Pisałem wcześniej o „chłopcach z plaży” i jednym cwaniaczku, który mnie naciął pierwszego dnia.
To nie był jego jedyny występ, ale opiszę Wam ten, który podobał mi się najbardziej.
Poznaliśmy na Sri Lance kolesia, który wraz z małżonką przyleciał tutaj na tygodniowe wakacje.
Na potrzeby naszej opowieści nazwijmy go "Bodziem", bo jakoś nie lubię tego imienia - ale to z zupełnie inna historia :- ).
Otóż nasz "Bodzio" już w samolocie dał pokaz inaczej pojmowanej kultury – ale wiemy o tym tylko z relacji osób, które z nim podróżowały.
Nawalił się podobno jak stodoła wuja Mietka po żniwach i brewerie zaczął wyczyniać takie, że mało go inni pasażerowie w locie nie wysadzili, a obsługa w Bahrajnie podczas międzylądowania.
Przyjechał i zaczął się zachowywać tak, jak nasi legendarni rodacy w Egipcie, korzystający z wyjazdów „last minute” na tydzień za kilkaset złotych.
Facet był w stanie doprowadzić do rozpaczy praktycznie całą obsługę i np. oczekiwał, że ktoś będzie za niego załatwiał tak ważne „życiowo” sprawy, jak poszukiwanie jego rzekomo skradzionych kąpielówek itp.
Ale trafiła kosa na kamień – czyli na naszego lokalnego cwaniaczka Silvę
W jakiś niepojęty sposób udało im się porozumieć i lokalny cwaniaczek obiecał mu zakupić kartę pre-paidową do telefonu, żeby nasz Bodzio do znajomych i rodziny z wakacji tanio mógł zadzwonić.
Jak obiecał – tak zrobił. Kupił kartę, skasował Bodzia na kilkadziesiąt „baksów” (karta w rzeczywistości kosztowała 3 USD) i poszedł.
Bodzio po włożeniu karty zdążył tylko powiedzieć „Cześć k...…, Zdzisiu z wakacji do Ciebie dzwonię ze Sri Lanki” i… się skończyły minutki :)
Bodzio zaczął poszukiwać lokalnego cwaniaczka, zemstę mu srogą obiecując.
Zauważył go przed hotelem i kłusem ruszył w pogoń.
Lokalny cwaniaczek wpadł do sklepu naprzeciwko i ewakuował się oknem. Bodzio - za nim, ale że tuszy był pokaźnej, więc w okienku utknął :-DDDD.
W kilku go musieli wyciągać, ubaw mając po pachy.
Ja lokalnemu cwaniaczkowi zapowiedziałem, że był to jego ostatni numer z Polakami, bo następnym razem skończy się to moją wizytą u Panów Policjantów z Policji Turystycznej i będzie miał przez dłuższy czas widok na "firanki w szkocką kratę"
Ale do furii doprowadzało go co innego – oficjalnym organizatorem praktycznie wszystkich wyjazdów polskich grup, niezależnie od kierunku, potrzeb i ilości osób został Deepal .
Widział, że również jeżeli chodzi o prezenty (bo tak się składa, że większość rodziny Deepala ma urodziny w okresie okołoświątecznym – w sensie Bożego Narodzenia) nie jesteśmy z Olą skąpi :).
Tyle zyskał, że jak mnie widział, to zębami zgrzytał, bo wszystkich nowo przyjeżdzających ostrzegaliśmy przed nim i jego „usługami”.
Dopisek od Oli
Podczas naszych pobytów na Sri Lance Paweł sporo czasu spędzał na nurkowaniu. Po moim powrocie do zdrowia, dostałam "ochronę" w osobie przesympatycznego Kalu***
Kiedy Paweł jechał nurkować, gdziekolwiek się nie ruszyłam Kalu szedł ze mną choć starałam się mu uciekać, jak tylko mogłam.
Pewnego razu poszliśmy z Kalu na spacer. Po drodzę spotkaliśmy Bodzia, który co prawda pijany jeszcze nie był, ale kilka drinków tego dnia już chyba miał na koncie. Bodzio prawie nie mówił po angielsku, więc odezwał się do mnie w mniej więcej następujących słowach.
*** Paradoksalnie - Kalu w języku sinhala oznacza "czarny", ale tego Bodzio raczej nie wiedziął :D
Sinhala jest jednym z trzech oficjalnych języków używanych na Sri Lance (pozostałe dwa to tamilski i angielski). Posługuje się nim ok 18 milionów ludzi. Najstarsze znane dokumenty napisane w tym języku pochodzą z VI w p.n.e.
To nie był jego jedyny występ, ale opiszę Wam ten, który podobał mi się najbardziej.
Poznaliśmy na Sri Lance kolesia, który wraz z małżonką przyleciał tutaj na tygodniowe wakacje.
Na potrzeby naszej opowieści nazwijmy go "Bodziem", bo jakoś nie lubię tego imienia - ale to z zupełnie inna historia :- ).
Otóż nasz "Bodzio" już w samolocie dał pokaz inaczej pojmowanej kultury – ale wiemy o tym tylko z relacji osób, które z nim podróżowały.
Nawalił się podobno jak stodoła wuja Mietka po żniwach i brewerie zaczął wyczyniać takie, że mało go inni pasażerowie w locie nie wysadzili, a obsługa w Bahrajnie podczas międzylądowania.
Przyjechał i zaczął się zachowywać tak, jak nasi legendarni rodacy w Egipcie, korzystający z wyjazdów „last minute” na tydzień za kilkaset złotych.
Facet był w stanie doprowadzić do rozpaczy praktycznie całą obsługę i np. oczekiwał, że ktoś będzie za niego załatwiał tak ważne „życiowo” sprawy, jak poszukiwanie jego rzekomo skradzionych kąpielówek itp.
Ale trafiła kosa na kamień – czyli na naszego lokalnego cwaniaczka Silvę
W jakiś niepojęty sposób udało im się porozumieć i lokalny cwaniaczek obiecał mu zakupić kartę pre-paidową do telefonu, żeby nasz Bodzio do znajomych i rodziny z wakacji tanio mógł zadzwonić.
Jak obiecał – tak zrobił. Kupił kartę, skasował Bodzia na kilkadziesiąt „baksów” (karta w rzeczywistości kosztowała 3 USD) i poszedł.
Bodzio po włożeniu karty zdążył tylko powiedzieć „Cześć k...…, Zdzisiu z wakacji do Ciebie dzwonię ze Sri Lanki” i… się skończyły minutki :)
Bodzio zaczął poszukiwać lokalnego cwaniaczka, zemstę mu srogą obiecując.
Zauważył go przed hotelem i kłusem ruszył w pogoń.
Lokalny cwaniaczek wpadł do sklepu naprzeciwko i ewakuował się oknem. Bodzio - za nim, ale że tuszy był pokaźnej, więc w okienku utknął :-DDDD.
W kilku go musieli wyciągać, ubaw mając po pachy.
Ja lokalnemu cwaniaczkowi zapowiedziałem, że był to jego ostatni numer z Polakami, bo następnym razem skończy się to moją wizytą u Panów Policjantów z Policji Turystycznej i będzie miał przez dłuższy czas widok na "firanki w szkocką kratę"
Ale do furii doprowadzało go co innego – oficjalnym organizatorem praktycznie wszystkich wyjazdów polskich grup, niezależnie od kierunku, potrzeb i ilości osób został Deepal .
Widział, że również jeżeli chodzi o prezenty (bo tak się składa, że większość rodziny Deepala ma urodziny w okresie okołoświątecznym – w sensie Bożego Narodzenia) nie jesteśmy z Olą skąpi :).
Tyle zyskał, że jak mnie widział, to zębami zgrzytał, bo wszystkich nowo przyjeżdzających ostrzegaliśmy przed nim i jego „usługami”.
Dopisek od Oli
Podczas naszych pobytów na Sri Lance Paweł sporo czasu spędzał na nurkowaniu. Po moim powrocie do zdrowia, dostałam "ochronę" w osobie przesympatycznego Kalu***
Kiedy Paweł jechał nurkować, gdziekolwiek się nie ruszyłam Kalu szedł ze mną choć starałam się mu uciekać, jak tylko mogłam.
Pewnego razu poszliśmy z Kalu na spacer. Po drodzę spotkaliśmy Bodzia, który co prawda pijany jeszcze nie był, ale kilka drinków tego dnia już chyba miał na koncie. Bodzio prawie nie mówił po angielsku, więc odezwał się do mnie w mniej więcej następujących słowach.
"Powiedz, k..... temu czarnuchowi, żeby mi papierosy przyniósł"Moja odpowiedź była dość krótka:
"Dla Ciebie to nie jest żaden "ten" tylko PAN Kalu, a papierosy możesz sobie kupić sam"Bodzio jeszcze coś tam mamrotał pod nosem, ale Kalu i ja poszliśmy dalej konwersując sobie radośnie w łamanym angielskim, przeplatanym łamanym syngaleskim i doskonale opanowanym "machanym rękoma" :)
*** Paradoksalnie - Kalu w języku sinhala oznacza "czarny", ale tego Bodzio raczej nie wiedziął :D
Sinhala jest jednym z trzech oficjalnych języków używanych na Sri Lance (pozostałe dwa to tamilski i angielski). Posługuje się nim ok 18 milionów ludzi. Najstarsze znane dokumenty napisane w tym języku pochodzą z VI w p.n.e.
![]() | ||
| Kalu z wnukami |
![]() |
| Kalu i Moja "Gadzina" :D |
![]() |
| Idziemy na wesele - od lewej: Ola, Księżniczka Dulmini, Sabee i na końcu Deepal |





























