czwartek, 30 lipca 2015

Pomezania – przemyślenia o imigrantach i dalsza eksploracja

Dzięki dogłębnej znajomości regionu przez naszych serdecznych przyjaciół czyli Lulu, Jadzię i Marka udaliśmy się w podróż szlakiem nekropolii mennonickich.
Kim byli menonici ? Ze wstydem muszę przyznać, że nie wiedziałem i myślałem, że to jakieś starożytne plemię zamieszkujące te okolice w czasach kamienia łupanego ewentualnie epoki brązu :-D
Są to (bo wyznanie to ma się dobrze do tej pory), chrześcijanie zaliczani do protestantów, których podwaliny filozoficzne powstały w roku 1539 w Holandii. Jest to jeden z nurtów anabaptyzmu, wywodzący nazwę od swego założyciela – Menno Simmonsa.
"Pierwsze tereny zasiedlone przez Mennonitów (około 1547.roku) to Żuławy Wiślane i okolice Gdańska. Niemałą rolę w sprowadzeniu ich na te tereny miał najwybitniejszy przedstawiciel polskiej reformacji Jan Łaski. Podróżował on kilkakrotnie do Fryzji, gdzie spotykał się z Menno Simonsem. Sam Menno Simons odwiedził Gdańsk w 1549 roku. Głównym organizatorem osadnictwa mennonickiego w Gdańsku był ówczesny burmistrz Ferber, a po jego śmierci Rada Miasta. Znakomite rezultaty w odzyskiwaniu gruntów rolnych zachęciły innych administratorów dóbr królewskich oraz właścicieli ziemskich" do zapraszania osadników mennonickich na swoje ziemie  - źródło
Dzięki pojawieniu się na tych terenach mennonitów udało się uregulować rzeki i wykorzystać Żuławy Wiślane, jako wielce efektywne tereny rolnicze.
Dla doświadczonych inżynierów, dla których Żuławy były podobne do niderlandzkich polderów było to miejsce, w którym mogli wykorzystywać swoje niepoślednie umiejętności dla zwiększenia bezpieczeństwa obszarów znajdujących się poniżej poziomu morza.
Mennonici byli ekspertami od melioracji, budowy wałów przeciwpowodziowych, młynów wodnych czy śluz lub kanałów odwadniających.
Płacili wysokie podatki, w zamian za uznanie swojej religijnej odrębności charakteryzującej się m.in. pacyfizmem (całkowity zakaz noszenia i używania broni) czy całkowitym wyłączeniem się z życia publicznego poza gminą wyznaniową (zakaz sprawowania wysokich urzędów).
Większość osób opisujących imigrację mennonitów na ziemie polskie zachwyca się naszą tolerancją religijną, otwartością na inne wyznania czy kultury.
I fajnie, tylko w swych zapędach często chcą nam wskazywać jedyny słuszny ich zdaniem pogląd czyli bezrefleksyjne  popieranie imigracji z Syrii czy innych krajów. Rozwiązanie takie chce nam narzucić Unia Europejska, w postaci  odgórnie określonych „kontyngentów”.
Swymi bardzo dobrze i merytorycznie przygotowanymi tekstami wskazują na korzyści jakie osiągali dzięki osiedleniu mennonitów i innych grup  nasi światlejsi przodkowie.
I tutaj pojawia się słowo – klucz korzyści
Czy Wy myślicie, że Jan Łaski (młodszy), że zacytuję Wiki 
„…najwybitniejszy polski działacz reformacji, humanista, pisarz, tłumacz i dyplomata, sekretarz króla Zygmunta I Starego od 1521 roku, organizator zborów ewangelickich w Anglii i wschodniej Fryzji, twórca Kościoła kalwińskiego w Polsce…” 
- zaproponował tą imigrację niesiony szczytnymi ideałami „pomocy potrzebującym bliźnim” - bez żadnych widoków na korzyści płynące dla naszego Kraju z przybycia mennonitów ???
Otóż nie -  zaprosił ich wtedy, kiedy miały miejsce dwie powodzie rok po roku i nie było na rynku dostępnych ekspertów od hydro inżynierii.
Kolejny cytat:
 …Znakomite rezultaty w odzyskiwaniu gruntów rolnych zachęciły innych administratorów dóbr królewskich oraz właścicieli ziemskich do zapraszania osadników mennonickich na swoje ziemie. Osadnicy nabywali prawo do użytkowania gruntów na prawie emfiteuzy czyli dziedzicznej, długoterminowej dzierżawy, nie prowadzącej jednak do nabycia gruntów na własność. Przez pierwszych kilka lat osadnicy zwolnieni byli z opłat dzierżawnych w zamian za co zobowiązani byli do osuszenia i nadania wartości rolnej dzierżawionych gruntów. Do budowy zabudowań gospodarskich mogli używać drewna z okolicznych lasów. W ramach poszanowania ich wierzeń religijnych nie musieli odbywać służby wojskowej i zwolnieni byli z podatku wojskowego. Po upływie pierwszego okresu ulg podatkowych tzw. wolnizny (1-7 lat), która miała ułatwić im zagospodarowanie płacili dosyć wysoki czynsz dzierżawny wynoszący średnio 50 – 60 złotych od łana (1 łan to średnio 16 – 18 współczesnych hektarów) Gospodarstwa mennonickie miały z reguły 1- 4 łanów. Czynsz uważany był za dosyć wysoki i obciążał całą gminę mennonicką. Dowodzą tego zachowane w archiwach teksty umów dzierżawnych, w których zawarta była klauzula „wszyscy za jednego i jeden za wszystkich odpowiadać mają” - źródło
W pełni popieram imigrację ludzi z terenów, gdzie ich życie, zdrowie i przyszłość jest zagrożona.
Ale....  ma to być z korzyścią dla obu stron.
Rozumiem powody, jakimi kierują się rządy Francji, Holandii czy Wielkiej Brytanii w swojej polityce imigracyjnej.
Tylko nie widzę przesłanek, żebyśmy my – Polacy podążali ich drogą.
Ewentualnie -  posługując się  analogiczną filozofią jak wyżej wspomniane kraje  – przyjmijmy imigrantów z Ukrainy, którą jako część Rzeczpospolitej nasi przodkowie traktowali, zwłaszcza w okresie II RP, podobnie jak  inne nacje kolonie (np. osadnictwo wojskowe, wynaradawianie itp.)
Nie mam nic przeciwko przyjmowaniu  uchodźców z krajów objętych wojną – ale lekarzy, inżynierów czyli ogólnie wysoko kwalifikowanych specjalistów, których potrzebujemy aby uzupełnić braki kadrowe wynikające z emigracji zarobkowej z Polski. I wcale nie musi się to odbywać z klucza religijnego.
Za sprawdzenie, czy nowi obywatele RP nie będą sprawiać kłopotów muszą wziąć pełną odpowiedzialność nasze służby specjalne.
Tylko w sposób mądry i odpowiedzialny – przyjmując tych, którzy będą tworzyli wartość dodaną a nie będą jedynie kolejnymi beneficjentami i tak już mocno niewydolnego systemu opieki społecznej.










środa, 29 lipca 2015

Jan Kulczyk nie żyje.

W wieku 65 zmarł Jan Kulczyk, jeden z największych polskich przedsiębiorców - poinformował Kulczyk Holding SA. Biznesmen zmarł w wyniku powikłań pooperacyjnych w Wiedniu.
Więcej informacji tutaj

źródło

WHO ostrzega: nie pijcie moczu wielbłądów

Światowa Organizacja Zdrowia przestrzega, żeby w ramach zapobiegania rozprzestrzenianiu się MERS nie pić mleka i moczu wielbłądów. Wbrew pozorom to żaden absurd.
"W celu uniknięcia zakażenia wirusem należy przestrzegać podstawowych zasad higieny. Ludzie powinni unikać picia surowego mleka wielbłądów i wielbłądziego moczu, a także nie spożywać mięsa, które nie zostało właściwie ugotowane" czytamy w zaleceniach opublikowanych na stronie Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).
Choć pozornie zalecenie powstrzymywania się od picia wielbłądziego moczu brzmi absurdalnie, w rzeczywistości chodzi o poważne zagrożenie. W niektórych rejonach Bliskiego Wschodu taka praktyka nie należy do rzadkości. Jak przypomina "Foreign Policy", mieszkańcy części Półwyspu Arabskiego wierzą, że mocz wielbłąda ma lecznicze właściwości. Przekonują, że prorok Mahomet radził swoim zwolennikom picie niezwykłego specyfiku w przypadku niektórych chorób.
W sierpniu 2013 r. dziennikarz kanadyjskiego magazynu "Vice" spróbował tego niekonwencjonalnego "leku" w Jemenie, gdzie - jak zauważa - choć brakuje statystyk, zawsze można spotkać ludzi, którzy "piją to jako lekarstwo na wszelkie dolegliwości". Dodaje, że salony piękności używają go jako leku na wypadanie włosów, bywa nawet, że jest przepisywany przez lekarzy. Także w Arabii Saudyjskiej informacje o cudownych właściwościach wielbłądziego moczu traktowane są zupełnie poważnie - w 2013 r. saudyjscy naukowcy z uniwersytetu w Dżeddzie ogłosili, że jeden z jego składników może pomóc w leczeniu raka.
Reporter "Vice" tak opisywał własne doświadczenia z tym specyfikiem:
"Smak ciepłego moczu jest - jak należałoby się spodziewać - obrzydliwy. Jednak zmieszany z wielbłądzim mlekiem - jak mają tu w zwyczaju robić - jest jeszcze gorszy. Pozbycie się z ust piżmowego posmaku, rozprzestrzeniającego się od pierwszego łyku, jest po prostu niemożliwe".
Źródło
Źródło
źródło

poniedziałek, 27 lipca 2015

"Łzy Księżniczki" - Konkurs !

Wraz z Wydawnictwem „Znak” mamy przyjemność zaprosić Was do udziału w konkursie, w którym nagrodami będą książki Jean Sasson
„Łzy Księżniczki. 
Moje życie w najbogatszym i najbardziej opresyjnym królestwie świata”

Aby wziąć udział w konkursie należy:
  1. polubić i udostępnić strony facebookowe blogów To czytają Saudyjskie Wielbłądy oraz W pustyni bez puszczy czyli Arabia Saudyjska oczami Polaka  (nieobowiązkowe)
  2. dołączyć do obserwatorów wyżej wymienionych blogów (nieobowiązkowe)
  3. odpowiedzieć na poniższe pytania konkursowe:
    • Czy muzułmanom wolno jeść wieprzowinę ?
    • Kto jest naczelnym przywódcą wszystkich Beduinów ?
    • Arabia Saudyjska zwróciła się do Polski z prośbą o udostępnienie pamiętników jednego z Polaków. Kto jest autorem tych pamiętników ?
    • Arabia Saudyjska posiada bogate złoża żelaza, jak wysokie jest wydobycie ?
    • Jaki kolor mają środki publicznej komunikacji miejskiej w Arabii Saudyjskiej?

Odpowiedzi wraz z nickiem lub imieniem autora prosimy przesyłać do dnia 7 sierpnia na adres lzyksiezniczki@gmail.com
Wśród Autorów prawidłowych odpowiedzi rozlosujemy łącznie 5 książek, które Wydawnictwo „ZNAK” prześle na wskazane przez Nich adresy.

Pytania konkursowe zostały opracowane przez Lulu, za co Jej bardzo serdecznie dziękujemy :)
Konkurs jest ogłoszony jednocześnie na trzech naszych blogach oraz na Facebooku. 

niedziela, 26 lipca 2015

„Łzy księżniczki” Jean Sasson – książka inna, niż się spodziewasz

Kilka dni temu Wydawnictwo „ Znak” zwróciło się do nas z prośbą o recenzję książki.
Duma mnie zaczęła rozpierać, że tak szacowne wydawnictwo, prosi nic nie znaczącego bloggera o opinię. Mina mi jednak zrzedła, gdy usłyszałem tytuł - „Łzy księżniczki” z leadem „Moje życie w najbogatszym i najbardziej opresyjnym królestwie świata”.
Pomyślałem sobie złośliwie, że gdyby się szacowna księżniczka wybrała do Afganistanu, Mali czy kraju chyba dla żartu nazwanego Demokratyczną Republiką Konga, to może by zmieniła zdanie na temat opresyjności państwa.
Jednak po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że może mieć rację, bo wyżej wymienione kraje to nie są monarchie tylko (znowu żarcik) - „republiki”, a na tle pozostałych monarchii, Arabia Saudyjska faktycznie jest dość restrykcyjna w stosunku do swoich obywateli.
Okładka w połączeniu z tytułem wskazywać może na kolejną łzawą historyjkę pokroju „jestem bogata, ale pieniądze szczęścia nie dają”. W tym miejscu moja wrodzona złośliwość nakazuje mi dodać „– dopiero zakupy" – jak to swego czasu genialnie spuentowała Merlin Monroe.
Nie pasowało mi tylko jedno - mianowicie to, kto tę książkę wydał.
Tak jak napisałem powyżej, "Znak" jest zbyt znamienitym wydawnictwem, żeby zdecydować się na firmowanie trzeciorzędnej literatury
I dlatego „z pewną nieśmiałością” sięgnąłem po lekturę.
Pierwsze zaskoczenie - jest to czwarty tom opowieści o Arabii Saudyjskiej widzianej oczyma wnuczki saudyjskiego króla i żony wpływowego księcia krwi z niejakimi widokami (aczkolwiek mocno iluzorycznymi) na objęcie saudyjskiego tronu.
Księżniczka Sułtana nie jest rozkapryszoną, zbuntowaną nastolatką, tylko kobietą w kwiecie wieku.
Ma syna, dwie córki oraz troje wnucząt. Wnuki niech Was nie zmylą -  Sułtana wcześnie wyszła za mąż, a podobnie postąpił jej syn i jedna z córek, więc wszystko wskazuje  na to, że jesteśmy z księżniczką  równolatkami :-D
Opowieść, a właściwie kilka opowieści nie dotyczy smakowitych ploteczek z królewskiego dworu, choć i takie tam znajdziecie, ale kwestii znacznie poważniejszy m.in. przemian społecznych, dotyczących szczególnie sytuacji kobiet w Królestwie Saudów.
Podczas pobytu w Arabii Saudyjskiej miałem przyjemność spotkać kilku przedstawicieli rodów książęcych, ale z osobą tak wysoko urodzoną nie miałem okazji rozmawiać.
Dlatego byłem niezmiernie ciekaw, czy tematyka poruszana w książce to tylko przejaw rozkapryszenia i egzaltacji pani pokroju Izabelli Łęckiej z „Lalki” Prusa, czy jest w tym coś więcej.
Jest w tym coś duuużo większego.
Swoimi działaniami księżniczka Sułtana wielokrotnie wywoływała niezadowolenie konserwatystów. Ponosiła osobiste ryzyko, ale narażała też dobre imię swojego męża - księcia Karima oraz syna i córek. W obyczajowości arabskiej członkowie rodziny ponoszą współodpowiedzialność za niestosowne zachowanie innych członków rodziny.
Lektura ukaże Wam znaczące różnice w mentalności  Euro-amerykanów i Arabów, a w szczególności Saudyjczyków z rodziny panującej.
Księżniczka nie szczędzi złośliwości „ tym, którzy uważają, że Allach mówi tylko do nich” będąc jednocześnie bardzo pobożną i prawowierną sunnitką.
Jej dwie ukochane córki mają diametralnie różne charaktery, wywołując u rodziców, a szczególnie u księcia Karima chęć ucieczki z domu jak najdalej od swoich pociech bez podawania nowego adresu oraz numerów telefonów.
Poznacie świat, który ja widziałem na własne oczy, ale pewne rzeczy zrozumiałem dopiero po przeczytaniu tej powieści.
Pozycja ta przypadnie do gustu zarówno miłośnikom Arabii Saudyjskiej jak i – paradoksalnie – jej przeciwnikom.
Księżniczka Sułtana kocha swój kraj, ale nie robi tego bezkrytycznie.
Widzi jego wady i bardzo odważnie i często bardzo kategorycznie je ocenia.
Jednocześnie macie szansę lepiej poznać i zrozumieć sposób myślenia Saudyjczyków.
Pozwolę sobie opisać jedną ze scen.
Otóż w pałacu Sułtany odbywa się spotkanie kobiet - przyjaciółek księżniczki zajmujących się „feminizacją” stosunków w Arabii Saudyjskiej.
Z racji swoich poglądów i obserwacji poczynionych w Europie Maha - starsza córka księżniczki Sułtany ma być cennym uczestnikiem wspomnianego spotkania. Przychodzi jednak ubrana jak Europejka - w krótkich szortach i luźnej bluzce.
I co ? Ano Sułtanę, kochającą bezwarunkową miłością wszystkie swoje dzieci i będącą zarazem kwintesencją liberalizmu trafia jasny szlag przez mocno niestosowny strój Mahy.
„No tak, to możesz chodzić w Europie, ale jak przyjeżdżasz do domu to szanuj nasze zasady” - mówi Sułtana do swojej córki
Dlatego uważam, że jeżeli chcecie lepiej zrozumieć Arabię Saudyjską, szybkość zmian jakie w niej zachodzą, a także poznać ciemną stronę kraju gdzie nawet prominentny członek rodziny królewskiej nie może bezpośrednio pomóc osobie oskarżonej o…   czary powinniście „Łzy księżniczki” koniecznie przeczytać.

Książka będzie dostępna w sprzedaży od 12 sierpnia,
a już pojutrze..... zapraszamy na konkurs w którym, nagrodami będą egzemplarze rewelacyjnej książki - „Łzy księżniczki”

wtorek, 21 lipca 2015

Wakacyjny niezbędnik czyli co zabrać ze sobą na wakacje

Niezależnie od tego gdzie przyjdzie nam spędzić wakacje - czy to w super ekskluzywnym hotelu czy podczas włóczęgi po pustyniach i bezdrożach mamy swój „żelazny zestaw” rzeczy które ze sobą zabieramy.
W skład tego wakacyjnego niezbędnika wchodzą:
- tabletki do odkażania wody – przydają się zarówno na Mazurach jak i podczas egzotycznych wakacji, bo nigdy nie wiadomo gdzie będziemy mogli się napić
- niewielki scyzoryk – ja wybrałam dla siebie model Victorinox Rally, który pełni spełnia jednocześnie kilka funkcji
  • niewielkiego, ale super ostrego noża, którym z powodzeniem mogę na przykład rozciąć opakowanie czy w razie potrzeby przeciąć linkę
  • pilniczka do paznokci niezbędnego każdej kobiecie :D
  • podręcznego śrubokręta zarówno krzyżakowego jak i płaskiego, który przydaje się, kiedy muszę np. wymienić baterie
  •  wykałaczki,
  • pęsety,
  • otwieracza do butelek dzięki czemu oszczędzam na dentyście dla Wielbłąda, który ma paskudny zwyczaj zdejmowania kapsli zębami
  • szczypców do zdejmowania izolacji
Ten scyzoryk to nasze ostatnie odkrycie. Wcześniej zabieraliśmy ze sobą nieco większy 11-centymetrowy model Victorinox Forester, który zawsze doskonale się sprawował w podróży i nadal nam towarzyszy, ale.....  został zaanektowany przez Wielbłąda
A ponieważ nie wszędzie jeździmy razem, więc zostałam pozbawiona bardzo praktycznego narzędzia. Zastanawiając się nad wyborem scyzoryka dla siebie brałam pod uwagę kilka elementów.  Przede wszystkim ilość przydatnych dla mnie narzędzi (nożyk, otwieracz do butelek, pilniczek do paznokci, pęseta itd).
Drugim kryterium była wielkość scyzoryka – zależało mi, abym mogła bez problemu dopiąć go do kluczy, do portfela lub plecaka czyli tych rzeczy, które zawsze mam przy sobie. W tym przypadku model Victorinox Rally okazał się bezkonkurencyjny. Dzięki małym wymiarom (niecałe 6 cm długości) mogę go mieć zawsze przy sobie i nie dźwigać dodatkowych kilogramów.
Ostatnim decydującym elementem był stosunek jakości do ceny. Firmę Victorinox zna chyba każdy i reklamować jej nie trzeba, a ponadto korzystaliśmy już wcześniej z jej produktów więc wybór był prosty :)
http://ostry-sklep.pl/p/12/122/victorinox-rally-0-6163-male-scyzoryki-58-mm-breloki-do-kluczy-scyzoryki-victorinox.html
- środek przeciwko owadom zwłaszcza komarom i innym brzęczącym niewdzięcznikom.
W naszym przypadku najczęściej jest to Mugga, ale korzystaliśmy też czasami z Ultrathon'a, Repel’a 50 lub Repel'a100. Jednak podczas kontaktu z okularami, zegarkami i odzieżą syntetyczną  Repel może..... wypalić w nich dziury lub poważnie uszkodzić.
- money belt czyli pasek z kieszonką na pieniądze
- plakietki na rzepy z grupą krwi - niby drobiazg, a może uratować życie
http://ostry-sklep.pl/c/1489/naszywki-i-emblematy-turystyka-outdoor-survival.html
 - etui ochronne na telefony – ponieważ nasze telefony pełnią też często rolę nawigacji, więc etui musi być odporne zarówno na wodę jak i na piasek i kurz. Oboje preferujemy w tym wypadku firmę OtterBox chociaż jej produkty nie należą niestety do najtańszych
- podręczna apteczka - po przygodach na Sri Lance i problemach z zakupem najzwyklejszych plastrów z opatrunkiem uznaliśmy, że jednak lepiej mieć to przy sobie, niż z obłędem w oczach szukać jak już coś się wydarzy.

sobota, 18 lipca 2015

Eid Mubarak

Have a blessed Eid


في هـذه الأيام المبـاركة ومع قرب إطـلالـة هلال عيـد الفطـر السعيد

يسعدنـي أن أتقـدم لكم وللأسرة الكريمة

بأحـر التهـاني وأصدق الدعـاء أن  يتقبل الله منا ومنكم  الصيام

والقيام وخير الأعمال .

وأن يجعـله عيد فرح وسرور وأن يديم نعمـه عليكم.

وكـل عـام وأنتم بخيـر.

piątek, 17 lipca 2015

Arabia Saudyjska wyemitowała obligacje

Na skutek niskich cen ropy rząd Arabii Saudyjskiej zdecydował się na emisję obligacji o wartości 15 miliardów riali (około 4 miliardów dolarów). Jest to pierwsza emisja obligacji od 2007, a jej celem jest sfinansowanie deficytu budżetowego.
Zgodnie z informacjami podanymi przez Fahada al-Mubarak - szefa Banku Centralnego Arabii Saudyjskiej wyemitowane papiery dłużne  zostały sprzedane wyłącznie bankom lokalnym.
Nie ujawniono natomiast warunków finansowych, nie podano też informacji czy obligacje były zgodne z prawem szariatu.
Źródło 1
Źródło 2

źródło


środa, 15 lipca 2015

Czy polskie nastolatki mogą stać się celem Państwa Islamskiego ?

Jak widać na podstawie niedawnych wydarzeń świat nie ma pomysłu jak rozwiązać problem kalifatu i jak ustrzec się przed ewentualnym i zarazem bardzo realnym zagrożeniem, które nie dotyczy tylko Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej.
Macki Państwa Islamskiego dosięgnęły już byłych republik radzieckich padając na dość podatny grunt, a  nowym wilajetem stał się nie tak dawno temu Kaukaz. Również na Bałkanach daje się zauważyć postępującą islamizację i radykalizację poglądów.
Nie mniej niepokojące są wydarzenia, które rozegrały się w Ośrodku dla Uchodźców w Lininie k. Góry Kalwarii (woj. mazowieckie).
Teoretycznie Polska jest mało atrakcyjnym celem dla ekstremistów, ale….. to wcale nie oznacza, że zagrożenie nas nie dotyczy. Uważam, że prędzej czy później „samotne wilki” kalifatu pojawią się także w Kraju nad Wisłą.
Może nie grożą nam jeszcze w Polsce kontrole po zakupie szybkowaru (nawiązuję m.in.  do wczorajszych publikacji w polskich mediach  tutaj link), ale warto chyba zwrócić uwagę na to co robią nastolatki w trakcie buszowania po czeluściach Internetu.
Korzystając z Internetu kalifat od dawna prowadzi kampanie medialne. Do perfekcji opanował też techniki propagandowe i manipulacyjne, a młodzież dla której zapracowani rodzice często nie znajdują odpowiedniej ilości czasu, w chwilach rozczarowań i osamotnienia jest na to podatna.
I bynajmniej nie mam tutaj na myśli tylko i wyłącznie młodzieży z krajów arabskich.
Co pewien czas (a ostatnio coraz częściej) media publikują informacje na temat udanych bądź nieudanych prób wyjazdu nastolatków z krajów europejskich na tereny opanowane przez Państwo Islamskie. Ważną rolę odgrywają w przypadku tego typu rekrutacji media społecznościowe, internetowe komunikatory i blogi prowadzone przez tych nastolatków, którzy znaleźli się w szeregach kalifatu. Wiele informacji na temat stosowanych przez islamistów technik rekrutacyjnych zawarła w swojej książce pt. "Dżihadystka" Anna Erelle - francuska dziennikarka specjalizująca się w tematyce bliskowschodniej.
Nie chcę powielać tego co niejednokrotnie pojawiało się w prasie i telewizji, dlatego odsyłam Was do wywiadu z Profesor Mia Bloom - tutaj link 
I choć prof. Bloom odnosi się głównie do nastolatków z rodzin o korzeniach muzułmańskich, to uważam, że problem jest znacznie szerszy, przy czym rodzice wcale nie muszą się od razu zorientować, że córka lub syn zainteresowali się ideologią Państwa Islamskiego.
Pomysłowość młodzieży w ukrywaniu przed rodzicami wielu faktów jest niewyobrażalna.

pozdrawiam
Ola

źródło

wtorek, 14 lipca 2015

Lwy Rojavy – zachodni ochotnicy w walce z Państwem Islamskim - Rafał Ciastoń

„Gdy stoisz na straży, to wiesz, że jedynym, co dzieli cywilizację od Państwa Islamskiego, jesteś ty i twój "kałasznikow”.
Michael Enright, brytyjski aktor, ochotnik służący w kurdyjskich
Ludowych Jednostkach Obrony (YPG) w Syrii (wypowiedź z maja 2015 r.)

Według informacji podawanych przez ONZ, w Syrii i Iraku przebywa dziś i walczy, zarówno w szeregach Państwa Islamskiego (IS), jak i tamtejszych odłamów Al Kaidy, ponad 25 tys. obcokrajowców. Jeśli wierzyć równie ostrożnym szacunkom Europolu z początku bieżącego roku, co najmniej 5 tys. z nich przyjechało tam z państw europejskich.

Odział peszmergów. WikiCommons
Odział peszmergów. WikiCommons
Zdecydowanie mniej znaną (bo i niewielką liczebnie grupą – ocenia się, że jest ich maksymalnie ok. 400) są cudzoziemcy z Zachodu, którzy dotarli na syryjsko-irackie pogranicze, aby wespół z Kurdami walczyć przeciwko dżihadystom z IS. Polskie media w zasadzie nie poświęcały im dotąd uwagi. Ci zachodni ochotnicy, którzy walczą w kurdyjskich enklawach Syrii, zyskali miano „Lwów Rojavy”[1]. Kim są i jakie motywy kierują ludźmi, którzy porzucili swe dotychczasowe życie (niekiedy nie mając przy tym najmniejszego doświadczenia wojskowego), rodziny, pracę i zdecydowali się ryzykować życie w konflikcie, który rządy ich państw postanowiły pozostawić w głównej mierze własnemu biegowi ?

Kobane
Niewielkie miasto na syryjsko-tureckim pograniczu, znane jeszcze do ubiegłego roku głównie pod swą arabską nazwą Ayn al-Arab, stało się symbolem kurdyjskiego oporu przeciwko IS i kalifatowi. Ogarnięta wojną domową Syria i będący państwem tylko na papierze Irak nie były w stanie zatrzymać bojowników kalifatu, przynajmniej nie na terenach sunnickich, gdzie ci cieszyli się względnym poparciem miejscowej ludności. Ofensywa islamistów utknęła jednak na froncie kurdyjskim.
Gdy w sierpniu 2014 roku na skraju katastrofy humanitarnej znalazły się tysiące Jazydów, oblężonych przez islamistów z IS w masywie Sindżar w płn. Iraku, część z nich udało się w kolejnych tygodniach ewakuować korytarzem utworzonym przez oddziały Kurdów syryjskich (YPG/YPJ – Ludowe Jednostki Obrony/Kobiece Jednostki Obrony) oraz tureckich (PKK – Partia Pracujących Kurdystanu), a także Peszmergów (sił zbrojnych Kurdów irackich). Już wkrótce jednak Kurdowie z Syrii musieli stawić czoła kalifatowi na własnym terenie.
Kobane A.D. 2014 stało się dla syryjskich Kurdów symbolem równie istotnym, jak Stalingrad roku 1942/43 dla ZSRR. Niezłomna postawa obrońców zjednała im przychylność zachodnich mediów, a sprawnie posługująca się Internetem i mediami społecznościowymi diaspora kurdyjska na świecie przyczyniła się do spopularyzowania tragedii bohaterskiego miasta i problemu kurdyjskiego w ogóle. To wtedy pojawili się w Syrii i Iraku pierwsi zachodni ochotnicy, chcący walczyć po stronie Kurdów przeciwko islamistom. Oczywiście, źródłem ich motywacji były także (i są nadal) działania i zachowania bojowników kalifa: brutalne egzekucje, masowe gwałty, niewolnictwo, handel kobietami… Wielu spośród zachodnich ochotników (jak również ochotniczek!) podkreśla, iż walczy w Syrii czy Iraku po prostu o człowieczeństwo, wybrali zaś Kurdów, bo ci są najbardziej efektywną i wiarygodną siłą walczącą dzisiaj z Państwem Islamskim.

Lwy Rojavy

Ashley Johnston (Australia, l. 28), Konstandinos Erik Scurfield (Wlk. Brytania, l. 25), Ivana Hoffmann (RFN, l. 19), Keith Broomfield (USA, l. 36), Reece Harding (Australia) – to nazwiska zagranicznych ochotników, którzy polegli w Syrii w ostatnich kilku miesiącach, walcząc z Państwem Islamskim i jego kalifatem. Wojna w tym kraju nigdy nie była konfliktem wyłącznie wewnętrznym (domowym), a od momentu pojawienia się na scenie kalifatu, w opinii wielu ekspertów wojna ta zaczęła być postrzegana jako oczywiste i bezdyskusyjne zderzenie dobra ze złem.
Historia A. Johnstona, znanego pod wojennym imieniem Heval Bagok (termin „heval” oznacza w języku kurdyjskim „przyjaciel”), jest typowa dla wielu zachodnich ochotników, którzy dotarli do syryjskiego Kurdystanu (Rojavy) i wstąpili w szeregi YPG. Opuścił on Australię w październiku 2014 roku, aby przez Szwecję oraz Irak dotrzeć do Syrii. Trasa podróży służyła ukryciu jej celu, bowiem zgodnie z australijskim prawem (Foreign Incrusion Act), za swój czyn po powrocie do ojczyzny mógł spodziewać się on wyroku od trzech do dziesięciu lat więzienia. Pomocą w skontaktowaniu się z YPG służyła mu Kader Kadanir (podobnie jak w przypadku imienia „Heval Bagok”, także i to jest wojenny pseudonim jednej z administratorek grupy Lwy Rojavy), która po uzyskaniu informacji na temat wcześniejszego doświadczenia wojskowego Australijczyka, pomogła mu dotrzeć do celu jego podróży. Sam Johnston opisywał się w jednej z wysłanych Kader wiadomości w następujący sposób: „Nazywam się Ashley Johnston, urodzony 15.04.1980 r. w Maryborough w Australii, obywatelstwo australijskie. Nie jestem notowany, ani nie handlowałem narkotykami. Nie byłem w więzieniu. Nie zabiłem człowieka. Tak, mam doświadczenie wojskowe (7 lat w siłach rezerwy jako strzelec oraz sanitariusz)”. Zaznaczył także, iż pełnił służbę na Wyspach Salomona, a także, iż potrafi posługiwać się kilkoma typami broni strzeleckiej oraz granatników. Johnston walczył w szeregach YPG najprawdopodobniej od początku stycznia do 23 lutego 2015, czyli dnia swej śmierci. Zginął w potyczce strzeleckiej z bojownikami IS – wyskoczył z pojazdu, którym przemieszczała się jego drużyna, gdy ten dostał się pod ostrzał, aby osłaniać ogniem towarzyszy. Jego śmierć odbiła się szerokim echem w australijskich mediach, wywołując m.in. dyskusję nt. porządku prawnego, jednakowo traktującego zarówno tych, którzy przyłączają się do IS, jak i tych, którzy walczą z kalifatem. W jednym z wywiadów matka Ashleya, Amanda Johnston, ujęła to w następujący sposób: "Myślę, że to co zgodne z prawem, a to co moralnie słuszne, to czasem dwie zupełnie różne rzeczy."

Na marginesie warto tu dodać, iż Heval Bagok nie jest jedynym obywatelem Australii, który przyłączył się do YPG – znany jest także przypadek Matthew Gardinera (l. 43), byłego przewodniczącego Partii Pracy Terytorium Północnego, który spędził pewien czas wśród Kurdów i na początku kwietnia powrócił do Darwin, odmawiając jednak dalszych komentarzy w tej sprawie. Dziennikarzom nie udało się również uzyskać informacji o jego roli bezpośrednio od Kurdów, którzy poinformowali jedynie, iż Gardiner zajmował się pomocą humanitarną. Australijczykiem był też kolejny z poległych w Syrii – Reece Harding.

Pierwszym obywatelem państwa europejskiego, który zginął walcząc w szeregach Lwów Rojavy, był wspomniany już Brytyjczyk, Konstandinos Erik Scurfield (Kemal), były żołnierz Royal Marines Corps, który przyłączył się do YPG w dn. 7 grudnia 2014 roku, zaś 2 marca br. zginął w wyniku ostrzału moździerzowego pozycji jego oddziału. Uroczyste powitanie jego doczesnych szczątków w Manchesterze oraz pogrzeb w rodzinnym Nottingham stały się swego rodzaju manifestacją sprawy kurdyjskiej. Okrzyki: Męczennicy są nieśmiertelni!, oraz zdjęcia trumny okrytej flagami: brytyjską i YPG, otoczonej przez tłumy żałobników, w tym również mieszkających w Wielkiej Brytanii Kurdów – obiegły czołówki serwisów informacyjnych i dzienników, przypominając przynajmniej na chwilę o tragedii Syrii, Rojavy i o sprawie kurdyjskiej jako takiej.

Kilka dni po śmierci Scurfielda, w dn. 7 marca br., zginęła w płn. Syrii Ivana Hoffmann (a.k.a. Avashin Tekoshin), obywatelka RFN (jej rodzice pochodzą jednak z RPA), a także członkini tureckiej Marksistowsko-Leninowskiej Partii Komunistycznej.

W jednym ze swych ostatnich facebook’owych wpisów, Kosta Scurfield ujawnił, iż pewna część przybywających do Syrii zachodnich ochotników, po krótkim czasie decyduje się na opuszczenie szeregów YPG, zaskoczona brakiem dyscypliny i umiejętności Kurdów, choć sam podkreślał swój podziw dla nich. Na podobne opinie można trafić wśród części ochotników, którzy zdecydowali się porzucić Kurdów, rozczarowani brakiem angażowania ich w bezpośrednie działania o charakterze kinetycznym. Jeden z nich, zastrzegający sobie anonimowość i posługujący się nick’iem „Patrick Amerykanin”, po opuszczeniu Syrii i przedostaniu się do Erbilu udzielił kilku wywiadów, opisując swoją służbę w oddziałach YPG. Mówił w nim m.in. o kiepskich warunkach, w jakich zakwaterowani są ochotnicy, które zmieniały się na lepsze jedynie na potrzeby mediów, oraz że po początkowych gorących powitaniach, atmosfera stopniowo stygła, a niektórym z nich zabierano telefony i paszporty, to ostatnie tłumacząc obawą przed efektem propagandowym, jaki osiągnąłby kalifat ujawniając fakt zabicia lub pojmania cudzoziemca.

Warto tu dodać, iż w maju b.r. pojawiły się doniesienia o oferowanej przez IS nagrodzie za tego typu czyn – 100 tys. USD, w czerwcu kwota ta wzrosła do 150 tys. USD. Sumy te są bez wątpienia wystarczającą zachętą, by przekonać do podjęcia próby pojmania „krzyżowca” nie tylko własnych bojowników, ale też przynajmniej część ludności cywilnej, zamieszkującej objęte walką tereny.

„Patrick Amerykanin” komentował także słabe wyszkolenie Kurdów dodając, iż zdarzało się, że to poddawani treningowi ochotnicy objaśniali instruktorom prawidłowy sposób obchodzenia się z daną jednostką broni, jednocześnie jednak odmówił odpowiedzi na pytanie dotyczące własnego wyszkolenia wojskowego bądź braku takowego. Wydaje się, iż dobrze koresponduje to z wypowiedziami innych ochotników, m.in. Jordana Matsona (l. 28), Amerykanina walczącego od września ub.r. wśród Lwów Rojavy, czy Alana Duncana (l. 46), brytyjskiego weterana Pierwszej Wojny w Zatoce, walczącego dziś w szeregach Peszmergów oraz szkolącego milicje asyryjskie w Iraku. Obydwaj oni podkreślają, iż część ochotników ma mylne wyobrażenie o tamtejszej wojnie i szybko decyduje się na powrót. Niektórzy z nich, Xbox’owi wojownicy, jak mówi o nich Duncan, przyjeżdżają aby zyskać swoje pięć minut sławy i otrzymać kilka „lajków” na Facebooku. Duncan wprost odradza przyjazd osobom, które nie posiadają wcześniejszego przeszkolenia wojskowego, można zatem domniemywać, iż jest to dość poważny problem dotyczący części ochotników, w tym być może Patricka. Przydatność takich osób w bezpośredniej walce byłaby ograniczona, a mogłaby wręcz powodować problemy, być może to część odpowiedzi na pytanie dlaczego są oni wykorzystywani co najwyżej do patrolowania czy trzymania warty…

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych Lwów Rojavy jest wspomniany powyżej J. Matson, służący wcześniej trzy lata w jednostkach powietrznodesantowych US Army (choć nie był nigdy dyslokowany poza terytorium USA i przed przybyciem do Syrii nie miał żadnego doświadczenia bojowego). Matson również trafił do YPG poprzez profil na Facebooku, decydując się na ten krok po upadku Mosulu – jak mówi, w obliczu faktu, iż rząd USA nie pomaga syryjskim Kurdom. Walczył m.in. w obronie Kobane i jak podkreśla, YPG stały się dla niego rodziną i choć jako Amerykanin może wrócić do kraju nie obawiając się żadnych sankcji karnych, to jednak na razie nie zamierza korzystać z tej opcji – przynajmniej tak długo, dopóki walka z Państwem Islamskim nie zostanie zakończona.

Wśród Lwów można znaleźć Michaela Enrighta (l. 53), brytyjskiego aktora znanego m.in. z roli w „Piratach z Karaibów”; Brandona Glossopa (l. 26, kurdyjskie imię Zinar), weterana kanadyjskiej piechoty; Jima, byłego brytyjskiego żołnierza; Maisę oraz Macera Giffordów (l. 28), handlowców z londyńskiego City. Wszyscy oni podkreślają jedno – przybyli do Syrii, by „walczyć o człowieczeństwo”, zszokowani i przerażeni bestialstwami islamistów z IS. Zdecydowali się na przyłączenie do Kurdów, gdyż obecnie to jedyna siła na tym teatrze działań wojennych, która walczy wyłącznie z kalifatem (i to skutecznie).

Wielu spośród tych ochotników nie decyduje się na ujawnianie swych nazwisk, głównie w obawie o życie swoich rodzin pozostawionych w ojczystych krajach oraz swój los po ewentualnym powrocie do kraju, warto jednak wyliczyć ich przybrane imiona: Heval Zinar (l. 67, Kanada), Heval Cudi (l. 40, Wlk. Brytania), Heval Sores (l. 21, Wlk. Brytania), Heval Agir (l. 23, USA), Heval Dilsad (l. 26, USA), Heval Baran (l. 28, Wlk. Brytania), Heval Agit (l. 24, USA), Heval Welat (l. 33, Nowa Zelandia), Heval Cekdar (l. 38, USA), Heval Serdar (l. 28, Holandia), Heval Amed (l. 26, USA), Heval Bahoz (l. 26, USA), Heval Zagros (l. 22, USA), Heval Azad (l. 41, USA), a także Jamie Read, James Hughes (obaj z Wlk. Brytanii), Joshua Bell (USA), Ashley Dyball (Australia). I wielu, wielu innych…

Peszmergowie
Ochotnicy z Zachodu walczą nie tylko wśród jednostek YPG, ale także w irackim Kurdystanie – razem z Peszmergami. Tu jednak należy zwrócić uwagę, iż podejście władz Autonomii Kurdyjskiej do problemu jest dosyć skomplikowane, a ochotnicy mogą napotykać trudności podczas próby przyłączenia się do tych, którzy stawiają czoło śmierci. Z uwagi na amerykańskie obiekcje, jak zapewniali kilka miesięcy temu płk Hajar O Ismail z ministerstwa ds. Peszmergów, a także sekretarz generalny tego ministerstwa Jabar Yawar, władze Autonomicznego Regionu Kurdystanu w Iraku nie zgadzają się na przyjmowanie do swych oddziałów zagranicznych ochotników. Jednocześnie jednak dowódcy polowi Peszmergów nie zawsze czują się zobligowani do stosowania się do ograniczeń.
Od wiosny tego roku działa także program FRAME (Kurdish Peshmerga Foreign Registration, Assessment, Management and Extraction), umożliwiający ochotnikom przesłane swej aplikacji. FRAME jest adresowany do byłych żołnierzy z USA i Wielkiej Brytanii, którzy chcieliby służyć w oddziałach kurdyjskich co najmniej przez miesiąc; muszą oni określić swe dotychczasowe doświadczenie, stan zdrowia itp., a także odbyć rozmowę z rekrutującym, która pozwala bliżej określić motywy ochotnika, dopiero wówczas podejmowana jest decyzja co do jego przyjęcia bądź odrzucenia.
Do irackiego Kurdystanu rekrutują także inne grupy: np. „Weterani przeciwko ISIS”, składająca się z byłych żołnierzy USA, najczęściej służących wcześniej nad Eufratem i Tygrysem, czy „Synowie Międzynarodowej Wolności” (SOIL) – grupa założona przez Matthew VanDyke’a, amerykańskiego najemnika walczącego w 2011 roku w Libii, który wespół z piątką byłych wojskowych m.in. szkolił w Iraku milicje asyryjskie.
Należy tu zwrócić uwagę na fakt, iż o ile wśród Lwów Rojavy można znaleźć ochotników z niemal wszystkich zakątków świata, nie zawsze posiadających przeszkolenie wojskowe, o tyle wśród Peszmergów zdecydowanie przeważają Amerykanie, najczęściej byli wojskowi, pełniący już wcześniej służbę w Iraku i/lub Afganistanie (a więc znający realia tego typu pola walki). Jak zwraca uwagę Adrian Bonenberger, również były żołnierz, obecnie zajmujący się publicystyką i dziennikarstwem, motywem dla ochotników bywa nie tylko chęć walki z kalifatem, ale także trudności z odnalezieniem się w społeczeństwie po odejściu z armii. Dobrze wyszkoleni i przygotowani, posiadający doświadczenie bojowe i mający dwadzieścia- trzydzieści kilka lat ex-żołnierze, którzy często nie widzą dla siebie miejsca w cywilu, decydują się na powrót do życia jakie znają z czasów swej służby.
Do Peszmergów przyłączył się m.in. Mickey, bardziej znany pod pseudonimem Nekromanta, lub kurdyjskim imieniem Sak Bab, były żołnierz Legii Cudzoziemskiej, który – jak sam podkreśla – przybył tu dla tych wszystkich, którzy chcieli żyć w pokoju, a zostali go pozbawieni przez ISIS. Ale w irackim Kurdystanie pojawiła się również Samanta Johnston (l. 25, USA), inżynier geoprzestrzenna z US Army, matka trójki dzieci, która przyjechała do Kurdystanu, by bronić człowieczeństwa (…), dzieci które są bezdomne, osierocone, gwałconych i sprzedawanych matek i córek, zabijanych ojców. A także Brett Felton (l. 28, USA), weteran 10. Dywizji Piechoty Górskiej, Jeremy Woodard (l. 28, USA), Samuel Swann (l. 29, USA), Aaron Core (l. 27, USA), Chris Toney, Lewis (l. 24, USA), Grim (l. 52, USA), czy Patrick Maxwell, weteran US Marine Corps – który, choć jest przeciwnikiem ponownego zaangażowania się USA w wojnę lądową w Iraku, zdecydował się na wzięcie i zastrzelenie kilku terrorystów. Jako obywatele USA, często ujawniają swoje dane osobowe, gdyż walcząc dla innego państwa lub ugrupowania, które nie jest wrogiem dla Stanów Zjednoczonych, nie popełniają przestępstwa.
Jak zostało wspomniane na wstępie, w wojnie z Państwem Islamskim (zarówno w Iraku jak i Syrii) bierze udział do 400 cudzoziemców, wg raportu ONZ z kwietnia br. ogólna liczba ochotników walczących po drugiej stronie sięga 25 tys., w wymiarze czysto wojskowym są to zatem liczby całkowicie nieporównywalne… Obecność zachodnich ochotników ma jednak również wymiar symboliczny i są oni wartościowym sojusznikiem, szczególnie dla oddziałów YPG, pozbawionych bezpośredniego wsparcia państw antykalifatowej koalicji, a przez państwa regionu (np. Turcja) traktowanych często niemal jak wróg. Lwy Rojavy są też swego rodzaju wyrzutem sumienia dla tych państw, które w swych systemach prawnych nie wprowadzają rozróżnienia między ewidentnymi terrorystami, a tymi, którzy chcą z nimi walczyć. Przypominają także światu o kwestii kurdyjskiej jako takiej, ale przede wszystkim o bestialstwach zastępów kalifa. Jakkolwiek cynicznie to nie zabrzmi, śmierć każdego z zachodnich ochotników odbija się w mediach znacznie większym echem niż codzienne doniesienia o śmierci dziesiątek obywateli Syrii i Iraku…


[1] Rojava to historyczna nazwa kurdyjskich enklaw w Syrii – pojęcie tożsame z tzw. Zachodnim Kurdystanem, (przyp. Redakcji)
Tekst był opublikowany pierwotnie przez Fundację Amicus Europae

sobota, 11 lipca 2015

Rachunek sumienia

Nadszedł wreszcie moment, aby zrobić mój saudyjski rachunek sumienia.
Niemal rok spędzony w Arabii to zdecydowanie za mało czasu, aby poznać dobrze ten kraj, ale też wystarczająco dużo aby móc stwierdzić co mnie w Królestwie fascynuje, a co przeszkadza.
Był to bardzo intensywny okres w naszym życiu, w którym mieszały się wielkie emocje zawodowe i osobiste. Był to jednak okres radości, tylko chwilami przeplatany złością, smutkiem i tęsknotą. 
Zdarzały nam się sytuacje zabawne i wesołe, ale były też momenty bardzo trudne.
Czas więc to wreszcie podsumować :)
  • największe rozczarowanie – kabsa (inaczej kepsa) jest to bardzo popularna i lubiana potrawa, ale jak dla mnie za dużo ryżu, za mało mięsa, za słodko
  • największy zachwyt – Qatif, miasto w którym zatrzymał się czas i o którym pisaliśmy na blogu wielokrotnie m.in. tutaj
  • chwile strachu – przechodzenie przez ulicę poza centrum miasta. Brak przejść dla pieszych, kierowcy, którzy jadą z taką szybkością, na jaką pozwala im samochód nie używając przy tym migaczy i mając totalnie w d….pie to, że ktoś próbuje przedostać się na drugą stronę ulicy i nie stracić przy tym życia
  • największy szok – kobieta za kierownicą, którą miałam okazję zobaczyć w pobliżu Eastern Market. Byłam w takim szoku, że nawet nie zrobiłam zdjęcia.
  • najbardziej wkurzały mnie – problemy z dostępem do Internetu oraz blokowanie komunikatorów internetowych (ale tylko do chwili, kiedy to odkryłam Line)
  • najnudniejsze chwile – oczekiwanie na otwarcie sklepu spożywczego po modlitwie
  • największa fascynacja – pierwszy poranny azan (wezwanie na modlitwę) Dla mnie było to niesamowite uczucie siedzieć w ciemności (latem pierwszy azan rozbrzmiewa między 3 a 4 w nocy) i słuchać, jak nakładają się na siebie głosy muezinów z kilku pobliskich meczetów.
  • największe sukcesy kulinarne
  1. samosy – rodzaj pierożków z farszem mięsnym lub warzywnym. Dinesh długo nie chciał uwierzyć, że zrobiłam je sama i podejrzewał, że mamy maidę z Indii. Dał się przekonać dopiero wtedy jak zobaczył, że przygotowuję ciasto i został zagoniony do wałkowania 
  2. polskie pierogi i kluski na parze – nauczyłam się je robić dopiero w Arabii, ale tak zasmakowały naszym hinduskim i pakistańskim znajomym, że musiałam przetłumaczyć przepisy na język angielski
  • największa porażka kulinarna – butter chicken. Nie wiem co zrobiłam źle, ale jedyną osobą, która była w stanie to zjeść był Mariusz i to chyba tylko dlatego, że nie chciał sprawić mi przykrości. Dinesh, Hafiz i Stary Wielbłąd poprosili, żeby….. zrobić im chłodnik z mango
  • odkrycie kosmetyczne – perfumy oud (zarówno damskie, jak i męskie)
  • największe zaskoczenie
  1. zwiedzanie Saleh Al-Thukair Mosque (jeden z meczetów położonych obok naszego compoundu) – to było zupełnie nie zaplanowane zwiedzanie. Często przychodziłam w okolice tego meczetu aby posłuchać azan. Siadałam sobie na krawężniku i czekałam, aż zacznie się wezwanie na modlitwę. Któregoś dnia wracając z zakupów przyszłam dużo za wcześnie, więc jak zwykle przysiadłam sobie w cieniu. Po jakimś czasie z meczetu wyszedł starszy człowiek i starał się mi coś po arabsku wyjaśnić. Nic z tego nie zrozumiałam, więc powtarzałam w kółko „mafi arabic” (nie arabski) co miało znaczyć, że nie rozumiem. W końcu z Jego gestów wydedukowałam, że chce żebym z nim poszła. Oprowadził mnie po meczecie cały czas coś tłumacząc po arabsku. Do tej pory nie wiem dlaczego to zrobił, co spowodowało, że zdecydował się wprowadzić do meczetu kobietę w przykrótkiej abaji i z odkrytą głową, ale jestem mu za to bardzo, bardzo wdzięczna. Podziękowałam mu jak tylko umiałam najładniej po arabsku „shukran Baba” Przypuszczam, że był to imam Sheikh Faisal, ale to tylko moje domysły.
  2. - zaproszenie mnie przez (wówczas nowo poznaną) Saudyjkę do Jej domu- poznałyśmy się w sklepie podczas zakupów, kiedy to usiłowałam kupić mąkę z ciecierzycy i za cholerę nie mogłam się dogadać z obsługą sklepu
  • niespełnione plany – wyprawa do Mada’in Salih. Z Al-Khobar do wykutych w skałach nabatejskich miast mieliśmy ponad 1800 km z czego 70 km trzeba było przejechać przez pustynię, żeby skrócić dystans. Wyjazd jednym samochodem terenowym byłby więc czystym szaleństwem. Niestety nie udało nam się skompletować załogi i drugiej terenówki. 
pozdrawiam
Ola
Kadr z filmu  "Wadjda" (polski tytuł "Dziewczynka w trampach") w reżyserii Saudyjki -  Haifay Al-Mansour

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...