środa, 27 sierpnia 2014

W szponach rekruterki czyli nie ogarniam tej kuwety

Pewien zaprzyjaźniony Kangur pośród swoich rozmaitych teorii, z którymi się w znakomitej większości nie zgadzam ma jedną, którą stosuję w swoim własnym życiu.
Otóż należy być w permanentnym procesie rekrutacyjnym.
Nieważne, czy obecna robota Ci odpowiada i wszystko jest OK, pieniądze dobre, płacone w terminie itd.
Nieważne, bo może przyjść dzień, kiedy padnie decyzja o "optymalizacji kosztów" lub ktoś Cię vqrvi do białości, coś mu odpowiesz i już widmo bezrobocia w oczy zajrzy.
Dodatkowymi korzyściami jest niewychodzenie z wprawy w prowadzeniu tego typu rozmów oraz wiedza na temat swojej aktualnej ceny rynkowej, co pomaga przy deliberacjach z samym sobą czy iść po podwyżkę do Bossa czy siedzieć cicho :-D
Dlatego moje CV jest obecne i aktualizowane przez Szacowną Małżonkę Mą Aleksandrę na wszystkich liczących się portalach rekrutacyjnych i branżowych.
Konsekwencje takich działań są różnorakie.
Od scamu, poprzez oferty zupełnie od czapy, które wyglądają jak SOS rekrutera, który musi zgromadzić odpowiednią ilość CV  dla klienta.
Czasami traktują Cię jako "zapchajdziurę" i wysyłają ofertę z prośbą o wysłanie CV najpóźniej tego samego dnia, a najlepiej jak natychmiast.
Specjalizują się w tym polskie oddziały zachodnich firm headhunterskich, bo jak coś zawalą np. w Anglii to wysyłają do Polski, żeby ci coś zrobili.
Kiedyś na takie propozycje "na zapalenie płuc" odpowiadałem, ale od jakiegoś czasu olewam je równo, tak jak ci którzy je wysyłają olewali mnie, jak już dostali, to co chcieli.
Ale wczoraj trafiła mi się niezmiernie ambitna sztuka.
Propozycja fajna, nie powiem,  ale dziewczę chyba zostało wyszkolone, żeby badać odporność kandydata na stres wywołany rozmową z osobą, która wydaje się być połączeniem osobnika sprawnego inaczej intelektualnie i posiadającego zaawansowanego Alzhaimera z radzieckim celnikiem.
Raz w życiu spotkałem tak upierdliwego pogranicznika jak ta laska :-D
Te same pytania po kilka razy, powroty do zadanych pytań w połowie odpowiedzi na kolejne, oczekiwania, że będę pamiętał daty DZIENNE sprzed kilku lat kiedy się w jakiejś firmie zatrudniałem bądź zwalniałem.
A już wytłumaczenie zawiłości mojego wykształcenia zajęło mi dobre 20 min.
W dwóch osobnych turach po 20 min.
Całość wczorajszej rozmowy to godzina z minutami.
Z zapowiedzią powtórki w dniu dzisiejszym.
Po rozmowie dostaję maila ze szczegółami oferty.
W wymaganiach znalazłem wymóg znajomości arabskiego na poziomie średnio zaawansowanym.
Więc w odpowiedzi na Jej maila pytam, czy jest to warunek konieczny. Bo jeśli tak, to szkoda jej i mojego czasu.
Ale w drugim załączniku rano znalazłem, że jeśli kandydat będzie bardzo dobry, to ten arabski sobie można odpuścić.
OK, to czekam na telefon.
Dzwoni i zaczyna właśnie od mojego pytania.
OK, powiedziałem jej, że już wiem, doczytałem w drugim załączniku.
Gadamy - wracamy do pytania o.....    wykształcenie.
Noż qrva mać - ile razy można bić pianę na ten sam temat. Jakby to było na Skypie to bym jej  to narysował na kartce, przyłożył do kamery, może wtedy by dotarło :-(
Później...... daty po raz kolejny, kiedy zacząłem pracować w jednej z poprzednich firm.
Ja pierdzielę, to było jakieś 6-7 lat temu.
Co ja "Rain man" jestem żeby takie pierdoły pamiętać ???
Datę ślubu mam wygrawerowaną na obrączce, żebym nie zapomniał, ale nie notuję którego dnia i o której godzinie poszedłem pierwszy raz do pracy kilka lat temu.
Nic, to jedziemy dalej.
Pytania jakieś bardziej normalne.
I nagle dziewczę pyta.....   "a jak z twoją znajomością arabskiego ?"
Miałem ochotę odpowiedzieć, że podobnie jak z Jej rozumieniem mówionego angielskiego.

Po godzinie dostaję maila, gdzie jeszcze raz mam odpowiedzieć na połowę z tych pytań, które z uporem maniaka zadawała mi przez dwie godzinne sesje telefoniczne.
Mało - dostałem jeszcze linka do formularza, który obowiązkowo muszę wypełnić.
Domyślacie się jakie tam znalazłem pytania.
Qrva, aż się boję otworzyć lodówkę :-(
źródło

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Scam czyli "My name is Miss Melinda...... "

Scammerzy głownie z Nigerii byli jakiś czas temu tematem wielu artykułów prasowych.
Najczęściej do jakichś ludzi przychodził mail od adwokata (obowiązkowo zaczynający się od  "My name is Mr........"), poszukującego rodziny tragicznie zmarłego.......  naszego nigdy nie spotkanego krewnego, o którym nawet w najstarszych rodzinnych sagach nikt nie słyszał.
Ale Pan Mecenas, nie szczędząc sobie trudów i znoju znalazł właśnie nas, jako jedynych spadkobierców niemałego majątku naszego krewnego.
Majątek jest do odebrania praktycznie od ręki, jeno trzeba wnieść opłaty urzędowe i już możemy się cieszyć dobrobytem.
Brzmi jak bajeczka dla naiwnych ? Owszem, ale na ten numer parę lat temu nacięło się sporo ludzi.
Kolejnym, nie ukrywam,  moim ulubionym rodzajem scamu -  jest list od ślicznego dziewczęcia ("My name is Miss Melinda......" -  takie dostawałem ze zdjęciami :-D), które w wyniku działań wojennych utraciło rodziców, lecz nie utraciło kilkumilionowego majątku. W USD rzecz jasna :D
Chętnie się z Tobą podzieli ( z listów dość namiętnych z czasem wynikało, że nie tylko majątkiem) jeśli pomożesz jej zapłacić opłaty urzędowe i wytransferować te pieniądze na Twoje konto.
No nie dość że bogaty, to jeszcze z egzotyczną pięknością u boku -  żyć, nie umierać :-)

Kolejny (moim zdaniem bardzo groźny) rodzaj scamu to oferty pracy.
Najczęściej przychodzą na ogranym templacie, więc łatwo je wychwycić, ale zdarzają się też prawdziwe majstersztyki, które na pierwszy, a nawet trzeci rzut oka nie budzą najmniejszych nawet podejrzeń.
Te najbardziej oklepane zaczynają się zazwyczaj od "ATTEND: Job seekers"
Później wymieniane są stanowiska pracy, które na ciebie czekają.
Masz wysłać tylko CV, oczekiwane wynagrodzenie oraz...... skan swojego paszportu i aktualne zdjęcia.
A później zostajesz posiadaczem domu na Bahamach, wróć  -  kredytu na dom na Bahamach, który już ktoś zdążył od Ciebie kupić za gotówkę.
Jest też znacznie groźniejsza odmiana scamu, taka jaką ostatnio dostał mój kolega.
Oferta pracy profilowana ewidentnie pod niego, czyli zgadza się wszystko -  pożądane wykształcenie, kwalifikacje, doświadczenie zawodowe itd.
Pytają  o oczekiwania finansowe, proponują trochę mniej, żeby nie było podejrzane. Korespondencja trwa dłuższy czas.
Podszywają się pod istniejącą firmę, podają kontaktowe numery telefonów etc.
Jak się sprawdza, to się okazuje że jest mail i owszem - podobnie brzmiący, ale...  na Gmailu.
Czyli wygląda to tak jakby firma www.saudyjskiwielblad pl miała maila  saudyjskiwielbladrecruiting@gmail.com
Później zaczynają się schody - wszystko jest OK, ale potrzebna jest: weryfikacja dokumentów, przynależność do branżowej organizacji itp.
To oczywiście kosztuje, ale wszystkie poniesione koszty zostaną zwrócone przy pierwszej wypłacie.
Kolega zadzwonił, faktycznie numer z firmy, ale gość kompletnie nie wie o co chodzi, pracuje w innym dziale niż HR i cały zdziwiony.
Mnie samego zaskoczył ostatnio telefon ze ......  Stanów.
Oferta pracy, a jakże, tylko na stanowisku Safety Offcer, więc od razu powiedziałem, że nie wysyłałem żadnej aplikacji.
Dziewczę uparte, to OK - mam czas, mogę pogadać.
Proponują rozsądne pieniądze, już  netto z odliczonym podatkiem, ale żadnych szczegółów.
W międzyczasie dziewczę pyta, czy jak będę pracował, to nie chciałbym sobie postudiować w USA, bo takie możliwości oferuje pracodawca.
Powiedziałem, że czemu nie - amerykański doktorat się przyda.
Wtedy dostaje maila, że mój proces rekrutacyjny przebiegł pomyślnie, dostałem ofertę finansową, ale...    bez żadnych szczegółów dotyczących firmy, obowiązków, lokalizacji itp.
W mailu zwrotnym miałem załączyć....... skan paszportu i aktualne zdjęcia.
Odpisałem, że już, natychmiast, jak dostanę pełne dokumenty rejestrowe firmy, bo firma mająca tylko jeden numer telefonu, która  nie podaje na stronie adresu nie wygląda dla mnie poważnie.
I już tym razem Miss Melissa nie odpowiedziała :-D
Ale.....  na drugi dzień zadzwonił jakiś koleś ze Stanów z zapytaniem na jakim kierunku na ich uczelni chcę studiować :-D
To wyjaśniłem sytuację, zaśmiewając się do rozpuku :-D



źródło

niedziela, 24 sierpnia 2014

Geniusze czyli wymienność pozycji

Kurde, nie wiedziałem, że w tej firmie pracują tak genialni ludzie.
Jak zobaczyłem firmowe "ogloszenia parafialne" czyli kto, gdzie i z jakiej pozycji awansował to jestem pod niesłabnącym wrażeniem.
Ja to jakiś ograniczony jestem, bo umiem tylko to, czego się uczyłem z dużym mozołem przez lat osiem na trzech rożnych uczelniach.
Nie czuję sie wystarczająco kompetentny aby np. teraz zostać Managerem Zakupów, HR lub Dyrektorem Finansów.
Mimo, że tą ostanią pozycję mógłbym niby zająć z racji wyksztalcenia, bo jakis czas temu dali mi dyplom "magazyniera" z ekonomii.
Tylko specjalizację mam inną i jakoś niespecjalnie bym się pchał, żeby zarządzać finansami firmy.
Ale dla egipskich "mohandesow" nie ma wyzwań przekraczających ich możliwości, wiedzę i kwalifikacje.
Cóż, jak gdzieś ktoś kiedyś napisał "po owocach ich poznacie"  :-D


źródło


czwartek, 21 sierpnia 2014

Saudia łagodzi obyczaje :)

Jestem człowiekiem o,  jak to określają fachowcy "niskim progu pobudliwości"
Mówiąc ludzkim językiem -  jestem cholerykiem i mam "szybki zapłon" jak mnie coś rozjuszy.
Staram się walczyć z tą cechą mojego charakteru, ale do flegmatyka, reagującego na każdy przejaw głupoty, ignorancji czy zwyczajnego olewania przez podniesienie brwi, lekkie westchnienie i powtórzenie poleceń,  jest mi tak daleko jak stad do Ploxima Centauri.
Wczoraj jednak okazało się że moja tolerancja wzrosła niesamowicie w przeciągu ostaniach dwóch lat.
Przedwczoraj zamówiłem kierowcę na wyjazd do Hafer Al- Batin na godzinę 4:30 rano.
Znając życie, poprosiłem jegomościa, aby pojechał od biura do mojego compoundu, żeby zobaczył gdzie to jest.
Dwa razy powtórzyłem o której ma być, wziąłem numer Jego telefonu, podałem swój.
Zapytalem dwa razy, czy zrozumial, kazalem powtorzyc o koterj i gdzie ma przyjechac.
"OK, Ok, Boss" - usłyszałem
 No to jak OK, to OK.
Wstałem jeszcze grubo przed mleczarzami, zrobiłem kawę dla siebie i Szacownej Malzonki Mej Aleksandry, która potowarzyszyć w oczekiwaniu była łaskawa.
Zrobiła się 4:40 to dzwonie do typa.
Byliśmy przy basenie, gość nie odebrał telefonu, ale usłyszałem klakson.
To pomyślałem, że to mój geniusz się pojawił, tylko nie zadzwonił ale już czeka.
Wychodzę, ani widu, ani słychu.
Dzwonię więc do typa jeszcze raz.
W końcu odbiera, al głos ma tak zaspany, że łeb urywa.
Pytam gdzie jest i słyszę "OK, OK, Boss, Im camming";
Ale gdzie jestes ??? - pytam
"OK, OK, Boss, Im camming"  stwierdził i się rozłączył.
To dzwonie jeszcze raz, ale już nie odbiera.
Zadzwoniłem do Dinesha, że typ zaspał i niech po mnie przyjedzie.
Dinesh przyjechał, jedziemy pod firmę.
Kolejny raz dzwonie do typa i mowię, że ma jechać pod biuro, bo  szkoda czasu o znowu pada nieśmiertelne "OK,OK Boss"
Za chwilę oddzwania, że jest pod biurem.
To mu odpowiadam, że za 5min. będziemy.
Przyjeżdżamy, typa nie ma.
Dzwoni do niego Dinesh, a gość twierdzi, że czeka na mnie ...  pod compoundem.
Za 15 minut się pojawia i twierdzi, że ...   pobłądził, bo nie zapamiętał drogi do mojego lokum.
Ale miał jechać tutaj,  nie do mnie.
"OK, OK, Boss"
Weszliśmy do biurowca, a tam wyje alarm, że się ściany trzęsą.
Siedzi sobie strażnik i ma zupełnie wyluzowaną minę, jakby panowała cisza, wręcz obezwładniający spokój.
Patrze, a z uszu wystają mu strzępki chusteczek higienicznych.
To jest dopiero mistrz Zen :-)
Bo mnie by szlag trafił.
A kierowcy wcale nie zamordowałem, jakby się mogło wydawać.
Ale spotkam się dziś z jego szefem i umilę mu życie, bo to nie był gościa ostatni numer podczas podroży.
Ale to już zupełnie inna historia.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Chinski syndrom.... czyli nowy projekt

Nie może być normalnie.
Zawsze stanie się coś, co wzbudzi mój zachwyt na pomysłowością w tej firmie.
Jakiś czas temu pojawił się projekt, który miał być tylko "sponsorowany" przez moja firmę, a za wszystko miał odpowiadać podwykonawca rodem z Chin kontynentalnych.
Pytałem swojego Bossa przed wyjazdem czy ten projekt  to mój problem czy nie.
Wtedy odpowiedz była, że nie, bo Chińczycy mają swój zespól BHP.
To OK, nie mój cyrk, nie moje małpy to się nie stresuję.
Ale w niedziele przygalopował do mnie Project Manager z tego projektu i zaczął prosić mnie o pomoc.
Więc się jeszcze raz zapytałem Bossa czy na pewno to nie jest nasz problem.
Teraz się okazało, że jednak tak - to jest mój problem.
Na szczęście, tylko na  zasadzie audytów, bo nie bee tam miał swojej kadry.
OK, to pojechałem.
Sajgon jest niezły, goście o BHP to nawet nie słyszeli.
Problem  tkwi w.....  komunikacji.
Ze wszystkich zatrudnionych tam osób...... 3 (słownie - trzy) mówią po angielsku w tym dwie kiepsko.
Kiepsko mówi ...  tłumacz :D
Behapowiec - ani w ząb.
Wziąłem to cale radosne towarzystwo i zacząłem jazdę.
Za mną  kopytkowało 4 gości z......   notesikami  i pilnie uwieczniali myśli me światłe
No poczułem się jak Kim Dzon Un podczas  gospodarskiej wizyty :D
Dałem im 2 tygodnie i zobaczymy.
Na razie się zastanawiam, który z moich chłopaków zacznie zgłębiać tajniki mandaryńskiego, bo ja się na to nie piszę
Najpierw arabski :-D


źródło

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...