Pojechałem z kumplem na ognisko, gdzie spotkałem jego znajomych którzy, jak się szybko okazało, są zdecydowanymi przeciwnikami wyjazdów z Polski.
Bardzo mnie to ucieszyło, bo pierwszy raz w życiu miałem okazję podyskutować z ludźmi o takich poglądach twarzą w twarz.
Na początku "gazetowe" argumenty typu - jak ktoś jest dobry to i w Polsce sobie poradzi.
OK - tutaj dokonałem egzekucji, opisując sukcesy krajowe i zagraniczne moich osobistych kolegów i znajomych .
Argument drugi - bo moja koleżanka, kuzynka, szwagier (niepotrzebne skreślić) wyjechali do Wielkiej Brytanii, Niemiec, Holandii (niepotrzebne skreślić) i tam pracują poniżej swoich kwalifikacji.
A jakie to kwalifikacje pytam ?
I się okazuje, że są to kierunki głównie humanistyczne, ale bez znajomości języka i ktoś pracuje jako masażysta, operator wózka widłowego, magazynier, kasjer w Tesco (niepotrzebne skreślić) a ma licencjat lub jest magisterium politologii, zarządzania i marketingu, europeistyki (niepotrzebne skreślić).
To co mnie załamało, to patrzenie na emigrację tylko przez pryzmat emigracji wewnątrz-unijnej przez ludzi, którzy podjęli studia na kierunkach mało perspektywicznych (delikatnie rzecz ujmując) na mało prestiżowych uczelniach (delikatnie rzecz ujmując) i wytykanie im braku odwagi czy zdecydowania w walce o swoją pozycję w Polsce zgodnej w wykształceniem - wyższym zresztą.
A dla mnie ci ludzie to niemalże herosi i desperaci, podobni do emigrantów "za ziemią i chlebem" do obu Ameryk w wieku XIX.
I należy im się szacunek, a nie pogarda, że sobie tutaj nie poradzili.
Wrócą z doświadczeniem w pracy w innej rzeczywistości, z jakąś nawet minimalną znajomością języka i nie siedzą na garnuszku rodziców (czy Państwa - ale ten garnuszek to raczej symboliczny dla nich a kosztowny dla podatników).
Albo i nie wrócą, bo nie będą mieli ochoty bohatersko walczyć o byt nawet "w zawodzie wyuczonym" i będą woleli żyć jako robotnicy wykwalifikowani, ale w stabilnych warunkach finansowych.
Wiem, że wszystko to, co dzisiaj napisałem to banały i komunały, ale tak wygląda dzisiejszy poziom dyskusji na poważne tematy.
Bardzo mnie to ucieszyło, bo pierwszy raz w życiu miałem okazję podyskutować z ludźmi o takich poglądach twarzą w twarz.
Na początku "gazetowe" argumenty typu - jak ktoś jest dobry to i w Polsce sobie poradzi.
OK - tutaj dokonałem egzekucji, opisując sukcesy krajowe i zagraniczne moich osobistych kolegów i znajomych .
Argument drugi - bo moja koleżanka, kuzynka, szwagier (niepotrzebne skreślić) wyjechali do Wielkiej Brytanii, Niemiec, Holandii (niepotrzebne skreślić) i tam pracują poniżej swoich kwalifikacji.
A jakie to kwalifikacje pytam ?
I się okazuje, że są to kierunki głównie humanistyczne, ale bez znajomości języka i ktoś pracuje jako masażysta, operator wózka widłowego, magazynier, kasjer w Tesco (niepotrzebne skreślić) a ma licencjat lub jest magisterium politologii, zarządzania i marketingu, europeistyki (niepotrzebne skreślić).
To co mnie załamało, to patrzenie na emigrację tylko przez pryzmat emigracji wewnątrz-unijnej przez ludzi, którzy podjęli studia na kierunkach mało perspektywicznych (delikatnie rzecz ujmując) na mało prestiżowych uczelniach (delikatnie rzecz ujmując) i wytykanie im braku odwagi czy zdecydowania w walce o swoją pozycję w Polsce zgodnej w wykształceniem - wyższym zresztą.
A dla mnie ci ludzie to niemalże herosi i desperaci, podobni do emigrantów "za ziemią i chlebem" do obu Ameryk w wieku XIX.
I należy im się szacunek, a nie pogarda, że sobie tutaj nie poradzili.
Wrócą z doświadczeniem w pracy w innej rzeczywistości, z jakąś nawet minimalną znajomością języka i nie siedzą na garnuszku rodziców (czy Państwa - ale ten garnuszek to raczej symboliczny dla nich a kosztowny dla podatników).
Albo i nie wrócą, bo nie będą mieli ochoty bohatersko walczyć o byt nawet "w zawodzie wyuczonym" i będą woleli żyć jako robotnicy wykwalifikowani, ale w stabilnych warunkach finansowych.
Wiem, że wszystko to, co dzisiaj napisałem to banały i komunały, ale tak wygląda dzisiejszy poziom dyskusji na poważne tematy.


