
Ale znalazł się jakiś uprzejmy młody Saudi, który mówi, ze to daleko - 5 minut jazdy samochodem.
Oczywiście, zadeklarował pomoc.
To wsiadamy w nasze szalejące maszyny i jedziemy.
Wjechaliśmy na pobliskie rondo, jakieś mniej więcej 100 m. od naszego parkingu, przejechaliśmy kolejne 100 metrów, a nasz przewodnik pokazuje żebyśmy skręcali w lewo.
To skręciliśmy.
Owa niesamowita wyprawa zakończyła się po kolejnych 100 m. :-D Faktycznie, jest jakiś ryneczek, z rozmiarów - taki mniej więcej osiedlowy.
Trochę mnie to rozczarowało, bo miałem wizje jakiegoś nieprzebranego morza stoisk, przekrzykujących się sprzedawców - słowem jakiegoś souqu na miarę Marrakeszu.
Chodzimy, chodzimy i nic.
Zapach ryb faktycznie czuć, ale samych ryb ani stoisk nie ma.
Zapytałem, gdzież to ten sławetny fish market się znajduje jakiegoś lekko zaspanego sprzedawcy owoców. Ano tutaj, za murkiem - odpowiedział.
Dochodzimy - faktycznie jest.
Ale z wizji Marrakeszu nici :-(
Kilkanaście straganów i tyle.
To na Rynku Bałuckim jest ze dwa razy tyle sprzedawców ryb :-( (troche przesadzam, ale to dla podniesienia dramatyzmu opowiadania i opisu mojego zawodu) Oczywiście - sprzedawcy ani w ząb po angielsku.
Na szczęście pojawił się jakiś saudyjski dżentelmen, który doskonalą brytyjska angielszczyzną zagaił, czego poszukujemy.
Powiedziałem, ze jakiejś smakowitej tutejszej ryby i to jeszcze żeby mam ją ktoś przyrządził.
Pan błyskawicznie zlustrował wszystkie stragany i zaprowadził nas do jednego ze sprzedawców.
Powiedział, ze goście z Europy (nawet wiedział, ze stolicą Polski jest Warszawa, bo mnóstwo młodych ludzi z Qatif studiuje w Polsce medycynę) poszukują jakiejś smakowitej ryby i On prosi , żeby jakiś przysmak nam wybrać.
Luis, jako Portugalczyk z krwi i kości na rybach się zna i wiedział o co zapytać.
Pokazano nam kilka ryb w tym ryby głębinowe, co wzbudziło uznanie Luisa (podobno ma to jakieś znaczenie, ale ja się na tym nie znam) i przystąpiliśmy do wyboru obiadu.
Pan pokazał kilka ryb, ale polecił jedną sztukę, wyjątkowo okazałą, która potem na zapleczu została wyfiletowana.
OK - to ryba już jest, tylko co dalej?
Żadnych smażalni jak okiem sięgnąć nie widać.
Cale szczęście, ze nasz saudyjski przewodnik cierpliwie czekał i..... zaprowadzil na do...... maleńkiego baru.
Okazuje się, ze w trzech okolicznych barach przygotowują ryby na życzenie klienta.
Zapytał nas, jak ma być przyrządzona, więc poprosiłem o takie wykonaie, jakie jest specjalnością tego miejsca.
Niezmiernie dumny Pan Kucharz coś zaczął opowiadać, szeroko gestykulując, złapał rybę i pomknął w głąb swego królestwa.
Patrzymy, a tam stoi..... grill węglowy.
Oli się mina wydłużyła, bo nie przepada za grillowanymi rybami.
No cóż, czyli wszystko wygląda na wtopę.
Pan Kucharz przyjął opłatę (skromną dość, trzeba przyznać) i wyznaczył nam termin powrotu po gotowe danie za ... 2 godziny :-D Wróciliśmy trochę wcześniej, bo o wyznaczonej porze zaczynała się modlitwa.
I dobrze zrobiliśmy, jak się okazuje.
Pan Kucharz pochwycił nasza obsypana wszelkimi przyprawami rybkę i na ruszt ją wrzucił.
Po 15 min. 2,5 kilowa rybka została zapakowana w folię, ugarnirowana papryką i cebulą i była gotowa do transportu.
Przywieźliśmy ja jeszcze ciepłą.
Efekt był powalający.
SMMA, która jak wcześniej już opisywałem nie lubi ryb z grilla zajadała tak, aż Jej się uszka trzęsły.
Mariusz, który nie dal rady pojechać z nami zjadł rybę wieczorem, podgrzaną w mikrofali.
I nawet ten bandycki eksperyment nie pogorszył smaku rybki.
Po następną mam pojechać za tydzień :-D
Sporo naszych znajomych Saudyjczyków reklamowało ten targ jako może mniejszy od targu w Dammam, ale za to znacznie lepiej zaopatrzony.
Dodatkowym atutem miało być przygotowanie ryb na miejscu.
Jest to dużo, bo Szacowna Małżonka Ma Aleksandra nie ma specjalnego doświadczenia w przyrządzaniu ryb, gdyż ja na wszelkie wodne stwory mam alergią, a sama dla siebie to woli kupic...... paluszki rybne :-)
Próbowaliśmy wiele razy tam dotrzeć, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie.
A to byliśmy za późno, a to było jakieś święto i nigdy się nam nie udało.
W końcu podjęliśmy wyzwanie po raz kolejny z nadzieją na finalny sukces.
Pojechaliśmy w doborowym składzie: SMMA, Leszek oraz Luis& - -mój portugalski kolega z firmy.
Zebraliśmy się nawet zgrabnie, tylko jakieś 20 minut czekaliśmy na Luisa.
Ale taki urok Połudnowców - oni się szybko adaptują do tutejszych warunków :-D Dojechaliśmy jakoś rankiem - -świtkiem o 10 AM.
Idziemy do Oli ulubionej piekarnio-cukierni, żeby się dowiedzieć gdzie ten fish market jest.
No - zaraz za rogiem.
Patrzę - nie ma.
Ale znalazł się jakiś uprzejmy młody Saudi, który mówi, ze to daleko - 5 minut jazdy samochodem.
Oczywiście, zadeklarował pomoc.
To wsiadamy w nasze szalejące maszyny i jedziemy.
Wjechaliśmy na pobliskie rondo, jakieś mniej więcej 100 m. od naszego parkingu, przejechaliśmy kolejne 100 metrów, a nasz przewodnik pokazuje żebyśmy skręcali w lewo.
To skręciliśmy.
Owa niesamowita wyprawa zakończyła się po kolejnych 100 m. :-D Faktycznie, jest jakiś ryneczek, z rozmiarów - taki mniej więcej osiedlowy.
Trochę mnie to rozczarowało, bo miałem wizje jakiegoś nieprzebranego morza stoisk, przekrzykujących się sprzedawców - słowem jakiegoś souqu na miarę Marrakeszu.
Chodzimy, chodzimy i nic.
Zapach ryb faktycznie czuć, ale samych ryb ani stoisk nie ma.
Zapytałem, gdzież to ten sławetny fish market się znajduje jakiegoś lekko zaspanego sprzedawcy owoców. Ano tutaj, za murkiem - odpowiedział.
Dochodzimy - faktycznie jest.
Ale z wizji Marrakeszu nici :-(
Kilkanaście straganów i tyle.
To na Rynku Bałuckim jest ze dwa razy tyle sprzedawców ryb :-( (troche przesadzam, ale to dla podniesienia dramatyzmu opowiadania i opisu mojego zawodu) Oczywiście - sprzedawcy ani w ząb po angielsku.
Na szczęście pojawił się jakiś saudyjski dżentelmen, który doskonalą brytyjska angielszczyzną zagaił, czego poszukujemy.
Powiedziałem, ze jakiejś smakowitej tutejszej ryby i to jeszcze żeby mam ją ktoś przyrządził.
Pan błyskawicznie zlustrował wszystkie stragany i zaprowadził nas do jednego ze sprzedawców.
Powiedział, ze goście z Europy (nawet wiedział, ze stolicą Polski jest Warszawa, bo mnóstwo młodych ludzi z Qatif studiuje w Polsce medycynę) poszukują jakiejś smakowitej ryby i On prosi , żeby jakiś przysmak nam wybrać.
Luis, jako Portugalczyk z krwi i kości na rybach się zna i wiedział o co zapytać.
Pokazano nam kilka ryb w tym ryby głębinowe, co wzbudziło uznanie Luisa (podobno ma to jakieś znaczenie, ale ja się na tym nie znam) i przystąpiliśmy do wyboru obiadu.
Pan pokazał kilka ryb, ale polecił jedną sztukę, wyjątkowo okazałą, która potem na zapleczu została wyfiletowana.
OK - to ryba już jest, tylko co dalej?
Żadnych smażalni jak okiem sięgnąć nie widać.
Cale szczęście, ze nasz saudyjski przewodnik cierpliwie czekał i..... zaprowadzil na do...... maleńkiego baru.
Okazuje się, ze w trzech okolicznych barach przygotowują ryby na życzenie klienta.
Zapytał nas, jak ma być przyrządzona, więc poprosiłem o takie wykonaie, jakie jest specjalnością tego miejsca.
Niezmiernie dumny Pan Kucharz coś zaczął opowiadać, szeroko gestykulując, złapał rybę i pomknął w głąb swego królestwa.
Patrzymy, a tam stoi..... grill węglowy.
Oli się mina wydłużyła, bo nie przepada za grillowanymi rybami.
No cóż, czyli wszystko wygląda na wtopę.
Pan Kucharz przyjął opłatę (skromną dość, trzeba przyznać) i wyznaczył nam termin powrotu po gotowe danie za ... 2 godziny :-D Wróciliśmy trochę wcześniej, bo o wyznaczonej porze zaczynała się modlitwa.
I dobrze zrobiliśmy, jak się okazuje.
Pan Kucharz pochwycił nasza obsypana wszelkimi przyprawami rybkę i na ruszt ją wrzucił.
Po 15 min. 2,5 kilowa rybka została zapakowana w folię, ugarnirowana papryką i cebulą i była gotowa do transportu.
Przywieźliśmy ja jeszcze ciepłą.
Efekt był powalający.
SMMA, która jak wcześniej już opisywałem nie lubi ryb z grilla zajadała tak, aż Jej się uszka trzęsły.
Mariusz, który nie dal rady pojechać z nami zjadł rybę wieczorem, podgrzaną w mikrofali.
I nawet ten bandycki eksperyment nie pogorszył smaku rybki.
Po następną mam pojechać za tydzień :-D



