czwartek, 31 października 2013

Integrated Training Center czyli szkoły dla Saudi

Moi szefowie nie przestają mnie zadziwiać.
Przedwczoraj z mojego „ukochanego” HR dostałem maila, że mam pojechać zobaczyć jakieś centrum kształcenia, bo szkoli się tam 15 Saudi.
Wysyłam Dinesha, żeby sprawdził „ale oso chosi
To się dowiedział, że mam sprawdzić aktywność na zajęciach, czy frekwencja jest OK i takie tam :)
Od razu pomyślałem „na drzewo, koleś, to nie moja bajka
Napisałem maila, co to ma wspólnego z moim działem.
Odpowiedź mnie zaszokowała -  „Jak to co ?  Praktycznie wszystko”
O rzesz ty orzeszku !!!   Co  ???
Tak to się nie dogadamy – idę do swojego Wodza.
A Wódz na to, że owszem, mam pojechać, bo tam się szkolą młodzi Saudi, którzy będą pracować dla firmy m.in. w moim dziale.
I jak chcę sobie wybrać, to lepiej, żebym pojechał jako pierwszy :)
Ano jak tak się sprawy mają to jadę, żeby mi później największych „ogórów” nie powsadzali.
Okazało się, że w dziale saudyzacji jest koleś odpowiedzialny za organizację takich kursów.
To dawaj w dwa samochody jedziemy.
Nawet nie było daleko, ale jak zobaczyłem budynek to mi szczęka opadła, bo myślałem, że to hotel i to niezłej klasy.
Od progu wita mnie Bardzo Ważny Pan z tej szkoły – no  Wersal pełną gębą.
Najpierw krótkie wprowadzenie: Centrum ma 9 akredytacji m.in. NEBOSH, IOSH (to z mojej branży) poza tym American Petrolium Institute itd.
Obecność sprawdzana na wszystkich zajęciach: 5% - nieobecności – pierwsze ostrzeżenie, 10% - drugie, 15% - trzecie,  20%- wylot z kursu.
Egzaminy – pod okiem zewnętrznych egzaminatorów np. z British Council.
Na końcu każdego rozdziału  z podręcznika – kartkóweczka :)
Uczniowie pomykają w ubraniach roboczych w różnych kolorach w zależności od kursu lub firmy sponsorującej. Do tego bezpieczne buty.
Warsztaty wyglądają lepiej niż niejedno laboratorium na polskich uczelniach.
Sala podzielona - w jednej części teoria, w drugiej, przyległej sali – zajęcia praktyczne.
Zajęcia po 6 godzin dziennie 6 dni w tygodniu.
Wam się może wydawać, że to jest takie nic.
Otóż – nic ale bardziej mylnego.
Jest to uczciwy SPZ (tak się to nazywało za moich czasów przed reformą – czyli Szkoła Przysposobienia Zawodowego) - bo trwa, w zależności od wybranego zawodu od 5 miesięcy do roku.
Co najważniejsze - uczą tam młodych Saudi dyscypliny i zawodu bez żadnych ulg i zasłaniania się układami rodzinnymi.
Egzaminatorowi z zewnątrz to, kogo egzaminuje – zwisa.
On nawet nie wie kogo egzaminuje, bo nazwiska są kodowane.
Na miejscu jest wszystko - stołówka, sale komputerowe i multimedialne, audytoria, lekarz itd.
Jest również część VIP-owska, gdzie są prowadzone kursy i konferencje dla najważniejszych firm w Arabii Saudyjskiej.
Patrząc na ten system za kilkanaście lat będzie wystarczająco dużo wysoko wykwalifikowanych saudyjskich robotników i techników i nie będzie zapotrzebowania na expatów.
Muszę jeszcze zobaczyć, jak wyglądają uczelnie wyższe.
Uczniowie dostają stypendia od Króla, ale za szkołę płaci przyszły pracodawca i z tego co zobaczyłem to nie są małe pieniądze.

Adres Integrated Training Center znajdziecie tutaj

środa, 30 października 2013

Zamienił stryjek… czyli pożegnanie z „Krasulą”

Pamiętacie, jak wieki temu odgrażałem się, że poproszę o zmianę samochodu na większy i mocniejszy ?
To wtedy to zrobiłem – złożyłem wymagane podanie i natychmiast otrzymałem zgodę.
Samochód dostałem…  dzisiaj :)
Bardzo się ucieszyłem, bo przynajmniej kilkunastokrotnie prosiłem o konkretny model i co najważniejsze – silnik.
Ale miało być jak nigdy, a wyszło jak zawsze.
Jest to Toyota Fortuner, ale zamiast silnika 4,0 V6 jest..   2,7 i cztery gary
Nówka, prosto z salonu, ale jeszcze bardziej podobna do Tomusiowej krasuli (tej z "Czterech Pancernych)  niż moja dotychczasowa RAV 4 :(
Przynajmniej siedzę sobie wysoko i czuje się odrobinę pewniej na drodze, bo tutaj jak wiadomo „duży może więcej"  :D
Pewnie się odezwą głosy krytyki, że dostał nowa furę i marudzi.
Ale jako Polak mam pewne obowiązki  m.in. - muszę ponarzekać :P

Zdjęcie pochodzi ze strony Drive Arabia

wtorek, 29 października 2013

Zmiana wakacyjna czyli teraz będą pakistańskie historyjki

Dinesh jutro jedzie na urlop na miesiąc.
Ale nie może być tak, że sam pracuję w biurze.
To jako zastępstwo dostałem młodego Pakistańczyka, osobiście wybranego przez Dinesha.
Nieco zdziwiony takim wyborem zapytałem: 
Dinesh, jest przecież sporo Hindusów w dziale. To dlaczego akurat Hafiz ?
W odpowiedzi Disnesh stwierdził:
"Boss, ja nie jestem taki głupi. Ten chłopak jest naprawdę dobry.
Co mi po wspieraniu Hindusów, jak Ty będziesz wściekły, a ja po wakacjach będę musiał posprzątać. Będzie Hafiz i już...
" :D
Podoba mi się takie podejście, bo to dowód na dwie rzeczy:
- po pierwsze - faktycznie u mnie w dziale nie ma żadnych narodowych waśni ani koterii,
- po drugie – Dinesh zaczyna samodzielnie nie tylko myśleć ale i działać biorąc pełną odpowiedzialność za swoje decyzje :)

Fort i ogrody Szalimar w Lahore (wschodni Pakistan). Obiekt jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Muzeum w Lahore

poniedziałek, 28 października 2013

Miało już być tak pięknie a wyszło jak zwykle czyli HR w akcji

Od kilku dni byłem szczęśliwym posiadaczem Iqamy, który to dokument gwarantuje mi dostęp do dóbr wszelakich jak np. możliwość założenia konta w banku, transferu pieniędzy w ogóle czy zakupu samochodu.
Zwróciliście uwagę na słowo „byłem” ?
Dziś pojechałem do banku wymienić moją kartę do Western Union.
Cały zadowolony kopytkuję do Pana Western Union z wypełnionym bohatersko kwitkiem,  a tam....  lipa.
Bo jakiś kretyn zbolały tylko po angielsku wpisał moje dwa imiona, tak jak mam w paszporcie.
Ale po arabsku już tylko pierwsze imię i nazwisko i się w systemie bankowym nie zgadza.
Wracam, spotykam mojego kolegę z RPA, mówię jaka jest sytuacja.
To On do swojego podwładnego Egipcjanina i sprawdzamy co jest w Jego Iqamie.
Egipcjanin mówi, że jest OK.
To kolega dzielnie jedzie do banku.
I…. dupa :(
Bo podobno po arabsku to się jego imię pisze inaczej niż jest w dokumencie.
Uważam, że jakby za każde sto spi..…ch spraw odpowiedzialni za to kolesie z HR dostawali jednego kopa to wszyscy by mieli zadki jak Kim Kardashian albo i większe, a większość życia spędzali na stojąco, śpiąc tylko na brzuchu.
Źródło

niedziela, 27 października 2013

Spotkanie InterNations w Khobar czyli nowe znajomości

InterNations to  stowarzyszenie, które organizuje grupy expatów w różnych krajach.
W Khobar też jest taka grupa z podgrupą miłośników…..  jedzenia :)
Jej członkowie spotykają się co jakiś czas na wspólnych posiłkach w celu nawiązania nowych znajomości.
A że i ja lubię zjeść  i nowych ludzi poznawać wybrałem się tam dzisiaj.
Ekipa całkiem fajna, jedzenie dobre, bo we włoskiej restauracji.
Całkiem sensowny sposób spędzenia popołudnia w Saudi.
Polecam, bo z tego co słyszałem w innych krajach też działają całkiem prężnie.
A przy takim obiadku zawsze można poznać kogoś, kto w przyszłości może być ciekawym kontaktem zawodowym.

Link do strony InterNations 


sobota, 26 października 2013

Pycha kroczy przed upadkiem czyli jak się skończyło moje podwodne rumakowanie

Moje wcześniejsze nurkowania już Wam opisałem. Jak wiecie – szału nie było ze względów różnych – od radosnego towarzystwa po kłopoty z uszami.
Ale dziś pojechałem z fantastyczną ekipą.
Towarzystwo ekstremalnie międzynarodowe, ale dogadywaliśmy się świetnie.
Przygotowujemy sprzęt, a w czasie sprawdzania wychodzi, że mój „funkiel -  nówka, nieśmigany"  jacket ma kłopot techniczny.
Nie do naprawienia na miejscu.
Problem polega na tym, że nie działa połączenie umożliwiające jego napełnienie powietrzem.
Jest to niezbędne do ustabilizowania pływalności.
Ale przecież można go nadmuchać paszczą, więc nie odpuszczam – twardo będę nurał.
No i hyc do wody.
A tu problem – wygląda jakbym miał za mało balastu, kręcę się jak gówno w przeręblu .
 Zszedłem na całe 3 metry i ni chu, chu dalej.
To „wyjeżdżam” na powierzchnię. Doładowuję kolejne 3 kilogramy balastu.
I co ? I ch..j. Dalej to samo.
Nikt już na dwóch łodziach nie ma więcej balastu.
Wściekły jak cholera wyłażę na łódkę.
Po powrocie wszystkich dokonuję zbiórki „co łaska” z balastu.
No – doładowałem kolejne 8 kilo.
Teraz to nie ma wała, muszę zejść.
Myk do wody – i dalej dupa.
O nie – parafrazując Albercika „a dosyć już mam tych nawodnych ciuciubabek” pociągnąłem na 6 metrach taki „sznurek”, który otwiera dolny zawór umożliwiający praktycznie całkowite wypuszczenie powietrza z jacketu.
To był głupi pomysł.
Poszedłem jak kamień w dół.
Mówiłem Wam, że się nie dało nadmuchać jacketu z butli i można paszczą ?
Owszem, ale nie jak w tym samym czasie musisz wyrównywać ciśnienie w uszach.
Minąłem chłopaków z szybkością nurkującej siekiery i za cholerę nie mogę przestać spadać.
Majtam nogami jak jakaś pieprzona motorówka  - nic.
Całe szczęście, że mój „buddy” (czyli drugi z pary) to był kumaty chłopak i dzida za mną :)
Próbuję z rzucić balast z pasem- dupa – pas się zatrzymał na pasie krokowym, którego w poprzednim jackecie nie było.
No to się trzeba pozbyć „gratów” i na górę.
Buddy złapał mnie za fraki, „graty" won i na jego powietrzu wyjechałem na górę w trybie pilnym.
Nauczki są dwie – jak Ci nie idzie to się nie pchaj pod wodę.Widocznie to nie Twój dzień.
A już na pewno  nie kombinuj z „walniętym” sprzętem.
Ale zawsze jest jakiś pozytyw - mam nowego, fajnego kumpla :)
Wiszę Mu wypad do Bahrajnu i …  maskę za jedyne 700 SAR, bo jak mnie taszczył na górę, to mu spadła i szlag ją trafił
Źródło

piątek, 25 października 2013

Odprawa w firmach saudyjskich i inne ciekawostki związane z pracą

Jak doskonale wiecie, Arabia Saudyjska nie pobiera podatku dochodowego od osób fizycznych.
Od czasu do czasu pojawiają się pomysły opodatkowania expatów, ale pomysł jak się szybko pojawia, tak szybko umiera (na szczęście zresztą :D)
W saudyjskich firmach prywatnych nie ma jednak czegoś takiego jak ubezpieczenie emerytalne.
Oczywiście są wyjątki, ale takich firm jest niewiele.
Jednak przy zakończeniu pracy w firmach saudyjskich  - po dłuższym okresie pracy należy się nam odprawa lub jak to zwał.
I tak: po pierwszych dwóch latach jest to wynagrodzenie miesięczne – po 15 dni za każdy przepracowany rok.
Ale już po przepracowaniu 5 lat i więcej należy się pracownikowi miesięczne wynagrodzenie za każdy przepracowany rok.
Co ciekawe -  pierwsze dwa lata musicie przepracować do końca, bo jeżeli tego nie zrobicie to nie tylko nie otrzymacie odprawy, ale musicie też pokryć jakieś koszty poniesione przez pracodawcę (np. koszt wizy, biletów lotniczych itp.) Zdarza się także, że pracodawca nie da świadectwa pracy, które i tu jest niezbędne, jeżeli nie zwrócicie mu kosztów Iqamy, mimo, że po zdaniu Iqamy pracodawca dostaje zwrot kaucji.
Jest możliwe przejście z jednej firmy do drugiej, ale naprawdę rzadko która firma się na to zgadza.
Po okresie dwóch lat i przedłużeniu umowy – możecie złożyć wymówienie z terminem jednego miesiąca bez żadnych konsekwencji.
Źródło

czwartek, 24 października 2013

Ciekawostki z armii indyjskiej czyli relacja Dinesha

Generalnie nuda, nic się nie dzieje, to w podróżach rozmawiamy z Dineshem o różnych różnościach.
Dziś poznałem więcej szczegółów związanych z Jego karierą w armii.
Okazuje się, że armia indyjska jest całkiem niegłupio zorganizowana.
Dinesh trafił tam w wieku lat 17, bo rodziców nie było stać na jego dalsze kształcenie.
Większość pieniędzy wydali na studia starszego brata i siostry.
Dla osób niezamożnych, ale chcących się kształcić pozostaje jeszcze jedna droga - właśnie Armia.
Po przejściu półrocznej „unitarki” – gdzie z plutonu Dinesha odpadło 60% kandydatów prowadzona jest dalsza selekcja mająca najlepiej dopasować kandydata do potrzeb wojska, ale zgodnie z Jego zdolnościami i zamiłowaniami.
Dinesh zdecydował się na coś, czego u nas chyba nie ma jako wydzielonej specjalizacji.
Są to warsztaty mechaniczne mobilne, podzielone na typ „A" i „B”
Typ „A’ to sprzęt ciężki: czołgi, BWP, samochody pancerne, mobilne wyrzutnie rakiet itp.
Typ „B” to pojazdy lżejszego kalibru: od ciężarówek do samochodów osobowych.
W typie „A” poza przeszkoleniem czysto wojskowym (niezbędnym do „samokonwojowania” ) obowiązkowe są dwa kursy: prawo jazdy na ciężarówki oraz …  uprawnienia do obsługi dźwigów.

„Prawko” wygląda nietypowo: na egzaminie może Ci ktoś wyskoczyć przed maskę, musisz zaparkować w szyku pomiędzy dwoma wozami na „dwa razy”, a zapas jest poniżej jednego metra.
W czasie części poligonowej może zostać wydane polecenie zmiany koła lub jakiejś drobnej naprawy.
No niby nic, ale w większości przypadków trzeba to zrobić..... pod obstrzałem "wroga"
Wojsko zapewnia również możliwość kształcenia, ale wszystkie dyplomy są wydawane przez ichniejszy odpowiednik naszego Ministerstwa Obrony Narodowej i  z tego, co zrozumiałem nie są równoważne ze studiami cywilnymi.
Co ciekawe - w armii indyjskiej zostajesz do końca życia.
Ze względu na sytuację rodzinną Dinesh odszedł z wojska po prawie 12 latach służby.
Po 10 latach przysługuje mu… emerytura.
Ma też prawo do comiesięcznej kantyny, w której skład wchodzą miedzy innymi 2 butelki whisky i 4 butelki rumu.
Ale może je odebrać tylko On osobiście lub jego żona.
Ponad to  Policja nie ma prawa ani go zatrzymać, ani wejść do domu.
Muszą w takich przypadkach poczekać na Żandarmerię Wojskową.
Tylko jest jedno „ale” w tym wszystkim.
Dinesh, nawet po odejściu z Armii zawsze musi podać aktualny numer telefonu i kraj w którym się znajduje.
W przeciągu ostatnich 2 lat miał dwa „alerty” sprawdzające gotowość Jego powrotu do jednostki.
Jego broń służbowa jest cały czas, razem z innymi  "gratami" w szafce w jednostce macierzystej.

PS.
Indyjskie Siły Zbrojne mając w czynnej służbie ponad półtora miliona ludzi stanowią drugą pod względem liczebności armię świata. Trzeba jeszcze pamiętać, że oprócz tego mają do dyspozycji także ponad dwa miliony rezerwistów takich jak Dinesh.
Od chwili uzyskania przez Indie niepodległości, jeszcze nigdy nie trzeba było przeprowadzać poboru do wojska, mimo iż jest on zapisany w konstytucji. 

Regiment z Assam

    W tak ważnej armii nie mogło oczywiście zabraknąć ... wielbłądów                                        Zdjęcie - Manish Swarup 
Indyjska Gwardia Honorowa

Źródło



środa, 23 października 2013

Arabski dla dorosłych część druga czyli kolejny gość z Pakistanu

Pewnie pamiętacie historyjkę z pakistańskim dyplomatą, który ze względu ma imię i nazwisko nie został wpuszczony do Arabii Saudyjskiej.
Dziś moi niezawodni Koledzy, którzy „wspierali" mnie przy poprzedniej arcyuciesznej dykteryjce sami znaleźli drugi przypadek, kiedy gość nie został wpuszczony do Saudi.
Tym razem sprawa była mniejszej wagi, gdyż chodziło o zwykłego pracownika.
Rodzina chyba jakiś rewolucjonistów pakistańskich.
Facet nazywa się Naylik Akbar Amir .
Brzmi OK i jak najbardziej po arabsku.
Ale co to oznacza ?
Ni mniej ni więcej tylko...  Pier....lę Najważniejszego Księcia.
Sądzę, że nie jest to najlepsza rekomendacja dla kogoś, kto ma zamiar przybyć do monarchii, absolutnej jak najbardziej.
Myślę, że jeszcze gorzej trafiłby w kraju takim jak np. Katar, gdzie hmmm. – najważniejszym „amirem” jest właśnie…  Emir.
Ciekawi mnie jedno: czy Pakistańczycy mają takie poczucie humoru, czy to może ich nauczyciele arabskiego ?
Źródło

wtorek, 22 października 2013

Złoty sen w Indiach czyli ciekawostki

Dziś w trakcie podróży od podekscytowanego Dinesha usłyszałem, że w Indiach znaleziono skarb.
Skarb nie byle jaki – bo aż 1000 ton złota.
Ciekawa jest geneza poszukiwań skarbu jednego z zapomnianych królów Indii.
Jego lokalizacja ….. przyśniła się hinduistycznemu duchownemu, który o fakcie tym poinformował przedstawicieli rządu.
Rząd, łasy na kasę jak nie przymierzając "Vincent", rozpoczął poszukiwania, po dwóch dniach do kopania dołączyła armia.
I dziś, na głębokości 20 stóp odkryto rzeczony skarb.
Relacjonuje to jakiś kanał hinduskiej telewizji.
Fake? Być może, ale cena złota  w Indiach spadła, co potwierdziła żona Dinesha, która właśnie do Indii poleciała.
Swoją drogą – zastanawiam się co by było, gdyby się to jakiemuś proboszczowi w Polsce przyśniło :)

poniedziałek, 21 października 2013

Kolejka czyli tak też można

Około godziny 17 robi się już ciemno już, więc jak dojeżdżam do sklepów to muszę obligatoryjnie trafić na czas modlitwy.
Kiedyś mieszkałem dalej, ale wychodziłem wcześniej, czyli wynik wychodzi mi na zero.
Dziś miałem tylko pieczywo do kupienia, a przede mną w kasie z najmniejszą ilością „chętnych" trzy osoby z tęgo wyładowanymi koszykami.
Powoli zaczynam mieć inne podejście do czasu, ale jednak nie polubiłem jeszcze stania w kolejkach (taki uraz ma z dzieciństwa :D).
Stoję sobie więc ze zrezygnowaną miną, ale osoba stojąca przede mną zapytała mnie, czy tylko mam tę bagietkę.
Potwierdziłem. To od razu poprosił tych stojących przed nim, żeby mnie przepuścili, bo po co mam stać tyle czasu jak tylko jedną rzecz chcę kupić.
I kolejka się rozstąpiła przede mną, jak przed takim jednym co wiał z Egiptu :)
Zapłaciłem podziękowałem grzecznie i pomknąłem do domu.
Wiele jest sytuacji, gdzie ludzie tu doprowadzają mnie do szału lub na skraj rozpaczy.
Ale w Polsce takiej bezinteresownej życzliwości i uśmiechu, które tu są na porządku dziennym strasznie mi brakuje, kiedy się w Ojczyźnie objawiam.

Źródło

niedziela, 20 października 2013

Internet w compundzie czyli więcej go nie ma jak jest

W tytule trochę przesadziłem, ale...  niewiele.
Z tego co wiem z relacji innych znajomych z GCC nie tylko w Arabii Saudyjskiej jest to problem stały i niezmienny.
Nie wiem, na czym to polega, że państwa stojące naprawdę wysoko pod względem rozwoju technologicznego mają takie problemy z jakością i stałym dostępem do Internetu.
W ostatnim czasie miałem problem polegający na kilku - kilkunastominutowych przerwach.
I tak przez dwa tygodnie.
No szlag mnie trafiał. Okazało się, że Panowie „coś” naprawiali.
Tylko, że tutejszym zwyczajem  - po godzinach pracy sprawa zostawała do dnia następnego.
No bo po co skończyć ? Jutro też jest dzień, nie?
Ale dzisiaj Internet padł na dłużej.
Na moje szczęście, a na nieszczęście Pana od Internetu mam do Niego numer.
To sobie dzwoniłem, pisałem SMS-y i znowu dzwoniłem.
Poza tym – dzwoniłem jeszcze
Ale jak widzicie – metoda była skuteczna :)

sobota, 19 października 2013

Maroko - wstydliwy problem

O tym, że Maroko jest piękne i warte odwiedzenia nie trzeba nikogo przekonywać.
Ci z Was, którzy się tam wybierają pewnie przeczytali już niejedną relację na temat tego kraju. Ci, którzy byli już w Maroku wiedzą doskonale ile uroku mają marokańskie miasteczka, jak tajemnicza potrafi być Sahara i jak pięknie prezentują się kazby i ksary.
Jednak niewiele osób ma świadomość, że od kilkudziesięciu lat Maroko (a do 1979 roku także Mauretania) skrywa przed opinią publiczną pewien wstydliwy problem - okupację Sahary Zachodniej.
Sahara Zachodnia, a właściwie Saharyjska Arabska Republika Demokratyczna została proklamowana w 1976 roku, jednak nadal pozostaje terytorium spornym. Maroko nie jest skłonne do rezygnacji z tych - mogłoby się wydawać - mało atrakcyjnych pustynnych terenów z kilku, a właściwie z jednego głównego powodu - pieniędzy
Tereny Sahary Zachodniej oprócz piasku i nielicznych oaz z palmami daktylowymi, to przede wszystkim złoża fosforanów (jedne z najbogatszych na świecie) i rud żelaza.
Do 1975 roku obszar ten pozostawał pod rządami Hiszpanii, która na skutek działań narodowo wyzwoleńczego Ludowego Frontu Wyzwolenia Polisario, zdecydowała się przeprowadzić tam referendum niepodległościowe.
Referendum nie odbyło się do dziś, natomiast w 1976 król Maroka Hassan II zmobilizował około 300.000 - 350.000  marokańskich osadników, którzy w tzw. Zielonym Marszu zajęli niemal 2/3 Sahary Zachodniej. W tej sytuacji Hiszpanom nie pozostało nic innego jak całkowicie opuścić tereny dawnej kolonii, bo przecież "cywilizowanej" Europie nie wypada walczyć z ludnością cywilną. 
Z sytuacji skorzystała natychmiast Mauretania, która zajęła pozostałe tereny dawnej hiszpańskiej kolonii. Jednak w 1979 roku Mauretania wycofała się z okupowanych terenów, głównie ze względu na upór Sahrawi (rdzennych mieszkańców Sahary Zachodniej), którzy zaczęli atakować jedyną w Mauretanii linię kolejową, łączącą główny ośrodek wydobycia rud żelaza -  miasto Zuwirat z portem Nawazibu. Utrata tej linii byłaby dla Mauretanii bardzo bolesnym ciosem, ponieważ jest to jedyna droga transportu rud żelaza.
Po wycofaniu się Mauretanii, nic już nie stało na przeszkodzie aby tereny te zaanektowało Maroko. Frontowi Polisario udało się co prawda odzyskać niewielką część terenów Sahary Zachodniej, ale rdzenna ludność jest coraz bardziej spychana w głąb pustyni, a na marokańskich mapach Sahara Zachodnia jest pokazywana, jako teren należący do Maroka i nazywana Prowincją Południową.
W latach 1980 - 1987 roku Marokańczycy zbudowałi liczący 2700 kilometrów wał z ziemi i piasku i zaminowali przyległy teren, aby uniemożliwić Sahrawi powrót na ojczyste tereny.
Podejmowane w latach 1988 - 2007  roku przez ONZ próby mediacji oraz utworzenie Misji ONZ na rzecz Referendum w Saharze Zachodniej, nie przyniosły żadnych rezultatów do dziś, bowiem Maroko stoi na stanowisku, że wyrazi zgodę na referendum, jeśli będą mogli w nim wziąć udział także marokańscy osadnicy, którzy zajęli te tereny w Zielonym Marszu. I tutaj pojawia się problem, na takie rozwiązanie nie może się zgodzić Front Polisario, ponieważ całkowitą liczbę Sahrawi szacuje się obecnie na około 500.000 z czego ponad 1/3 mieszka w obozach dla uchodźców na terenie Algierii. 
Zresztą udział w referendum niepodległościowym  Marokańczyków oznaczałby oddanie prawa do głosu okupantom.
Problem więc nadal pozostaje nie rozwiązany i taki stan potrwa zapewne jeszcze bardzo, bardzo długo.
Podczas naszego pobytu w Maroku wielokrotnie próbowaliśmy poruszyć ten temat w rozmowach z Marokańczykami. Starsi rozmówcy zazwyczaj zmieniali szybko temat, młodsi natomiast byli szczerze zdziwieni tym, że istnieje jakiś konflikt o Saharą Zachodnią. Dla nich była to po prostu marokańska Prowincja Południowa. 
pozdrawiam Wielbłądkowych Czytaczy
                                                                                    Ola

Obóz Sahrawi w Algierii, okolice Tinduf. Żródło

Umocnienia oddzielające tereny okupowane przez Maroko od pozostałej częsci Sahary Zacgodniej.  Żródło
Źródło


piątek, 18 października 2013

Rozwijam się kulinarnie czyli jak wykorzystuję święta

Z reguły kiedy w tygodniu wracam po 10 godzinach z pracy, to  nie mam ani czasu ani ochoty, żeby sobie coś smakowitego przyrządzić.
Teraz, kiedy trwają święta mogę się oddać moim kuchennym pasjom.
Naszło mnie na steki.
Potrawa prosta, a w restauracjach kosztowna, bo przyzwoity stek z dodatkami zaczyna się od 90-120 SAR.
To jak jest chwilka czasu, to sam się za nie wziąłem.
Doskonałej jakościowo wołowinki jest dostatek (łącznie z „Angusem”) więc można poszaleć.
Ziemniaki też są, ale te lokalne są jakieś przewymiarowane
Kupiłem słownie trzy ziemniaczki – ważyły ponad 1,5 kg. (sic !)
Zrobiłem serek biały z zieleninką, a z lenistwa i pozornej oszczędności zamiast kupić gorgonzolę (ok. 200 SAR za kg.) kupiłem na swoje nieszczęście dressing o smaku „błękitnego sera”.
Było to najgorzej wydane 8,50 SAR, jakie tu przez ten cały czas spożytkowałem.
Ale obiadek wyszedł smakowity- stek tak jak lubię – po 5 min. z każdej strony (Małżonka Ma Aleksandra preferuje 30 sekundowe steki – zawsze się zastanawiam po jaką cholerę je kłaść na patelnię :D)
Posiedziałem sobie troszkę na słoneczku na basenie i cieszę się życiem.
Do pracy dopiero w niedzielę :D


czwartek, 17 października 2013

„No to Frugo” czyli czasy mej młodości (najpierwszej) w Saudi

Często sławię potęgę polskiego biznesu na terenie Arabii Saudyjskiej.
Tak będzie i tym razem.
Podczas kolejnej wizyty w HiperPandzie natknąłem się na produkt wywołujący łezkę w oku.
Jak widzieliście w tytule jest to „Frugo”.
Stoi sobie na półce z soczkami firm zacnych i „markowych”, ale cenę ma przyzwoitą, bo jedyne 1,5 SAR.
Niestety, nie udało mi się przeczytać, jakie są zamieszczone tam opowieści, jak to miało miejsce na butelkach w Polsce bo wszystkie teksty są napisane ”szlaczkami”.
Jakby tego było mało – w ostatni dzień przed świętami jeden z moich saudyjskich kumpli (łasuch pierwszej wody zresztą)  poczęstował mnie wafelkiem … przywiezionym w ilościach hurtowych z Kuwejtu.
Opakowanie jakieś takei znajome, ale nazwa na wafelku nic mi nie mówi
Odwinąłem, spożywam i ..   już wiem
To „Prince Polo” :)
Sprawdziłem – faktycznie produkt krajowy jak najbardziej.

PS. Nie, nie wiem, kto jest obecnie właścicielem marki „Prince Polo” wystarczył mi napis „Made in Poland

środa, 16 października 2013

Sati i inne ciekawostki czyli kolejne opowieści Dinesha

Niewiele się dzieje ciekawego ostatnio, bo wszyscy już o świętach rozmyślają, to jest więcej czasu na słuchanie Dineshowych opowieści o Jego rodzinnej prowincji - Kerali i Indiach.
Tak jak obiecałem Markowi – zapytałem o sati, czyli ceremonię pogrzebową, podczas której po śmierci męża, wdowa dokonywała samospalenia.
Dinesh twierdzi, że udało się ten obyczaj wyplenić i to definitywnie na terytorium całych Indii, choć jeszcze kilkanaście lat temu zdarzały się pojedyńcze przypadki sati. W Kereli skąd pochodzi Dinesh sati zdarzało się sporadycznie.
Obecnie Rząd Indii wziął na „celownik” kolejny obyczaj, który chce zmienić czyli małżeństwa dzieci.
To, że Dinesh też popiera to rozwiązanie lekko mnie zaskoczyło, bo z tego, co mówi wynika, że jest silnie przywiązany do tradycji.
Co do Kerali – jest to obecnie jeden z najbogatszych stanów w Indiach.
A swoje bogactwo zawdzięcza…  Zatoce Arabskiej (czyli „po naszemu” Zatoce Perskiej).
Dlaczego ? Ano dlatego, że już od 1975 roku przyjeżdża do krajów Zatoki mnóstwo obywateli tego stanu.
Praktycznie do zupełnie niedawna ludzie z Kerali stanowili większość Hindusów pracujących w GCC.
Ma to bezpośredni wpływ na zamożność i..…  niestety poziom cen w Kerali.
Praktycznie w każdej rodzinie jest kilka - kilkanaście osób pracujących w Zatoce.
W Arabii Saudyjskiej właściwie cały drobny handel jest opanowany przez Keralian.
Jest nawet jeden baaardzo duży biznes – sieć hipermarketów Lulu.
Stanowi on poważną konkurencję dla Pandy i Danube na rynku Arabii Saudyjskiej.
Jest też ulubionym sklepem wszystkich Hindusów, ze względu na typ towarów, obsługę w językach lokalnych i..…   mniejsze zaangażowanie Mutawy (w porównaniu z innym centrami handlowymi)
W Lulu Hindusi czują się trochę jak u siebie.
Tam są również agencje zajmujące się transportem do i z Indii, kantory wymiany walut całego Dekanu, oraz mnóstwo innych, bardzo istotnych z ich punktu widzenia usług.

Z tych opowieści nasunęła mi się pewna analogia - tak przecież polscy górale jeździli do Stanów.
Też miało to wpływ na poziom życia w Tatrach.

I na konic ciekawostka - w Kerali uprawia się ponad .... 500 odmian ryżu, ja potrafiłem wymienić tylko kilka :(

Sieci rybackie w Kerali

Łódź mieszkalna w Kerali

wtorek, 15 października 2013

Nietypowe promocje

Wybrałem się dziś po południu na zakupy.
Okazało się, że za wcześnie, bo piekarnię otwierają dopiero od pierwszej
To łażę po centrum handlowym i widzę plakaty kolejnej akcji społecznej czyli „Różową wstążeczkę”
W centrum handlowym na plakatach – pani z córką ubrane tradycyjnie w abaje, ale..... różowe
Chusty też różowe.
Na zewnątrz – plakat promujący akcję  z…  Gubernatorem Prowincji.
Panie już w klasycznym stroju (czarna abaja, bez żadnego różu i nawet bez wpiętej wstążeczki), ale zawsze powagą urzędu akcja została wsparta.
Teraz wieczorem zobaczyłem coś, co w Polsce w weekend jest normą.
Tutaj widziałem to po raz pierwszy.
Były to...… promotorki w sklepie.
Oferowały paniom....  nowe podpaski na noc.

Z ciekawostek:
- w październiku 2010 roku Saudyjki ustanowiły rekord Guinessa, kiedy to ustawiły się tworząc na stadionie w Jeddah największą do tej pory żywą różową wstążkę .
W jej tworzeniu wzięło udział ponad 5000 Kobiet

Źródło - Arab News

poniedziałek, 14 października 2013

Lekarze to jest to czyli „Panie ja się znam na swojej robocie”

Od kilku dni mój kolega Saudi chodzi pokręcony, bo Go boli bark i ramię.
Właściwie ma zapalenie mięśnia, które znam z autopsji – wszystkie objawy włącznie z takim nieprzyjemnym mrowieniem palców.
Proszę typa, żeby poszedł do lekarza, bo lepiej to się samo nie zrobi.
Niech zapisze mu medyk jakąś maść i za kilka dni będzie ”halas”.
To poszedł biedak do doktora, ale dziś przyszedł do mnie z reklamacją :-0
Bo mu lekarz… rentgena zrobił i stwierdził, że nic Mu nie jest, tylko sobie nerw (?) nadwyrężył (???)
To się grzecznie pytam Kolegi, co to za innowacje w medycynie i od kiedy to się robi rentgen mięśni, bo to dla mnie pewna nowość.
Kolega na to odpowiada, że też się o to zapytał lekarza, a ten go op.....ł,  jak św. Michał diabła, że co on sobie myśli i że,  "to ja jestem Pan Doktor i się znam"
OK, przyjąłem info na klatę.
Pogadałem z Dineshem, gdzie tu jakiegoś „ayurveda-doctor” znaleźć.
Dinesh oczywiście takowego znał, wiedział gdzie, więc pojechaliśmy, żeby biednego chłopa ratować.
Sklepik malutki, ale było to co trzeba.
Specjalny oleje do masażu z Kerali, która właśnie z wyrobów na tego typu schorzenia słynie.
Mam nadzieję, że biedakowi pomoże tak jak mnie w podobnych przypadkach i po świętach będzie jak nowy :)
Sam wielokrotnie używałem produktów laknańskiej firmy Siddhalepa i uważam, że w wielu wypadkach medycyna tzw. "Zachodu" do pięt im nie dorasta

niedziela, 13 października 2013

Polskie firmy za granicą czyli które z polskich brendów można tu spotkać

Podczas wielu podróży spotykaliśmy różne polskie towary w najdziwniejszych miejscach.
Na Kubie – do tej pory poruszają się poczciwe ”kaszlaki” i Polonezy.
Właściwie w większości krajów można znaleźć jakieś produkty spożywcze z napisem ”Made in Poland”
W Al-Khobar, w "HiperPandzie” oprócz kawy rozpuszczalnej, o której już pisałem, wszystkie dostępne produkty „Nestle” są wyprodukowane w Polsce
W Arabii Saudyjskiej spotkałem dotychczas dwie firmy, które mają tutaj własne sklepy firmowe.
Jedną z nich jest producent farb Dulux. Co ciekawe, ich sklepy firmowe widzieliśmy również na Sri Lance i to nie tylko w Colombo, ale i w mniejszych miejscowościach.
Tutaj jednak z ich logotypu i reklam zniknął sympatyczny, ”futrzaty" psiak, co jest jak najbardziej zrozumiałe i dobrze też świadczy  o ludziach z marketingu :)
Drugą firmą jest Inglot.
Sklepy Inglota w Arabii Saudyjskiej po prostu powalają.
Po pierwsze jeden z nich jest zlokalizowany w Dharamm Mallu, po drugie jest większy od wszystkich innych sklepów z kosmetykami z Sephorą włącznie.
Drugi w Al-Khobar salon firmowy Inglota mieści się w Al Rashid Mallu. Pozostałe są w Jeddah i Riyadzie.
I powiem Wam, że sprawia mi ogromną przyjemność, kiedy widzę tego typu przedsięwzięcia w krajach wydawałoby się absolutnie z naszego punktu widzenia  egzotycznych.

Matanzas, Kuba
Red See Mall, Jeddah, Arabia Saudyjska.  Żródło

sobota, 12 października 2013

Nieważne kogo znasz - ważne kto zna Ciebie czyli jak niemożliwe stało się możliwe

Jest w piosence  „Zuza” Lecha Janerki taki fragment:
".....Zuzanna zna papieża
A papież Zuzy nie - bo skąd
I w tym jest cała bieda
I niepotrzebny swąd....."
Przekonałem się, że faktycznie lepiej jak ktoś zna Ciebie, niż -  tak jak Zuza - Ty znasz kogoś
Jak wiecie – lubię nurkować.
Tym bardziej łakome są dla mnie logi z Arabii Saudyjskiej, kraju o którym niewiele osób będzie mogło powiedzieć, że tutaj było, a jeszcze mniej o tym, że tutaj nurkowało  (wiem, wiem – jestem snobem) :D
Ale pierwsze spotkanie z lokalnym „folklorem nurkowym",  który Wam tutaj opisałem nie nastroiło mnie najlepiej do kontynuacji przygody z tymi ludźmi.
Zacząłem szukać alternatywnych rozwiązań i trafiłem na stronę DDA czyli Dhahran Dive Association.
Sami Europejczycy i Amerykanie, bardzo doświadczona kadra, no cud, miód i orzeszki...
To wysłałem maila, co by mnie przyjęli do swego szacownego grona.
A tu, panie, cisza jak makiem zasiał :(
To się poskarżyłem Rysiowi, jak mnie paskudnie potraktowali.
Rysio, jak to Rysio – wziął się ostro do roboty i wysłał mi namiary na Ważną Osobę w tej organizacji czyli Marka (którego ja dla odmiany nie znam).
Napisałem  do Marka bardzo grzecznego maila, że ja to bym chciał z nimi nurkować i w ogóle.
Marek, po powrocie z wakacji wydał polecenie napisania odpowiedzi do mnie sekretarzowi DDA.
No i przyszła odpowiedź „  …Czy jesteś pracownikiem z Gradem 11+ ? Bo,  jak nie to sorry, ale spadaj
To piszę znowu do Rysia, że kicha i się nie da.
To już rozzłościło mojego serdecznego kumpla, że jak to nie da się  ???
Rysio zadzwonił kolejny raz do Marka.
Po tym telefonie już się dało :)
Ale już za dwa tygodnie nurkuję z Nimi w Jubail :)
Jeszcze raz – dzięki Rysiu 

piątek, 11 października 2013

Karuzela z Iqamami czyli jak zwykle nic nie może być normalnie

W firmie w której pracuję, za sprawy związane z dokumentami  odpowiada grupa ludzi, która potrafiłaby spieprzyć dosłownie wszystko.
Nie potrafię wymienić  jakiegokolwiek zadania, z pozoru nawet najprostszego, które nie kończy się sławetną sentencją "problem".
Słowa „problem, big problem” pojawiają się jednak dopiero w momencie, kiedy przychodzisz w umówionym terminie po odbiór płodów ich pracy.
Bo wcześniej jest ”Ok, ok,  no  problem
Ale na szczyty niekompetencji wspięli się przy obecnej sytuacji związanej z „ogólnonarodowym programem wymiany Iqamy”.
Cóż uczynili firmowi „sprawni intelektualnie inaczej” ?
Otóż przegapili moment, w którym kończą się Iqamy ludzi już pracujących.
Efekty są różnorakie:
Po pierwsze – już pierwszego dnia po wygaśnięciu dokumentów firma płaci karę – po 500 SAR od każdego pracownika.
Ale to nie mój problem, tylko mojego Prezesa.
Kłopoty dla mnie zaczynają się w momencie, kiedy część z moich chłopaków chce wypłacić pieniądze z banku i nie może bo…  Iqama jest nieważna.
Podobnie wygląda kwestia wysłania „żywej gotówki” do domu.
W najtrudniejszej sytuacji znaleźli się mój kolega z RPA i Dinesh.
Kolega z RPA chciał pojechać na święta do domu (jest muzułmaninem i dlatego te święta tak bardzo są dla niego ważne).
Poinformował firmowych „geniuszy" o tym fakcie 3 tygodnie temu.
OK,OK, no problem”  usłyszał i jak kto „gupi” zarezerwował sobie bilet do Kapsztadu
Bilet miał na wczoraj.
Jest to jego, tak jak i moja, pierwsza Iqama i bez niej nie jest w stanie wjechać z powrotem do  Arabii Saudyjskiej, bo dopiero po wyrobieniu dokumentów można wyrobić wizę wielokrotnego przekroczenia granicy. Przy wizie pracowniczej masz tylko wizę wjazdową.
Do przedwczoraj Iqamy nie miał, bo podobno były kłopoty z ubezpieczeniem.
Wczoraj się okazało, że ubezpieczenie jest zapłacone (nawet 2 razy) tylko ci "geniusze"…  zgubili gdzieś jego dokumentację medyczną.
To, jak się później okazało, było nieprawdą.
Po prostu nikt jej nie odebrał ze szpitala.
Jatka, jaka miała dziś miejsce przekroczyła to, co dzieje się zwykle przy ich „spektakularnych osiągnięciach
Ale po trzęsieniu ziemi uruchomił Boss jakieś swoje kontakty i udało się załatwić i Iqamę i wizę w ciągu dosłownie kilku godzin.
To jednak nie koniec.
Iqamy Dinesha nie załatwili do dzisiaj. Z tego powodu Dinesh nie może odebrać wypłaty z banku.
HR Manager obiecał mu pożyczkę i kazał przyjść dzisiaj.
Ale dzisiaj managera HR już nie było bo…..     pojechał do domu na święta.
Wesołych świąt …………………….(w miejsce kropek, niech każdy wpisze co uważa za stosowne)
W niedzielę też nic nie załatwią, a od poniedziałku do następnej niedzieli są święta.
Dinesh ma bilet na 26 października.
Nie ma wypłaty, nie może zapłacić raty za dom i wysłać pieniędzy rodzinie. Ja mu nie mogę pomóc, bo koszt transferu Western Union jest kilkunastokrotnie wyższy, niż wysyłka pieniędzy przez  firmę specjalizującą się w transferach do Indii, Pakistanu, na Sri Lankę i na Filipiny.
Tam przekaz kosztuje 16 SAR,  w Western Union  - wolę nawet nie pytać.
Owszem, pożyczę mu pieniądze na życie, ale to nie rozwiązuje Jego wszystkich problemów.


czwartek, 10 października 2013

Post mało saudyjski czyli o Dineshu słów kilka

Wiele razy na łamach tego bloga przewijało się imię jednego z moich podwładnych czyli Dinesha.
Sporo razem pracujemy. Kiedy jedziemy na którąś z budów, czas w samochodzie umilamy sobie rozmową,  ja przy okazji pogłębiam swoją wiedzę na temat Indii, a Dinesh dowiaduje się ode mnie co nieco o Polsce. I tak od słowa do słowa dowiedziałem się, kto z "moich" ludzi  z jakiej kasty pochodzi.
Dinesh pochodzi z warny (klasy społecznej) kszatrijów,  co w sanskrycie oznacza wojownika lub władcę czyli taki nasz odpowiednik dawnego rycerstwa i szlachty, a w czasach współczesnych elit politycznych i wojskowych.  
Warna kszatrijów stanowi drugą (po braminach), najwyższą warnę w Indiach. 
Przynależność do warstwy społecznej to jednak nie wszystko - każda z nich dzieli się na wiele kast i podkast i to właśnie podkasty zwane dźati (z sanskrytu "urodzenie"), determinują pozycję społeczną człowieka, ale nie ma ona nic wspólnego z sytuacją materialną.
Kolorem warny kszatrijów jest czerwień, a kamieniem ją symbolizującym najczęściej rubin.
Po tłumaczeniach Dinesha chyba nareszcie zrozumiałem, dlaczego nigdy nie chciał mi zwrócić uwagi, nawet jeśli gdzieś popełniałem błąd, co nie raz miało miejsce zwłaszcza na początku mojego pobytu w Arabii Saudyjskiej.
Otóż według Jego słów kszatrijowie, mają za zadanie ochraniać i wspierać, ale ... nie przyjmują nigdy roli mentorów. Niezręcznością więc byłoby ze strony Dinesha poprawianie mnie, jako swojego przełożonego.
Jednak to prawda, że całe życie człowiek się uczy :)

Armia indyjska. Żródło Shutterstock


Regiment Piechoty Sikhijskiej



środa, 9 października 2013

Bez bratniej pomocy ani rusz czyli w końcu zobaczycie tutejszy fotoradar

Wielokrotnie opisywałem Wam fotoradary w „atrapach” samochodów, ale sam jestem wzrokowcem i bez fotki nijak bym sobie nie był w stanie wyobrazić, jak takie „cudo” wygląda.
Dodatkowym utrudnieniem jest to, że Toyota Fortuner nie występuje na rynku europejskim.
A kilka dni temu doświadczyłem po raz kolejny że coś, czego jestem niemalże pewien nie wygląda tak, jakim jest w rzeczywistości.
No bo trudno jest uwierzyć, że „coś” co przeważnie ma podniesioną maskę, całą tylną szybę wypełnioną „aparaturą pomiarową”, pozostałe szyby wykonane z „ledwo przeźroczystego" pleksiglasu, z mocno zdekompletowanymi lusterkami, jest czymś więcej niż tylko atrapą nadającą się do transportu jedynie na lawecie.
Ale po raz kolejny nie doceniłem Saudyjczyków.
Wracam z Al-Hasa i klasyka gatunku - wszyscy zwalniają i mrugają „awariami”
Czyli ani chybi - albo „dzwon” albo fotoradar.
Ale gdzie jest to cholerstwo?
Tu mnie wbiło w glebę.
Ano…  samodzielnie się porusza po poboczu, a kierowca ma wystawioną głowę poza samochód, bo przez „szybę” to g.....  widać.
Ale jak to opisać po raz kolejny nie mając foty???
To nie pisałem, licząc na cud.
I cud się ziścił.
Odbieram pocztę, a tam mail od Marka  – „…mam dla Ciebie fotkę tego fotoradaru na kółkach, może Ci się przyda….
Także dzięki Markowi możecie w końcu zobaczyć ten przejaw geniuszu lokalnych odpowiedników „Vincenta”
Marek – wielkie dzięki :)



wtorek, 8 października 2013

Wizy, Iqamy i ubezpieczenia czyli co jest tu inaczej niż w Polsce

Czym jest wiza pracownicza wbijana na trzy miesiące?
Otóż, nie jest tym czym się mnie,  a i pewnie Wam wydaje.
Po pierwsze – nie jest na trzy miesiące tylko…   na rok.
Dlaczego jest wstemplowana jako 3 miesięczna ?
Ano dlatego, że firma ma ten właśnie okres czasu na przygotowanie dla pracownika Iqamy .
Jest to okres próbny po prostu. Po tym czasie firma musi wyrobić pracownikowi dokument tożsamości, zapewnić ubezpieczenie zdrowotne itd.
A co się stanie, jeśli firma tego nie zrobi lub nie podziękuje za współpracę po tych 3 miesiącach ?
Zapłaci karę.
Kolejny kwiatek – ubezpieczenie OC samochodu.
Moi genialni Koledzy odkryli, że ubezpieczenia wszystkich firmowych pojazdów skończyły się 30 września.
Odkryli ten fakt oczywiście....  29 września
No to kicha – pomyślałem i zacząłem się zastanawiać jak się dostać do pracy, z pracy i na zakupy do momentu kiedy ci „geniusze” nie załatwią wszelkich formalności, bo wiadomo, że bez OC się nie jeździ.
Otóż – jeździ się i nikt tego nie sprawdza.
Ale przy „stłuczce”  - jeśli ja jestem winny to płacę tylko mandat za spowodowanie kolizji lub wypadku. Za straty odpowiada firma, do której należy pojazd.
Ja nie mam na to wpływu czy firma ubezpieczyła pojazd czy nie, więc ukarany nie będę.
W Polsce przy zwyczajnej kontroli drogowej oberwałbym i  ja i firma, a zarobiło Państwo i laweciarz, bo przecież samochodem bez ważnego OC podróżować nie można.
Ba - wg obecnych przepisów, to bez ważnego OC nie można pojazdu nawet we własnym garażu trzymać :D

poniedziałek, 7 października 2013

„Pogromca mitów" czyli czego się dziś dowiedziałem

Lubię ostatnimi czasy wyszukiwać różne ciekawe informacje na temat Arabii Saudyjskiej i po weryfikacji przekazywać je Wam.
Po kolesiu, który był  za przystojny i przez to nie został wpuszczony na teren Królestwa natknąłem się na informację o kolejnej osobie, którą taka przykrość spotkała.
Według informacji, na jakie natrafiłem sytuacja była dużo poważniejsza, bo chodziło o pakistańskiego dyplomatę.
Czym podpadł ów dyplomata?
Ano....  imieniem i nazwiskiem :D
Gość nazywa się  Mian Gul Akbar Zeb  a  "Akbar Zeb" po arabsku znaczy…   Wielki Ch.....j
Jak już po przeczytaniu tej informacji przestałem się tarzać ze śmiechu uznałem, że jest to  klasyczny internetowy fake.
Ale nie dawało mi to spokoju i dziś jakby nigdy nic, zapytałem moich kumpli, którzy wrzucają mi różne słówka po arabsku, cóż też znaczy "Akbar Zeb".
Po ich minach uznałem, że to jednak nie fake, bo od razu zaczęli się dopytywać, który dowcipniś  mnie tego nauczył.
To tłumaczę, że znalazłem, że pakistański dyplomata, bla, bla bla.
Niemożliwe, bo powiedziałeś to z właściwym akcentem” - stwierdzili moi Koledzy
Szkoda, że nauka innych arabskich słów nie idzie mi tak wspaniale, jak wyrafinowane bluzgi.
Na pocieszenie Koledzy powiedzieli mi, że wymawiane po angielsku moje imię czyli  „Paul” po arabsku znaczy „szczać”
To już nie było śmieszne :(

Źródło

niedziela, 6 października 2013

Blogowskaz po raz drugi

Jak wiecie, jakiś czas temu zamieściliśmy dwa z naszych blogów na portalu Blogowskaz.org 
Trafiliśmy tam dzięki Ani, która prowadzi bloga Misiowe Podróżowanie
Dodanie bloga jest bardzo proste, intuicyjne i co najważniejsze nie trwa tydzień. Nasze blogi pojawiły się już po kilku godzinach. 
Muszę także pochwalić  Administratorów serwisu za miłą profesjonalną współpracę
Po obejrzeniu Blogowskazu, zasugerowałam Administratorom dodanie nowej kategorii. To co mnie zaskoczyło, to fakt, że pojawiła się ona niemal natychmiast.
Blogowskaz jest stosunkowo "młodym" portalem, dlatego uważam, że warto o nim wspomnieć szerszemu gronu blogerów.
Myślę, że część z naszych Czytaczy, będzie zainteresowana dodaniem do Blogowskazu swoich blogów, bo dzięki temu ma szansę dotrzeć do większego grona odbiorców.
Nam z kolei ogromną radość sprawi, obecność w tak doborowym towarzystwie jak Wasze
Link do portalu  Blogowskaz.org
pozdrawiam
Ola
ps. Będzie mi bardzo miło, jeśli zechcecie napisać na którym blogu dowiedzieliście się o Blogowskazie :)


"Dżemik z marmuru” czyli połączenie tow. Stachanowa ze swojskim Mateuszem Birkutem

Stany Zjednoczone musiała ogarnąć „Wajdomania” i po obejrzeniu „Człowieka z nadziei” sięgnęli po wcześniejsze filmy „trylogii”.
Jaki mam na to dowód ?  Jest to kupiony w "Danube"....   dżemik – stachanowiec
Jak zwykły, pospolity dżem truskawkowy zostaje stachanowcem....  ?
W bardzo prosty sposób – wystarczy, że ma w składzie ponad 100% składników.
A może to jednak nie Wajda, a Stanisław Bareja i „Poszukiwany, poszukiwana” ?
Tam przecież badano zawartość „cukru w cukrze
Jedno wiem na pewno – to muszą wyjaśnić albo uczeni radzieccy, albo amerykańscy naukowcy.
Komentarzem powinien opatrzyć (oczywiście po przeprowadzeniu dziennikarskiego śledztwa) mój ulubiony polsko – amerykański dziennikarz Mariusz Max Kolonko , którego styl narracji i akcent po prostu uwielbiam.

Poniżej skład owego kultowego dżemiku firmy „Smucker” z Orville w stanie Ohio.
Ingrediences 
                        53% glucose syrups,  
                        51% strawberries, sugar, fuit pectin, citric aicid

PS. Max, jeżeli to przeczytasz - proszę odezwij się i „Powiedz, jak jest

Zdjęcie ze strony producenta

sobota, 5 października 2013

A jednak działa

Jakiś czas temu dyskutowaliśmy o skuteczności akcji społecznych przeciwdziałających przemocy domowej w Arabii Saudyjskiej - link do posta
Zastanawialiśmy się, czy to pomoże, ze względu na specyficzną strukturę społeczną w Arabii Saudyjskiej oraz generalną niechęć do ingerowania  w „sprawy rodzinne”.
Niedawno znalazłem artykuł (tutaj link), który daje częściową odpowiedź na to, czy coś się zmienia czy nie.
Widać, że w prowincji zarządzanej przez His Royal Highness Prince Saud Bin Naif nowe prawo jest egzekwowane.
Jego Wysokość jest bardzo ciekawą postacią dworu Saudów.
Studiował w USA, był Ambasadorem Arabii Saudyjskiej w Hiszpanii, gdzie zorganizował (na polecenie Jego Wysokości Króla Abdullaha) konferencję pomiędzy… rabinami a duchownymi wahabickimi.
Zaangażowany jest też w działalność Arab Thought Foundation, której celem jest poprawa relacji i lepsze zrozumienie pomiędzy Arabami a „Westernami”
Dlatego wydaje mi się, że przynajmniej w tej właśnie prowincji obijanie żon i innych kobiet będzie karane właśnie w taki sposób jak w Al Qateef.
A i „szybkoręcy" dwa razy się zastanowią, bo to obitego po wyroku  jestestwa dochodzi także wstyd i społeczna dezaprobata.

Chyba jedno z najbardziej znanych zdjęć  Steve  McCurry - zrobione w 1984 roku w obozie dla uchodźców. Nie mniej przejmująca jest historia bohaterki tej fotografii, która jako niespełna 12-latka po śmierci rodziców, którzy zginęli w radzieckim nalocie przez dwa tygodnie przedzierała się wraz z babcią i rodzeństwem przez góry.

piątek, 4 października 2013

Moja Żona czyta blogi....

Gadzina jak świat światem, zawsze spędzała sporo czasu przy komputerze.
Jednak odkąd zacząłem pisać bloga, Gadzina zaczęła blogi czytać. I nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że wyczytane na blogach formuły na zdrowe odżywianie, poprawę kondycji, utrzymanie prawidłowej masy ciała itp. zaczyna wypróbowywać na mnie.
Na szczęście robi to na razie na odległość, ale zaczynam się obawiać co będzie po Jej przyjeździe.
Z ostatnio wyczytanych na blogach rewelacji dowiedziałem się, że
- mam na pewno za mało witaminy D3, bo najlepiej się czuje w ciepłych krajach i w związku z czym natychmiast powinienem zaopatrzyć się w preparaty zawierające wspomnianą witaminę. Nie trafia do Gadziny argument, że słońca mam tu pod dostatkiem. Jej zdaniem powinienem, mimo wszystko uzupełniać to suplementami i czym prędzej gnać do apteki
- źle się odżywiam, bo jadam tylko trzy, czasami cztery posiłki dziennie, a powinienem pięć - sześć, ale małych. To ja się grzecznie pytam ..... kiedy ???
I słyszę odkrywczą odpowiedź, że "między tymi trzema"
Tych wyczytanych na blogach rewelacji, którymi Małżonka Ma Aleksandra stara się mnie uszczęśliwić jest znacznie więcej.
Tylko, że mnie jest dobrze z tym, że jadam trzy razy dziennie i nie faszeruję się żadnymi tabletkami, choćby jak najbardziej wskazanymi dla mojego organizmu :P
Wolałbym się napić piwa, które również zawiera mnóstwo życiodajnych pierwiastków

Zwycięzcy daktylowego rozdania

Wybór dokonany :)
Iwonka (klik na Jej blog) szukała jakiejś racjonalnej metody wyłonienia Zwycięzcy daktylowej rozdawajki.
Dodała więc aktualną liczbę fanów na Facebooku i naszych Obserwatorów co dało wynik 310.
Następnie podzieliła wynik przez ilość osób, które wzięły udział w rozdaniu i otrzymała liczbę 5,34 co w zaokrągleniu daje 5
ostatecznie wygrywa nr 5 - Ania K. z Wrześni
Postanowiliśmy, jednak przyznać dwie nagrody - niespodzianki - otrzymują je
Anita „Liona” M. z Łodzi z bloga Moje Pasje 
 i 
 Dominika M. z Rumii z bloga Czerwona Filiżanka
Anitę i Dominikę prosimy o zamieszczenie recenzji nagród - niespodzianek na ich blogach

Wszystkich Zwycięzców prosimy o kontakt, a wszystkim serdecznie dziękujemy za udział w zabawie i zapraszamy na kolejne :)

czwartek, 3 października 2013

Leki - różnice w cenach pomiędzy importem z Europy do Arabii Saudyjskiej a cenami bez ceł w Unii Europejskiej

Od dwóch tygodni zmagam się upierdliwym przeziębieniem, które załapałem od niezawodnego (również w zarażaniu mnie wszelkimi paskudztwami) Dinesh'a.
W końcu poszedłem do apteki po raz drugi (za pierwszym razem kupiłem tylko witaminę C i jakieś przeciwbólowe tabletki musujące)  i nabyłem za radą Pan Farmaceuty antybiotyk „Zithrmax”.
Jest to 6 kapsułek do zażywania po dwie przez trzy dni.
Poczułem się lepiej, ale nada męczy mnie kaszel.
To dziś kupiłem sobie „Mucinex” w tabletkach na kaszel właśnie.
Dlaczego Wam o tym piszę?
Nie dlatego, żeby się pożalić jaki jestem biedny i chory.
Piszę dlatego, że jak już wiecie na produkty z importu, szczególnie na produkty z Europy są w Arabii Saudyjskiej bardzo wysokie cła, a wewnątrz Unii Europejskiej ich nie ma.
OK, to może ktoś wyjaśni mi jedną kwestię.
Antybiotyk importowany z Włoch kosztuje tutaj poniżej 80 PLN, a w Polsce rekomendowana cena waha się pomiędzy 150 a 180 PLN.
Tabletki na kaszel "Mucinex" są importowane z Wielkiej Brytanii.
W Arabii Saudyjskiej kosztują ok. 25 PLN za 20 tabletek. W Polsce nie występują, ale sprowadzane z Wysp kosztują 217 PLN za 48 szt.
Czyli powiedzmy, że tutaj będzie ta sama ilość kosztować  ok. 65 PLN.
Moim zdaniem ktoś tu sobie zdrowo w kulki pogrywa.
No bo z tego co wiem, jeszcze nie doszliśmy do poziomu życia w Arabii Saudyjskiej, a leki w Polsce są kilkukrotnie droższe, mimo przynależności do Unii Europejskiej i rzekomo wspólnego rynku.
To w jaki magiczny sposób leki przesłane do Azji z wysokim cłem są dużo tańsze niż bezcłowe przesyłane wewnątrz Unii?
Ma ktoś jakiś pomysł ?

środa, 2 października 2013

Katarskie dochodzenie „Guardiana” czyli nie wierzę w czystość intencji

Zachęcony lekturą opublikowanego przez "The Guardian" artykułu "Qatar under pressure over migrant labour abuse" (tutaj link) zacząłem się zastanawiać nad sytuacją pracowników, szczególnie z biednych krajów azjatyckich, w regionie GCC.
Coś musiało być na rzeczy, skoro w Arabii Saudyjskiej przeprowadzono gigantyczną reformę prawa pracy, o której pisał zarówno Marek jak i ja wcześniej (link do posta)
Aktualnie trwa akcja wymiany… 5 milonów (sic!) Iqam w Arabii Saudyjskiej.
Warunkiem wydania Iqamy jest między innymi wykazanie przez firmę faktu wykupienia ubezpieczenia zdrowotnego dla pracownika.
Nie ma ubezpieczenia - to nie ma Iqamy. (co to jest Iqama dowiesz się tutaj)
Wniosek z tego, że problem jednak jakiś był także w KSA (Kingdom of Saudi Arabia).
Jest tylko jedno „ale" w tej sytuacji.
Co ma wspólnego aktualna sytuacja pracowników z biednych krajów azjatyckich z budową czegokolwiek na okoliczność Mundialu w Katarze  za…. 9 lat ???
Czy ktoś z Was wierzy, a szczególnie Ci, którzy mieszkają lub mieszkali w Zatoce, że Katarczycy choć palcem ruszyli w bucie przy budowie czegokolwiek, co ma być gotowe za 9 lat ???
Metro w Rijadzie (stolica Arabii Saudyjskiej) ma być oddane do użytku za dwa lata, a na razie to się konsorcja tworzą i jak pierwszą łopatę wbiją pod koniec pierwszego kwartału 2014 to będzie to sukces na niespotykaną skalę.
Prawdą jest, że robotnicy mogą być w Katarze źle traktowani, nie słyszałem, żeby Jego Wysokość Emir Kataru podjął takie działania, jak Jego Wysokość  Abd Allah ibn Abd al-Aziz Al Su’ud  u siebie czyli w Arabii Saudyjskiej.
Ale „troskliwość” „Guardiana"  zalatuje mi fałszem.
Bo gdyby opisali sytuację nie mieszając do tego Mundialu byłoby OK.
Ale próba wsparcia konkurentów Kataru w organizacji tej imprezy i wykorzystywanie przy tym sytuacji pracowników najemnych w tym państwie,  przy jednoczesnym stosowaniu presji na FIFA aby przenieść rozgrywki gdzie indziej śmierdzi mi lobbingiem.
I moim zdaniem - jest podobnym sq..syństwem, jak traktowanie tych ludzi instrumentalnie przez firmy w Katarze.
Pracownicy budowlani odpoczywają podczas przerwy obiadowej w Doha. Źródło zdjęcia.

wtorek, 1 października 2013

„Rolex trzeciej kategorii” czyli podejście do produktów markowych

Skończyły mi się wszelkiego typu wody toaletowe, których używa się tutaj w kolosalnych ilościach ze względu na temperatury i częstotliwość kąpieli.
Pojechaliśmy więc z Hossamem na khobarski souq, na którym jest zdecydowanie taniej niż w mallach, co jest zrozumiałe samo przez się.
Udało nam się po wizytach w kilkunastu sklepach dokonać transakcji dość korzystnej – znowu mam zapas na kilka miesięcy ;)
Ale Hossam zapragnął jeszcze kupić zegarek.
Souq tutejszy, jak już kiedyś pisałem, wygląda mocno inaczej, niż to, co pod tym pojęciem nam się zazwyczaj wizualizuje.
Tu nie ma straganów, przekrzykujących się sprzedawców warzyw, owoców, wschodnich pachnideł, złota i innych wyrobów, jakie tylko możecie sobie wymarzyć.
Tutaj są to po prostu „ulice tematyczne” z klimatyzowanymi sklepami.
To po zakończeniu zakupów na „Ulicy Perfumowej" pomknęliśmy na „Ulicę Zegarkową
Gust niestety mamy różny, bo Hossamowi podobają się raczej takie przedmioty jak srokom :)
Muszą być duże, błyszczące i aż się skrzyć od „diamentów” czy innych cyrkonii i kryształów.
I tak chodzimy od sklepiku do sklepiku, aż dochodzimy do małej budki (takiej jak u nas sprzedają lody czy pamiątki typu „wszystko po 5 złotych”)
A sprzedawca oferuje nam ….  Rolexa, a właściwie dużo modeli Rolexa :D
Patrzę na gościa jak na wariata i mu mówię, że za takie „Rolexy” to w Europie można iść do więzienia i to na dłużej.
To z kolei On patrzy na mnie jak na ostatniego idiotę i stwierdza:
- No przecież to nie jest szwajcarski Rolex, to o co chodzi ?
no właśnie o to, że nie jest szwajcarski - odpowiadam grzecznie.
Teraz to już obaj - i Hossamem i Pan Sprzedawca - patrzą na mnie jakbym się z choinki urwał.
- to jest „Rolex” trzeciej kategorii, bo jest produkowany gdzieś tam w Indiach - mówi Sprzedawca
- To jaki jest „drugiej kategorii ?” –  grzecznie pytam.
- Ano taki, co jest produkowany z „oryginalnych części” w Chinach -  Sprzedawca na to
To mnie powaliło na kolana.
Odchodzimy, a Hossam mnie pyta, dlaczego gościa straszę, przecież jeszcze się nie zaczęliśmy targować, bo gość ceny nie podał.
Ręce mi opadły.
Tłumaczę Hossamowi jak chłop krowie na rowie, że ja gościa nie straszyłem, tylko prawdę mówiłem.
Ale jak to ? Tak zamknąć do więzienia ? Za co ? No przecież to widać, że to Rolex trzeciej kategorii” - stwierdza Hossam.
Próbuję tak tłumaczyć, próbuję inaczej, ale do Hossama to nie trafia.
W końcu mnie oświeciło i mówię:
Hossam, a jak Ty pójdziesz do sklepu i będziesz chciał zapłacić amerykańskimi dolarami "trzeciej kategorii" to co Ci zrobią ?
Hossam się zamyślił, ale po dłuższej chwili stwierdził, że to nie to samo i zmienił temat, bo doszedł do wniosku, że z wariatem ciężko się dyskutuje :)

Souq Al-Badu (Jeddah) 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...