niedziela, 31 sierpnia 2014

Spaghetti Bolognese - klasyczny przepis :D

Wyszło całkiem spoko, choć pierwszy raz rzuciliśmy się na "kanoniczny" przepis z Bolonii.
Oczywiście, wprowadziłem swoje modyfikacje, cześć wymuszonych (bo powinienem dodać wina) cześć z własnej, nieprzymuszonej woli.
Według jedzących i mnie samego naprawdę dobre spaghetti z wołowiny.
Wołek mięciutki, tylko jakiś smak wyszedł odmienny, ale pewnie dlatego, że w sosie znalazły się marchewki i seler.
Otóż jest  to prawda, ale nie cala.......
Okazuje się, że z wołowiną pewnie byłoby wszystko OK, gdyby.....   to była wołowina.
A nie była - zrobiłem spaghetti bolognese z......   jagnięciny.
Zorientowaliśmy się, że to nie wołowina dwa dni później, kiedy Ola zaczęła robić kotlety mielone i sprawdziła co było napisane na opakowaniu z mięsem, bo coś ten smak kotletów też jakiś taki ciut inny
Ciekawostką było to, ze przy obiedzie Mariusz - nasz nowy narybek w Saudi opowiadał, jak to nieświadomie  zamiast selera rzepę gotował i dodawał do ryby po grecku budząc zachwyt PT Konsumentów.
Cóż, nie on jeden cosik potrafi namieszać w przepisie :-)


źródło

środa, 27 sierpnia 2014

W szponach rekruterki czyli nie ogarniam tej kuwety

Pewien zaprzyjaźniony Kangur pośród swoich rozmaitych teorii, z którymi się w znakomitej większości nie zgadzam ma jedną, którą stosuję w swoim własnym życiu.
Otóż należy być w permanentnym procesie rekrutacyjnym.
Nieważne, czy obecna robota Ci odpowiada i wszystko jest OK, pieniądze dobre, płacone w terminie itd.
Nieważne, bo może przyjść dzień, kiedy padnie decyzja o "optymalizacji kosztów" lub ktoś Cię vqrvi do białości, coś mu odpowiesz i już widmo bezrobocia w oczy zajrzy.
Dodatkowymi korzyściami jest niewychodzenie z wprawy w prowadzeniu tego typu rozmów oraz wiedza na temat swojej aktualnej ceny rynkowej, co pomaga przy deliberacjach z samym sobą czy iść po podwyżkę do Bossa czy siedzieć cicho :-D
Dlatego moje CV jest obecne i aktualizowane przez Szacowną Małżonkę Mą Aleksandrę na wszystkich liczących się portalach rekrutacyjnych i branżowych.
Konsekwencje takich działań są różnorakie.
Od scamu, poprzez oferty zupełnie od czapy, które wyglądają jak SOS rekrutera, który musi zgromadzić odpowiednią ilość CV  dla klienta.
Czasami traktują Cię jako "zapchajdziurę" i wysyłają ofertę z prośbą o wysłanie CV najpóźniej tego samego dnia, a najlepiej jak natychmiast.
Specjalizują się w tym polskie oddziały zachodnich firm headhunterskich, bo jak coś zawalą np. w Anglii to wysyłają do Polski, żeby ci coś zrobili.
Kiedyś na takie propozycje "na zapalenie płuc" odpowiadałem, ale od jakiegoś czasu olewam je równo, tak jak ci którzy je wysyłają olewali mnie, jak już dostali, to co chcieli.
Ale wczoraj trafiła mi się niezmiernie ambitna sztuka.
Propozycja fajna, nie powiem,  ale dziewczę chyba zostało wyszkolone, żeby badać odporność kandydata na stres wywołany rozmową z osobą, która wydaje się być połączeniem osobnika sprawnego inaczej intelektualnie i posiadającego zaawansowanego Alzhaimera z radzieckim celnikiem.
Raz w życiu spotkałem tak upierdliwego pogranicznika jak ta laska :-D
Te same pytania po kilka razy, powroty do zadanych pytań w połowie odpowiedzi na kolejne, oczekiwania, że będę pamiętał daty DZIENNE sprzed kilku lat kiedy się w jakiejś firmie zatrudniałem bądź zwalniałem.
A już wytłumaczenie zawiłości mojego wykształcenia zajęło mi dobre 20 min.
W dwóch osobnych turach po 20 min.
Całość wczorajszej rozmowy to godzina z minutami.
Z zapowiedzią powtórki w dniu dzisiejszym.
Po rozmowie dostaję maila ze szczegółami oferty.
W wymaganiach znalazłem wymóg znajomości arabskiego na poziomie średnio zaawansowanym.
Więc w odpowiedzi na Jej maila pytam, czy jest to warunek konieczny. Bo jeśli tak, to szkoda jej i mojego czasu.
Ale w drugim załączniku rano znalazłem, że jeśli kandydat będzie bardzo dobry, to ten arabski sobie można odpuścić.
OK, to czekam na telefon.
Dzwoni i zaczyna właśnie od mojego pytania.
OK, powiedziałem jej, że już wiem, doczytałem w drugim załączniku.
Gadamy - wracamy do pytania o.....    wykształcenie.
Noż qrva mać - ile razy można bić pianę na ten sam temat. Jakby to było na Skypie to bym jej  to narysował na kartce, przyłożył do kamery, może wtedy by dotarło :-(
Później...... daty po raz kolejny, kiedy zacząłem pracować w jednej z poprzednich firm.
Ja pierdzielę, to było jakieś 6-7 lat temu.
Co ja "Rain man" jestem żeby takie pierdoły pamiętać ???
Datę ślubu mam wygrawerowaną na obrączce, żebym nie zapomniał, ale nie notuję którego dnia i o której godzinie poszedłem pierwszy raz do pracy kilka lat temu.
Nic, to jedziemy dalej.
Pytania jakieś bardziej normalne.
I nagle dziewczę pyta.....   "a jak z twoją znajomością arabskiego ?"
Miałem ochotę odpowiedzieć, że podobnie jak z Jej rozumieniem mówionego angielskiego.

Po godzinie dostaję maila, gdzie jeszcze raz mam odpowiedzieć na połowę z tych pytań, które z uporem maniaka zadawała mi przez dwie godzinne sesje telefoniczne.
Mało - dostałem jeszcze linka do formularza, który obowiązkowo muszę wypełnić.
Domyślacie się jakie tam znalazłem pytania.
Qrva, aż się boję otworzyć lodówkę :-(
źródło

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Scam czyli "My name is Miss Melinda...... "

Scammerzy głownie z Nigerii byli jakiś czas temu tematem wielu artykułów prasowych.
Najczęściej do jakichś ludzi przychodził mail od adwokata (obowiązkowo zaczynający się od  "My name is Mr........"), poszukującego rodziny tragicznie zmarłego.......  naszego nigdy nie spotkanego krewnego, o którym nawet w najstarszych rodzinnych sagach nikt nie słyszał.
Ale Pan Mecenas, nie szczędząc sobie trudów i znoju znalazł właśnie nas, jako jedynych spadkobierców niemałego majątku naszego krewnego.
Majątek jest do odebrania praktycznie od ręki, jeno trzeba wnieść opłaty urzędowe i już możemy się cieszyć dobrobytem.
Brzmi jak bajeczka dla naiwnych ? Owszem, ale na ten numer parę lat temu nacięło się sporo ludzi.
Kolejnym, nie ukrywam,  moim ulubionym rodzajem scamu -  jest list od ślicznego dziewczęcia ("My name is Miss Melinda......" -  takie dostawałem ze zdjęciami :-D), które w wyniku działań wojennych utraciło rodziców, lecz nie utraciło kilkumilionowego majątku. W USD rzecz jasna :D
Chętnie się z Tobą podzieli ( z listów dość namiętnych z czasem wynikało, że nie tylko majątkiem) jeśli pomożesz jej zapłacić opłaty urzędowe i wytransferować te pieniądze na Twoje konto.
No nie dość że bogaty, to jeszcze z egzotyczną pięknością u boku -  żyć, nie umierać :-)

Kolejny (moim zdaniem bardzo groźny) rodzaj scamu to oferty pracy.
Najczęściej przychodzą na ogranym templacie, więc łatwo je wychwycić, ale zdarzają się też prawdziwe majstersztyki, które na pierwszy, a nawet trzeci rzut oka nie budzą najmniejszych nawet podejrzeń.
Te najbardziej oklepane zaczynają się zazwyczaj od "ATTEND: Job seekers"
Później wymieniane są stanowiska pracy, które na ciebie czekają.
Masz wysłać tylko CV, oczekiwane wynagrodzenie oraz...... skan swojego paszportu i aktualne zdjęcia.
A później zostajesz posiadaczem domu na Bahamach, wróć  -  kredytu na dom na Bahamach, który już ktoś zdążył od Ciebie kupić za gotówkę.
Jest też znacznie groźniejsza odmiana scamu, taka jaką ostatnio dostał mój kolega.
Oferta pracy profilowana ewidentnie pod niego, czyli zgadza się wszystko -  pożądane wykształcenie, kwalifikacje, doświadczenie zawodowe itd.
Pytają  o oczekiwania finansowe, proponują trochę mniej, żeby nie było podejrzane. Korespondencja trwa dłuższy czas.
Podszywają się pod istniejącą firmę, podają kontaktowe numery telefonów etc.
Jak się sprawdza, to się okazuje że jest mail i owszem - podobnie brzmiący, ale...  na Gmailu.
Czyli wygląda to tak jakby firma www.saudyjskiwielblad pl miała maila  saudyjskiwielbladrecruiting@gmail.com
Później zaczynają się schody - wszystko jest OK, ale potrzebna jest: weryfikacja dokumentów, przynależność do branżowej organizacji itp.
To oczywiście kosztuje, ale wszystkie poniesione koszty zostaną zwrócone przy pierwszej wypłacie.
Kolega zadzwonił, faktycznie numer z firmy, ale gość kompletnie nie wie o co chodzi, pracuje w innym dziale niż HR i cały zdziwiony.
Mnie samego zaskoczył ostatnio telefon ze ......  Stanów.
Oferta pracy, a jakże, tylko na stanowisku Safety Offcer, więc od razu powiedziałem, że nie wysyłałem żadnej aplikacji.
Dziewczę uparte, to OK - mam czas, mogę pogadać.
Proponują rozsądne pieniądze, już  netto z odliczonym podatkiem, ale żadnych szczegółów.
W międzyczasie dziewczę pyta, czy jak będę pracował, to nie chciałbym sobie postudiować w USA, bo takie możliwości oferuje pracodawca.
Powiedziałem, że czemu nie - amerykański doktorat się przyda.
Wtedy dostaje maila, że mój proces rekrutacyjny przebiegł pomyślnie, dostałem ofertę finansową, ale...    bez żadnych szczegółów dotyczących firmy, obowiązków, lokalizacji itp.
W mailu zwrotnym miałem załączyć....... skan paszportu i aktualne zdjęcia.
Odpisałem, że już, natychmiast, jak dostanę pełne dokumenty rejestrowe firmy, bo firma mająca tylko jeden numer telefonu, która  nie podaje na stronie adresu nie wygląda dla mnie poważnie.
I już tym razem Miss Melissa nie odpowiedziała :-D
Ale.....  na drugi dzień zadzwonił jakiś koleś ze Stanów z zapytaniem na jakim kierunku na ich uczelni chcę studiować :-D
To wyjaśniłem sytuację, zaśmiewając się do rozpuku :-D



źródło

niedziela, 24 sierpnia 2014

Geniusze czyli wymienność pozycji

Kurde, nie wiedziałem, że w tej firmie pracują tak genialni ludzie.
Jak zobaczyłem firmowe "ogloszenia parafialne" czyli kto, gdzie i z jakiej pozycji awansował to jestem pod niesłabnącym wrażeniem.
Ja to jakiś ograniczony jestem, bo umiem tylko to, czego się uczyłem z dużym mozołem przez lat osiem na trzech rożnych uczelniach.
Nie czuję sie wystarczająco kompetentny aby np. teraz zostać Managerem Zakupów, HR lub Dyrektorem Finansów.
Mimo, że tą ostanią pozycję mógłbym niby zająć z racji wyksztalcenia, bo jakis czas temu dali mi dyplom "magazyniera" z ekonomii.
Tylko specjalizację mam inną i jakoś niespecjalnie bym się pchał, żeby zarządzać finansami firmy.
Ale dla egipskich "mohandesow" nie ma wyzwań przekraczających ich możliwości, wiedzę i kwalifikacje.
Cóż, jak gdzieś ktoś kiedyś napisał "po owocach ich poznacie"  :-D


źródło


czwartek, 21 sierpnia 2014

Saudia łagodzi obyczaje :)

Jestem człowiekiem o,  jak to określają fachowcy "niskim progu pobudliwości"
Mówiąc ludzkim językiem -  jestem cholerykiem i mam "szybki zapłon" jak mnie coś rozjuszy.
Staram się walczyć z tą cechą mojego charakteru, ale do flegmatyka, reagującego na każdy przejaw głupoty, ignorancji czy zwyczajnego olewania przez podniesienie brwi, lekkie westchnienie i powtórzenie poleceń,  jest mi tak daleko jak stad do Ploxima Centauri.
Wczoraj jednak okazało się że moja tolerancja wzrosła niesamowicie w przeciągu ostaniach dwóch lat.
Przedwczoraj zamówiłem kierowcę na wyjazd do Hafer Al- Batin na godzinę 4:30 rano.
Znając życie, poprosiłem jegomościa, aby pojechał od biura do mojego compoundu, żeby zobaczył gdzie to jest.
Dwa razy powtórzyłem o której ma być, wziąłem numer Jego telefonu, podałem swój.
Zapytalem dwa razy, czy zrozumial, kazalem powtorzyc o koterj i gdzie ma przyjechac.
"OK, Ok, Boss" - usłyszałem
 No to jak OK, to OK.
Wstałem jeszcze grubo przed mleczarzami, zrobiłem kawę dla siebie i Szacownej Malzonki Mej Aleksandry, która potowarzyszyć w oczekiwaniu była łaskawa.
Zrobiła się 4:40 to dzwonie do typa.
Byliśmy przy basenie, gość nie odebrał telefonu, ale usłyszałem klakson.
To pomyślałem, że to mój geniusz się pojawił, tylko nie zadzwonił ale już czeka.
Wychodzę, ani widu, ani słychu.
Dzwonię więc do typa jeszcze raz.
W końcu odbiera, al głos ma tak zaspany, że łeb urywa.
Pytam gdzie jest i słyszę "OK, OK, Boss, Im camming";
Ale gdzie jestes ??? - pytam
"OK, OK, Boss, Im camming"  stwierdził i się rozłączył.
To dzwonie jeszcze raz, ale już nie odbiera.
Zadzwoniłem do Dinesha, że typ zaspał i niech po mnie przyjedzie.
Dinesh przyjechał, jedziemy pod firmę.
Kolejny raz dzwonie do typa i mowię, że ma jechać pod biuro, bo  szkoda czasu o znowu pada nieśmiertelne "OK,OK Boss"
Za chwilę oddzwania, że jest pod biurem.
To mu odpowiadam, że za 5min. będziemy.
Przyjeżdżamy, typa nie ma.
Dzwoni do niego Dinesh, a gość twierdzi, że czeka na mnie ...  pod compoundem.
Za 15 minut się pojawia i twierdzi, że ...   pobłądził, bo nie zapamiętał drogi do mojego lokum.
Ale miał jechać tutaj,  nie do mnie.
"OK, OK, Boss"
Weszliśmy do biurowca, a tam wyje alarm, że się ściany trzęsą.
Siedzi sobie strażnik i ma zupełnie wyluzowaną minę, jakby panowała cisza, wręcz obezwładniający spokój.
Patrze, a z uszu wystają mu strzępki chusteczek higienicznych.
To jest dopiero mistrz Zen :-)
Bo mnie by szlag trafił.
A kierowcy wcale nie zamordowałem, jakby się mogło wydawać.
Ale spotkam się dziś z jego szefem i umilę mu życie, bo to nie był gościa ostatni numer podczas podroży.
Ale to już zupełnie inna historia.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Chinski syndrom.... czyli nowy projekt

Nie może być normalnie.
Zawsze stanie się coś, co wzbudzi mój zachwyt na pomysłowością w tej firmie.
Jakiś czas temu pojawił się projekt, który miał być tylko "sponsorowany" przez moja firmę, a za wszystko miał odpowiadać podwykonawca rodem z Chin kontynentalnych.
Pytałem swojego Bossa przed wyjazdem czy ten projekt  to mój problem czy nie.
Wtedy odpowiedz była, że nie, bo Chińczycy mają swój zespól BHP.
To OK, nie mój cyrk, nie moje małpy to się nie stresuję.
Ale w niedziele przygalopował do mnie Project Manager z tego projektu i zaczął prosić mnie o pomoc.
Więc się jeszcze raz zapytałem Bossa czy na pewno to nie jest nasz problem.
Teraz się okazało, że jednak tak - to jest mój problem.
Na szczęście, tylko na  zasadzie audytów, bo nie bee tam miał swojej kadry.
OK, to pojechałem.
Sajgon jest niezły, goście o BHP to nawet nie słyszeli.
Problem  tkwi w.....  komunikacji.
Ze wszystkich zatrudnionych tam osób...... 3 (słownie - trzy) mówią po angielsku w tym dwie kiepsko.
Kiepsko mówi ...  tłumacz :D
Behapowiec - ani w ząb.
Wziąłem to cale radosne towarzystwo i zacząłem jazdę.
Za mną  kopytkowało 4 gości z......   notesikami  i pilnie uwieczniali myśli me światłe
No poczułem się jak Kim Dzon Un podczas  gospodarskiej wizyty :D
Dałem im 2 tygodnie i zobaczymy.
Na razie się zastanawiam, który z moich chłopaków zacznie zgłębiać tajniki mandaryńskiego, bo ja się na to nie piszę
Najpierw arabski :-D


źródło

niedziela, 17 sierpnia 2014

Lotniska i profesjonalizm

Nie znoszę latać, ale muszę :-(
Do tego dochodzi system kontroli na lotniskach i zauważyłem w tym wypadku jedną prawidłowość.
Kiedy w Polsce była za to odpowiedzialna Straż Graniczna nie różniło sie to zbytnio od odpraw w krajach, gdzie zagrożenie terrorystyczne jest „nieco”większe niż u nas.
Teraz odprawy robi to prywatna firma i to jest jakieś kuriozum. Latam w takich samych butach od kilku lat i nigdy ich nie musiałem zdejmować.
Są to buty taktyczne dla niemieckiego GSG-9 nie zawierające grama metalu.
Pasek do spodni, który specjalnie kopiłem – też nie ma metalowych elementów.
Ale przecież nie można kontroli przeprowadzić tak, jak na takich „prowincjonalnych  lotniskach np w Doha, Londynie- Gatwick, Monachium czy Dubaju.
Tu w Warszawie trzeba pokazać władzę - buty i pasek oczywiście musiałem zdjąć.
Pomijam, że na wymienionych lotniskach już od jakiegoś czasu nie czepiają się napojów.
Teraz doszedł nowy element – oczywiście tylko na Okęciu.
Okazało sie, ze moja zapalniczka Zippo stanowi.....   zagrożenie w ruchu lotniczym i chcieli mi ją skonfiskować.
Noż qrva mać - latam z tymi zapalniczkami od lat i nigdy, poza Turcją, gdzie koleś chciał ją sobie ordynarnie przywłaszczyć problemów nie było :/
I teraz ciekawostka - ja miałem tylko jedną zapalniczkę - właśnie moje ulubione Zippo z logo Arabii Saudyjskiej, a Ola miała w kieszeni 6 albo 7 zapalniczek typu jednorazówki i do Niej nikt się nie przyczepił.
Nie ma na żadnym informacyjnym plakacie ani słowa o zapalniczkach.
Wykłóciłem się i zapalniczkę zabrałem do samolotu.
Sprawdzam w Dubaju - faktycznie pojawił sie zapis o zapalniczkach. - nie wolno miec przy sobie wiecej niż jednej.
Tylko ta informacja znajduje się tam, gdzie powinna – na plakacie zawierającym informacje o przedmiotach i substancjach zabronionych.

źródło

czwartek, 14 sierpnia 2014

Lecieliśmy, lecieliśmy i .......

dolecieliśmy :D
Więcej napiszemy, jak się dobudzimy
Dobrej nocy

źródło

Czas powrotu

Walizki spakowane, zakupy porobione - właśnie lecimy
Z pewnych względów zdrowotnych były to najgorsze wakacje od lat.
Ale cóż -  taki lajf.
Najważniejsze, że już to, co najgorsze za nami (oby) i czas powrotów nastał.
Choć bociany jeszcze w kraju ojczystym my wracamy do Saudi.
Pozytywnym aspektem (dla Was, mam nadzieję) jest to, że będę pisać bardziej regularnie.
Do zobaczenia - na blogu w czwartek, w Polsce -  za jakiś czas.

źródło

wtorek, 12 sierpnia 2014

Dziwni ludzie, dziwne idee

Wczoraj po południu ktoś z uporem maniaka dzwonił do nas domofonem.
Ale że nasz domofon ma aquafobię czyli przestaje działać podczas deszczu Ola udała się do furtki, aby zobaczyć kogo niesie.
Było tam trzech jegomości, którzy konspiracyjnym szeptem zaczęli opowiadać o zagrożeniach jakie niesie Internet.
Ze sposobu zachowania oraz licznej asysty głosiciela tych mądrości domniemuję że byli to Świadkowie Jehowy, lub jakieś pokrewne ugrupowanie.
Ola wysłuchała ich opowieści, ale ja poprosiłem o wysłanie szczegółów ich oferty mailem :-D Domyślacie się, jakim patrzyli na mnie wzrokiem :-D


źródło



piątek, 8 sierpnia 2014

Wielbłąd.... jaki jest każdy wie, ale.....

Jako, że wielbłądów Ci u nas dostatek, podaję poniżej informacje na temat tych jakże szlachetnych stworzeń :D
Wszystko co przeczytacie w tym poście zaczerpnąłem z Nonsensopedii

Wielbłąd  – zwierzę pociągowe, użytkowe i wyzyskowe, występujące w rejonach Północnej Afryki oraz Azji Środkowej. Zwierzęta te, tuż po Mubaraku i piramidach w Gizie, są znakiem rozpoznawczym Egiptu. Typowy wielbłąd jest przykładowym wzorem mężczyzny dla polskiej gospodyni domowej. Haruje jak wściekły i pije raz na tydzień. 

Cechy

Wielbłądy mają około trzech metrów długości, krótki i kudłaty ogon, długą szyję ze zwisającymi z niej frędzlami oraz pokaźną wadę postawy w postaci garba a'la Quasimodo. Garb ten pełni jednak całkiem przydatną funkcję magazynu tłuszczów, dzięki któremu wielbłądy potrafią nie pić nic nawet przez tydzień. Ich przywiązanie do wody jest o wiele mniejsze niż u przeciętnego człowieka. Podczas gdy ten umiera, wielbłąd ma się dobrze i tańczy makarenę. Jeżeli kiedyś będziesz w Egipcie i zauważysz karawanę wielbłądów bez Arabów, to możesz śmiało iść w przeciwnym kierunku szukać ich spragnionych zwłok. Oprócz tego, wielbłądzie garby pełnią funkcję regulacji cieplnej, co chroni wielbłądy przed usmażeniem się w afrykańskim słońcu. Ich duże, wielbłądzie nozdrza pozwalają na dosłowne picie powietrza, a ich drugim zastosowaniem jest możliwość osmarkania  w zależności od humoru. Wielbłądy posiadają też silne kopyto, które skutecznie oducza niewychowanych użytkowników podobnego traktowania na przyszłość. 


Ciekawostki


  • Jeżeli widzisz wielbłąda, który ma dwa garby, to jest to baktrian albo dwóch debili w przebraniu.
  • Pośród licznych łapówek, jakie w roku 986 Mieszko I ofiarował niemieckiemu cesarzowi Ottonowi III znalazł się m.in. wielbłąd. Tylko skąd on go Q.......a wziął ?!
  • Spragniony wielbłąd potrafi wypić 1/3 tego, co waży. Nic szczególnego biorąc pod uwagę osiągi niektórych Polaków.
  • Na cześć wielbłądów powstała marka papierosów „Camel” i pasty do butów. 
źródło

piątek, 1 sierpnia 2014

Powstanie Warszawskie a akcja "Ostra Brama"

Na temat Powstania Warszawskiego napisano już tysiące artykułów - od hagiograficznych poprzez bardzo krytyczne.
Linią obrony hagiografów było bohaterstwo powstańców.
Tego nikt nie neguje, ale czy miało ono sens  militarny  i polityczny ?
"Rzucenie na stos" w zależności od szacunków od 150 do 200 tysięcy ludzi i zrównanie z ziemią praktycznie całego miasta nie przyniosło żadnego z zakładanych celów.
Osoby, które podjęły decyzję o wybuchu powstania nie mogły nie wiedzieć o skutkach akcji "Ostra Brama" czyli walk o wyzwolenie Wilna.
Różnica czasowa pomiędzy aresztowaniem żołnierzy AK i delegatów Rządu Londyńskiego a wybuchem Powstania Warszawskiego wynosiła dwa tygodnie .
Założenia polityczne były tożsame- wyzwolić miasto od Niemców i przyjąć Armię Czerwoną jako gospodarza terenu.
Ale było to niezgodne z ustaleniami Wielkiej Trójki, bo wielcy tego świata sprzedali Polskę już w 1943 na konferencji w Teheranie, przekazując ZSRR polskie tereny do Linii Curzona .
Biegła ona od granicy litewskiej wzdłuż Niemna, z kolei na zachód od Grodna, w północnej części w sposób zbliżony do obecnej granicy polsko-białoruskiej (pozostawiała jednak po radzieckiej stronie Puszczę Białowieską a po polskiej cały Kanał Augustowski i miejscowość Sopoćkinie) aż do Bugu w miejscowości Niemirów, a w okolicach Kryłowa odchodziła od tej rzeki. Dalszy południowy przebieg był przedmiotem rozbieżności. Linia znana potem jako "A" (linia Namiera przetelegrafowana Cziczerinowi z MSZ w Londynie) biegła nieco na wschód od Przemyśla (podobnie jak obecna granica polsko-ukraińska). Wersja oznaczana wiele lat później jako "B" (właściwa linia Curzona + rozważane na konferencji w Spa rozgraniczenie w Galicji wschodniej z zagłębiem naftowym dla Polski) zostawiała zaś Lwów po stronie polskiej (podaję za Wikipedią) Brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nałożyło embargo na informację o tej akcji - była bowiem niezgodna z tym, co już dawno ustalono za naszymi plecami.
Dlaczego więc założono, że w analogicznej sytuacji Stalin podejmie wysiłek udzielenia pomocy powstańcom w Warszawie ?
Z logicznego punktu widzenia wolał, aby obaj jego wrogowie czyli armia hitlerowska i nieautoryzowany przez Moskwę polski Ruch Oporu wykrwawili się nawzajem.
Słyszałem argumenty, że nie dałoby się powstrzymać młodych ludzi przed walką.
To rodzi się pytanie - czy była to (jak próbują to przedstawiać hagiografowie)  armia, podległa dowództwu i posiadająca struktury dowodzenia, wykonująca rozkazy ?
Nie trafia do mnie ten argument - można było wydać rozkaz opuszczenia miasta i prowadzenia działań zbrojnych poprzez np. zmasowane ataki na linie komunikacyjne.
Obrona przed masakrą mieszkańców - bo też taki argument się pojawiał.
OK, tylko proszę o przykład, jeden przykład, kiedy Niemcy wyrżnęli pół miasta mając na karku Armię Czerwoną ?
Także bezwzględnie -  chwała bohaterom -  tylko co dowódcom ???
"Monter" pozostawał optymistą - uważał, że brak broni zastąpi "furia odwetu", a gwałtowne i jednoczesne natarcie na wszystkie niemieckie obiekty w Warszawie pozwoli zaskoczyć i obezwładnić nieprzyjacielski garnizon, który zdaniem dowódcy okręgu stanowił zlepek różnych oddziałów o miernej wartości bojowej. Pominął jeden fakt a właściwie zlekceważył  -  dowódca wywiadu AK, pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki ps. "Heller", poinformował o koncentrowaniu się niemieckich oddziałów wokół Warszawy (w tym trzech dywizji pancernych).
Jednostki takie jak 3. Dywizja Pancerna SS "Totenkopf" , 5 Dywizja Pancerna SS "Wiking"  czy  1 Pancerno-Spadochronowa "Hermann Göring", której pododdziały stacjonowały w Warszawie i okolicach zostały przez "Montera" uznane za "zlepek różnych oddziałów o miernej wartości bojowej" ???
Podjął walkę WBREW rozpoznaniu sił wroga, bez zapewnionego wsparcia "sojusznika".
Ocenę tej postaci pozostawiam Wam, ale na komentarze odpowiem najwcześniej w przyszłym tygodniu.

źródło

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...