niedziela, 31 marca 2013

Ruch drogowy część kolejna czyli jak zostałem idolem firmowych kierowców.

Nasi firmowi kierowcy, (jak zresztą pewnie większość kierowców zawodowych) lekko z góry patrzą na wszystkich innych użytkowników dróg, szczególnie na kolegów z „fabryki
Ale nie na wszystkich………..od dziś  ;-)
Podobno (wiem to z relacji Asifa, więc co do wiarygodności przekazu mogą być pewne wątpliwości) któryś z kierowców zobaczył mnie w ostatni weekend na drodze i próbował dogonić na trasie z Damamm do Al.-Khobar. ale ………..  nie dał rady ;)
Nie to, że ciąłem jak wściekły, ale posuwałem się w niezłym tempie ze względu na mą wrodzoną umiejętność przewidywania nieprzewidywalnego :)
To znaczy -  wróżyłem z fusów od kawy rozpuszczalnej co zrobią inni użytkownicy drogi.
Przewidywania były w większości słuszne, więc udawało mi się uzyskać średnią 120 km/h.
Cóż, jestem rodakiem Roberta Kubicy, a to zobowiązuje :D

ps. Ola dodała przepis na kurczaka z cukinią i suszonymi pomidorami 



dla porównania - dzis o 17 w Warszawie (zdjęcie Oli)

Godzina 20:15 w Warszawie - zdjęcie Ola

sobota, 30 marca 2013

Kabsa & kunafa czy obiad w stylu GCC

Pisałem wcześniej, że nie ma kuchni saudyjskiej ???
I…      to prawda jest, bo są to dania kuchni Zatokowej (uff, wybrnąłem :D)
Hossam wyciągnął mnie na obiad, a że do wypłaty trochę czasu i żaden z nas już groszem nie śmierdzi pojechaliśmy do knajpki na ostatniej ulicy przed mostem do Bahrajnu, gdzie podają zatokowe żarełko.
Tutaj, podobnie jak w Polsce, jeśli szukacie dobrego jedzenia „przy trasie" należy  zwracać uwagę na ilość parkujących samochodów.
U nas –TIR-ów tutaj – jakichkolwiek :)
Wchodzimy, a tam tłum się  przy barze kłębi, bo ludzkość jedzenie na wynos kupuje.
Wchodzimy do części „stacjonarnej” a tam trzy wydzielone boksy, w boksach elegancki dywanik, poduszeczki, ale …….. stołu ani krzeseł niet  :)
Konsumpcja odbywa się w stylu  antycznego Rzymu – czyli w pozycji leżącej.
Tyle tylko, że bez szezlongów,  ale kulturalnie na dywanie.
Kabsa to jak się zapewne w życiu nie domyślicie………. Ryż z kurczakiem !
A kunaffa to ciasto albo deser – czort znajet, ale smakowite bardzo
Jak dostanę przepis, to Ola dołączy go do naszego bloga Kulinaria - potrawy z różnych stron świata

ps. Gorąca prośba do Magdy, Kingi i Mamy Ammara oraz do Was -
jeśli znacie przepisy na te potrawy i wiecie jak je dostosować do polskich realiów to podeślijcie proszę.
Autorka zdjęcia - Um Safia


piątek, 29 marca 2013

Pogoda w Al-Khobar czyli tu nie ma śniegu :) aktualizacja

Czytając o tym, jak będą wyglądały Wasze święta wielkanocne, uprzejmie donoszę że u nas (o godzinie 8:15) było dziś 25 stopni Celsjusza.
Jedyne czego można być prawie pewnym ( tak na 95% ), to fakt, że będzie piękna słoneczna pogoda praktycznie przez cały czas.
Raz zdarzyła się mgła, kilka razy popadało ale jakoś tak bez nadmiernego fanatyzmu :)
W obszarach mniej „cywilizowanych” czyli na przykład na placach budowy w Jubail, gdzie jeszcze nie ma „zielonej” infrastruktury, kiedy powieje wiatr – to piasek z zębów można wypluwać jeszcze przez następne 3 godziny.
Tutaj - w Al-Khobar jest jeszcze naprawdę OK, ponieważ nasz trójmiasto (Dammam, Al-Khobar i Dhahran) leży nad Zatoką i powietrze jest w miarę wilgotne.
"Jajo" podobno można znieść w Rijadzie - to miasto jest dokładnie pośrodku niczego „pustynia, pustynia” - jak powiedział Albercik po wyjściu na powierzchnię w „Seksmisji” :D
Na razie jest jeszcze znośnie, ale wszyscy mieszkający tu ludzie, niezależnie od narodowości zgodnie  twierdzą, że sierpień  „trzeba przeżyć” .
Panuje tu wówczas taki upał, że poruszasz się z szybkością światła pomiędzy klimatyzowanym mieszkaniem, klimatyzowanym samochodem, klimatyzowanym biurem, klimatyzowanymi sklepami itd.
Wyjście nazewnątrz należy do wyzwań, które nie należą do najprzyjemniejszych.
Will see”, jak mówili starożytni Rzymianie:)

Prognoza pogody na kilka najbliższych dni w Al-Khobar


I dla porównania - dzisiaj w Polsce 
Kraków - 29 marca br - zdjęcie Agnieszka

czwartek, 28 marca 2013

Criminal Tango czyli jak sobie narobić kłopotów w KSA

Doszły mnie wieści, że osobnik, którego przelotnie znałem, Królestwo opuścić w trybie pilnym był zmuszony.
Czymże sobie zasłużył ???
Ano współudziałem przy produkcji „KPN” czyli "koniaku pędzonego nocą" oraz konsumpcji wyżej wymienionego.
Wpadł banalnie – pozostawiwszy w samochodzie firmowym flaszeczkę z zapachem.
Po obwąchaniu flakona, zawezwano Policję.
Pan trafił na 72 godziny „na dołek".  Wyciągnął go co prawda prawnik, ale facet dostał „misia" w paszport i natychmiastowy deport.
„MIŚ” jest na dwa lata, ale z tego co zrozumiałem, jego powrót może się skończyć „dokończeniem odbycia kary” w tutejszym zakładzie penitencjarnym, które podobno do najprzyjemniejszych miejsc nie należą.
Wiem, że inne nacje nie zarabiają tu kokosów, ale z tego co mi mówiono, to facet ciężkiej roboty nie miał, a na własne życzenie wpakował się w niezłe bajoro, bo praktycznie jest skreślony dożywotnio w tym kraju.

środa, 27 marca 2013

Samochód - nowy a już w serwisie

Jako szczęśliwy użytkownik "najlepszego auta świata", mogłem w ramach gwarancji skorzystać z naprawy elektryki, która nie działała od początku :)
To znaczy nie działało radio, zegarek i co najważniejsze – centralny zamek.
Jako osobnik leniwy nie lubię biegać dookoła auta, żeby drzwi pozamykać, więc oprotestowałem taką sytuację.
Niezawodny Asif pomknął do serwisu wczesnym rankiem, ale po kilku godzinach, dzwoni z tradycyjnym już  „big problem boss, big problem” i informacją, że auto będzie za 2-3 dni., a ja mam jeździć z kolegą
No, nie ! ”Nie ze mną te numery Brunner” !!!
Albo inna fura dla mnie, albo fura z kierowcą - inna opcja w grę nie wchodzi :)
Powiedziałem to w ”bardzo przystępny sposób”, żeby nikt nie miał wątpliwości lub żeby nie pojawiły się jakieś niedomówienia.
W gruncie rzeczy do tej rozmowy nawet telefon był zbędny -  mimo, że Asif był ode mnie jakieś 20-30 km :D
Po dwóch godzinach dostaję drugi telefon - samochód będzie przed godziną 17:00 na parkingu przed firmą.
Pewnie naprawa została wykonana za pomocą specjalnego programu do naprawiania samochodów klientów „spokojnych inaczej
Macie te same wątpliwości co ja czy godzina 17:00 wg Panów Naprawiaczy i według czasu w Rijadzie jest taka sama ???
I wiecie co ???   Nie jest !!!
Samochód o 16:30  BYŁ przed firmą :D
Panowie naprawili wszystko PRZED czasem :)

wtorek, 26 marca 2013

Deja vu czyli hinduska knajpka po raz drugi

Dziś też się tak złożyło, że udało mi się ponownie zjeść w hinduskiej knajpce, ale innej  niż ostatnio.
Co ciekawe, dostałem DOKŁADNIE TO SAMO danie co wczoraj :)
Ryż był lepszy, mięso ciut gorsze, trochę inne sosy i dodatki ………..ale do licha !!!  o co chodzi ???
Knajpy oddalone od siebie o prawie 100 km, a z przebogatej kuchni indyjskiej wybrały to samo ?
Zapytałem mojego pracownika w czym rzecz.
I się wyjaśniło - podczas pory obiadowej (czyli pomiędzy 12:00 a 16:00) podaje się jedno danie ,żeby było szybciej" :)
Tak więc, albo jecie to co przewidział szef kuchni, albo musicie poczekać na „drugie rozdanie”  i wtedy możecie przebierać ile dusza zapragnie.

Na drugim blogu dodałem kolejny przepis od Dinesh'a - tym razem na wspaniały ostry sos do kurczaka
Link do przepisu na Red Coconut Chutney

Red Coconut Chutney - zdjęcie pochodzi ze strony DesiFoodBuzz

Hinduska restauracja czyli w końcu nie gulasz z ryżem

Tak, jak pisałem wcześniej, w firmie nie ma wielkiego wyboru dań obiadowych.
Dziś udało mi się zajrzeć do hinduskiej restauracji dla Hindusów.
Jadłem na talerzu i sztućcami, ale większość gości jadła na bananowym liściu palcami, tak jak jada się w Indiach i na Sri Lance. Ola byłaby pewnie w siódmym niebie, bo Jej taka forma spożywania posiłków odpowiada, ale je jestem w tej materii tradycjonalistą
Zjadłem - a jakże - ryż z kurczakiem, ale przynajmniej przyprawy i sosy miały inny smak, niż zazwyczaj :)
Sosy były takie jak lubię -  na mleku kokosowym, ale ostre jak diabli.
Kurczak mięciuteńki, aż się rozpływał w ustach,  dobrze przyprawiony curry.
Cena więcej, niż przyzwoita- zapłaciłem 19 SAR, w tym dwie Pepsi po 2 SAR.
Potraw nie ma w menu zbyt wielu – jest tylko ”danie dnia z kurczakiem” lub…. bez kurczaka :D

Dostałem za to od Dinesh'a przepis na Nei Choru (Ghee Rice) więc od razu podaję link do potrawy bo wygląda smakowicie :) 

Zdjęcie pochodzi ze strony Goodgawker.com

poniedziałek, 25 marca 2013

Jak okiełznać prąd czyli rodzaje gniazdek w KSA


Do napisania tego posta zainspirował mnie post Mamy Ammara o różnorodności wtyczek w Jordanii.
Na przejściówki w Arabii Saudyjskiej,  podobnie jak w Jordanii, nie ma mądrego.
Przejściówki, które można kupić w  Polsce się nie sprawdzają. Przynajmniej ta, której używałem z powodzeniem w wielu krajach – nie zadziałała.
Na przykład u mnie w domu są…. 3 rodzaje gniazdek :)
U moich znajomych było jeszcze ciekawiej – nie mieli nawet dwóch takich samych gniazdek w całym domu.
U mnie są przynajmniej powtarzalne :D
Jedyną radą jaką mam jest zastosowanie „patentu Iwonki".
Zrobienie zdjęć komórką i udanie się do sklepu elektrycznego, zaprezentowanie sprzedawcy tego, co chcecie uzyskać (czyli dodatkowo zdjęcie wtyczki) i gotowe.
Ja dodatkowo musiałem dokupić przejściówkę z systemu brytyjskiego, bo taką wtyczkę miał telewizor.

Wszystkie zdjęcia pochodzą  ze strony  Electricity around the world




sobota, 23 marca 2013

"Szybcy i wściekli 7" - Al-Khobar racing :-)

Wczoraj przejechałem jakieś 130- 150 km, ale to się nie liczy, bo jechałem w konwoju z całym "polskim gangiem", z Robertem i Przemkiem za kierownicami :D
Teraz relacja z pierwszej, dłuższej samodzielnej wyprawy i nowości, jakich nie byłem w stanie opisać jako pasażer:
Jak zmieniasz drogę, czyli musisz wjechać na sąsiednią drogę szybkiego ruchu zawsze się znajdzie jakiś nadgorliwy, który ci miga długimi. Masz jechać, bo się panu spieszy.
Nieważne, że na tej drodze, na którą chcesz wjechać jest na wszystkich pasach sznur samochodów goniących ponad „paczkę” Masz jechać i już :)
Pokazałem takiemu jednemu „międzynarodowy znak pokoju” to się wyluzował.
A później jak już wjechał na upragnioną drogę, to zaczął jechać jak wóz konny, bo zaczął deszcz kropić :D Usiadłem mu więc  „na ogonie” i dawaj długimi po lusterkach :D.
I tak skończyło się jego kozakowanie :)
Jak się robi ciemno, to nie widać „leżących policjantów” bo są nieoznakowani, więc na drodze, która wygląda normalnie wpadacie z normalną (120 - 150 km/h) prędkością na taki wynalazek.
Dobrze, że koleś przede mną wyfrunął na pół metra w górę, to ja zdążyłem wyhamować.
To na gorąco tyle.

ps. Cierpię nadal na brak aparatu fotograficznego, więc wszystkie zdjęcia są "pożyczone"

Zdjęcie z Onetu - autostrada w okolicach Riyadh

Autostrada Dhahran - Al-Khobar którą codziennie jeżdżę


Steak House czyli jak zbankrutować ze smakiem

Wybrałem się na pierwszą przejażdżkę moim nowym wynalazkiem :)
Postanowiliśmy z Hossamem udać się do najlepszej knajpy (dostępnej dla nas finansowo) w Al.-Khobar czyli do Steak House.
Opis przeżyć za „fajerą" zostawię sobie na później – ale nie będzie się ta opowieść różnić zbyt mocno od tego, co opisywałem jako pasażer.
Stwierdzam tylko, że percepcja pilota myśliwca jest tutaj ze wszech miar wskazana :D.
Knajpka jest praktycznie w centrum miasta, ale z tyłu można zaleźć miejsce do zaparkowania.
Obsługa absolutnie genialna, pojawiająca się na spojrzenie.
A jedzonko…… …  mniam, mniam.
Taka wołowinka, jaką pamiętam z RPA.
Po prostu marzenie – żeberka marynowane w sosie BBQ, a porcja trudna do przejedzenia.
Ze wszystkim dodatkami, na jakie wpadliśmy i piciem bez limitu (typu Pepsi oczywiście) wyszło po 150 SAR na głowę.
Nie tanio, ale warte swojej ceny :)

Dla zainteresowanych link do restauracji 

Photo from  Steak House Restaurant
 

czwartek, 21 marca 2013

Najlepsze auto świata

Właśnie stałem się szczęśliwym użytkownikiem najlepszego auta świata.
Ten tekst znają wszyscy pracownicy korporacji – jest to auto służbowe.
Nieważne, że miałem dostać normalne 4x4, nieważne, że jest to w Europie i USA samochód dla kobiet i upchnięcie tam 100 kilogramowego. faceta nie jest proste.
Tak, to Toyota RAV4.
Biała, z silnikiem od Yarisa (chyba, bo odejście ma jak motorower).
Ale wreszcie nie jestem od nikogo uzależniony

ps. Jednak nie ma silnika od Yarisa, ale jak sprawdziło dziś grono fachowców silnik 2,4.
Co wcale nie przeszkadza mu być mułowatym :D

środa, 20 marca 2013

Plany ewakuacji czyli znowu przegrywam z systemem

Poprzednim razem walczylem o wywiezienie sprzętu, teraz od dwóch tygodni próbuję umieścić na ścianach plany. Cóż, jak wiecie, to nie jest proste - tu trzeba przechytrzyć system :)
Samo przygotowanie planów też zajęło sporo czasu - trzeba bylo zmusić do współpracy ludzi z innego działu, żeby takowe plany zostaly wyprodukowane.
Ta część zajęła mi jakieś 3 tygodnie, ale udalo się dzięki wsparciu kolegi managera.
Później uzyskałem niezbedny podpis (żeby bylo zgodnie ze standardami).
Musialem zamówić ramki, żeby wspomniane plany w czyms na ścianie powiesić, a chciałem, żeby wszystkie "ogłoszenia parafialne" mialy taki sam wygląd - to zajęło kolejnych kilknaście dni.
Kolorowe wydruki A3 -  tydzień, laminowanie - następne 10 dni.
Wreszcie wczoraj udało się skompletować wszystkie niezbędne elementy ;D
Nauczony doświadczeniem sam powkładałem zalaminowane plany w ramki, zeby "sporów kompetencyjnych"  nie wywołać :-D.
Tylko teraz trzeba to przymocować do ściany. Już trzy działy nad tym pracują, ale doszli do wniosku, że potrzebne jest "wsparcie"  firmy,  która jest właścicielem budynku.
I nieważne, że ma tego samego Prezesa co my (!!!) -  porządek musi być :)
No wiec czekałem, aż sie znajdzie w końcu osoba, która może wydać takie polecenie, a póżniej wyznaczy osobę, która weźmie młotek lub wiertarkę w łapy i zakończy żmudny proces decyzyjno-realizacyjny.
Ile trwa to normalnie od pomyslu do realizacji ?
Najdluzej zajęło mi to w innych firmach tydzień, najkrócej 3 dni.
Postanowiłem jednak wziąć sprawy w swoje rece. Cichcem udałem się do kolegi - najważnieszego managera w "bratniej" firmie.
Wykonał przy mnie telefon i pojawił się szef konserwatorów.
Rzutki ten młodzieniec zebrał ....3 osobową ekipę i OD RĘKI zaczęli realizować zadanie.

Jak ja kocham pracowac z Filipinczykami - chlopaki wzięli się za robotę tak szybko, że do jutra powinno byc "halas" :-D

wtorek, 19 marca 2013

Jak ja NIE cierpię wtorków czyli dzień pełen perturbacji

Jasna cholera, czy wszystkie upierdliwości tego świata muszą się kumulować właśnie we wtorki (czyli nasz odpowiednik czwartku) ?
Musiałem dziś znowu opuścić KSA w celu podstemplowania wizy wyjazdowo-wjazdowej.
Umówiłem się w firmie na 8:00 ….. i już o 11:40 udało mi się wyjechać .
OK, tam jakoś poszło.
Później wszystkie papiery, papierzyska, procedury, opinie ,rekrutacje i inna swołocz kwitologiczna zwaliła mi się na łeb, a nawet na głowę.
 I oczywiście wszyscy muszą to mieć już, zaraz, natychmiast.
Jeszcze do tego mój szacowny pracownik ze względu na złe samopoczucie swojej Mamy zostawił mnie z tym całym bajzlem samego .Żeby nie było - Mama jest w Indiach (!!!), więc nie bardzo wiem jak chciał Jej pomóc ale miał taką nieszczęśliwą minę, że i tak bym nie miał z niego pożytku.
Całe szczęście,  już się nauczyłem, że to co masz zrobić dziś zrób pojutrze – będziesz miał dwa dni wolnego.
Bo jutro wszystkim nagle przestanie się spieszyć- taka uroda tego kraju :)
A ja sobie spokojnie zrobię to na sobotę

poniedziałek, 18 marca 2013

Rodzina to jest siła

Pisałem już, że pracuję w rodzinnej firmie ?
Jeśli nie, to teraz piszę – mała ”firemka” - w mojej dywizji ok. 4500 luda, a poza tym jeszcze 11 firm i 15 piętrowy biurowiec :)
Ale nie w tym rzecz.
Dziś była mała firmowa imprezka, więc się wybrałem „zapoznać” z kolegami z innych branż.
Podchodzi do mnie mój Prezes i zaczyna się ze mną witać, ale jakoś tak dziwnie.
Poza tym – jakieś inne nakrycie głowy ma (w sensie koloru chusty) – Boss nosił dzisiaj białą, a teraz  ma czerwono - białą. Pomyślałem, że zmienił chustę, ale ....
.....  tak, zgadliście – to Jego brat bliźniak :D

niedziela, 17 marca 2013

Asif czyli test mojej cierpliwości i łagodności

Niejednokrotnie wspominałem Wam o moim kierowcy –Asifie.
Otóż w dniu dzisiejszym Asif "zapracował" sobie na osobny wpis.
Nasi firmowi kierowcy nie zaharowują się na śmierć – raczej wiodą leniwe życie taksówkarzy „na słupku” - trafi się klient- to jadą.
W dni wolne od pracy też powinni być (przynajmniej niektórzy z nich) do dyspozycji tzw. ”góry" czyli np. mnie :D.
Wtedy jest czas na zakupy, wizyty u znajomych czy zwyczajny wyjazd na „poszwendanie się"  po mieście.
Jednak "mój" sprytny Asif  nie ujawniał się z tym, że takowe usługi ma wpisane w zakres swoich obowiązków :)
Woził mnie w „czwartki pracujące” (czyli nasz odpowiednik pracujących sobót), natomiast w weekendy brałem taksówkę.
Jak już wyruszyliśmy na zakupy to czasami, zupełnie niespodziewanie, pojawiał się „ Obcy – 8 pasażer Nostromo” czyli jakiś krewny lub znajomy Asifa i cichcem ładował mi się do fury i ani „dzień dobry ani pocałuj mnie w rzyć” nie usłyszałem.
Czasami, jak się trafił ktoś bardziej uprzejmy, to pomógł zakupy do chałupy wtargać :)
Ale dziś Asif przeszedł samego siebie.
Wracmy z Hossamem do domu (do tej pory mamy jedną furę z Asifem za sterami), a ten zaczyna jakoś dziwną trasą jechać.
Po półgodzinnym kluczeniu dotarliśmy…... nie do compaundu tylko na….stację benzynową.
Bo Asif przez cały bardzo "pracowity” dzień nie miał czasu pojechać zatankować !!!
Na stacji Asif  zaczął instruować Pana pompiarza, jak do Hyundaia nalać benzyny z meniskiem wypukłym, co zajęło kolejne 20 min.
Myślałem, że eksploduję. Zacząłem rzucać kąśliwe uwagi po angielsku, ale to nie zmąciło jego promiennego nastroju.
To zacząłem kląć po polsku aż miło. To też nic nie zmieniło, ale przynajmniej ja się poczułem lepiej:)

sobota, 16 marca 2013

Trening czyli wiara czyni cuda :)

Ludzie w mojej firmie nie przestają mnie zadziwiać.
Mam przeprowadzić trening praktyczny (z podstawową teorią) z gaszenia pożarów.
Zapytacie gdzie tu jest coś dziwnego, przecież się na tym znam ?
Owszem na gaszeniu pożarów się znam, ale pierwszy raz będę prowadził szkolenie dla ludzi mówiących TYLKO …..w urdu :)

I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejsze wieści z pustynnej krainy. :)

piątek, 15 marca 2013

Suk niejedno ma imię

Byliście kiedyś na suku np. w Marrakeszu?
Nawet jeżeli nie, to pewnie macie wyobrażenie, jak to powinno wyglądać.
Przekrzykujący się kupcy, oferujący towary z krain tysiąca i jednej nocy.
Sprzedawcy egzotycznych owoców, tajemnicze zapachy przypraw, kadzideł,  zaklinacze węży,  żonglerzy i inne atrakcje.
Też mam takie doświadczenie, m.in. z Marrakeszu.
Tak więc, jak że Arabia Saudyjska jest również, jakby nie patrzeć, krajem arabskim poprosiłem Hossama, aby zabrał mnie na tutejszy suk, bo zakupy jakoweś poczynić chciałem :)
Uwielbiam atmosferę suku, więc bardzo się ucieszyłem, że mój „współspacz” wie gdzie takowe cudo znajduje się w Al.-Khobar.
Zawezwailiśmy Asifa „fives minutes, boss ,fives minutes” aby przed sukiem wybrać się na obiad.
Dzielny Asif  był już po ….dwóch godzinach.
Pojechaliśmy coś przekąsić a potem – na suk, dobrodzieju, na suk :)
Moje rozczarowanie było nie do opisania. Tutejszy suk to po prostu rząd ulic z klimatyzowanymi, bardzo ekskluzywnie wyglądającymi sklepami :)
Kończył mi się mój „In-motion” Bossa a ceny w Dhahran Mallu mnie przeraziły więc bardzo liczyłem na zakupy na suku, a tu taka lipa ???
Ale nie – jak zawsze, kiedy jestem czegoś zbyt pewny :)
Okazuje się, że ekskluzywność sklepu nie zabiła ducha arabskiego handlu. :)
Zaczęło się jak zwykle, czyli od oglądania, próbowania, zachwalania, kręcenia nosem. Jak już pokazałem Hossamowi co chcę kupić zaczął się prawdziwy spektakl.
W pierwszym sklepie "duch handlu" był dziś nie w sosie, więc do transakcji nie doszło.
Ale w drugim… cena wyjściowa „in-motion” na pudełku wynosiła 276 SAR, a Bossa Elements’a 190 SAR.
Po spektakularnych negocjacjach w wykonaniu niezrównanego Hossama wyszedłem ze sklepu lżejszy o …440 SAR  (czyli jakieś 370 PLN), za to z dwiema 100ml buteleczkami Elements”a i  90ml”  in motion”.
Kocham zakupy na suku :D

czwartek, 14 marca 2013

Comapund czyli cóż to za zwierzę ?

Często wspominam o compaundzie, ale Ola zwróciła mi ostatnio uwagę, że nigdy nie wyjaśniłem tego słowa.
Cóż - jest to takie ogrodzone osiedle z własną ochroną,  w niektórych przypadkach z niezłymi knajpami czy siłownią, basenem i podobnymi udogodnieniami.
Mieszkają w nich obywatele państw „pozazatokowych” .
W zależności od klasy – są to albo amerykańskie miasteczka, po miejsca, w których mieszkają nacje wykonujące najczarniejszą robote, ale jak wygląda standard w nich – nie mam pojęcia.
Mój compound jest kameralny, ma 90 domów o trzech różnych wielkościach.
Jest siłownia, basen (ale raczej taki dla dzieci), restauracja, (tam jeszcze nie byłem) sklepik, w którym z reguły nic nie ma (bo zakupy robią panie, które tu mieszkają, więc jak wracam z pracy, to nawet chleba nie kupię).
Compaundy mają jedną wielką zaletę – są jakby strefą eksterytorialną, i policja się w nich nie pojawia.
Wszelkie problemy rozwiązuje ochrona.
Słyszałem różne plotki na temat życia w compoundach, ale jedyne co mogę potwierdzić to że w nich kobiety mogą się ubierać po europejsku.
O innych udogodnieniach nic nie wiem, ale może to wynika z faktu, że raczej się tym nie integruję, gdyż większość moich sąsiadów to Arabowie spoza Zatoki i spędzają czas w swoim gronie.

środa, 13 marca 2013

O obiadach mych słów kilka

Mam taki obyczaj żywieniowy, że przynajmniej raz dziennie muszę spożyć coś ciepłego.
Najczęściej ochota na ciepłe żarełko nachodzi mnie w porze obiadowej,  niezależnie od tego, kiedy ona w danym kraju występuje :)
Na początku pobytu żywiłem się w ”stołówce zakładowej”, ale po dwóch tygodniach obrzydło mi to na czas jakiś, ze względu na niesamowitą monotonieę oferowanych potraw.
Jakiś gulasz z ryżem, jedna i ta sama sałatka warzywna, jakaś ryba (nie jadam) i jakieś danie z makaronu, które udaje (w dodatki mocno nieudolnie) kuchnię włoską, przez co traci jakikolwiek urok.
Udałem się więc na poszukiwania jakiejś jadłodajni w okolicy i znalazłem na pierwszy rzut oka obrzydliwą spelunę :D
Ale, ale – zawsze jest tam ogromny tłok, co wzbudziło moją czujność rewolucyjną.
Bo jeśli tam jadają i robotnicy wszech nacji, lekarze z pobliskiego szpitala oraz wszelkiego typu  „krawaciarze”  z okolicy to coś musi być na rzeczy.
Skusiłem się na shoarmę – i był to strzał w 10 :)
Za niewielkie pieniądze (12 SAR) zjadłem przepyszną kanapkę z mięskiem drobiowym, serkiem oraz FRYTKAMI w środku.
No niebo w gębie. Co ciekawe, moja porcja rosła z każdą wizytą :D
Przetestowałem większość potraw kuchni tureckiej, jakie mają w ofercie i jestem zachwycony.
Nie ważne, że podają to na plastikowych talerzach (mnie już „przysługuje” normalny ceramiczny talerz), oraz że sztućce są plastikowe a zamiast obrusów zmieniane „co gościa" przykrycie z folii ciętej z metra.
Część klientów je klasycznie rękoma praktycznie wszystkie dania, to też nie ważne.
Liczy się to, że atmosfera jest naprawdę świetna, a jedzenie znakomite i DUŻO :D
W życiu bywałem w naprawdę luksusowych lokalach, ale tak dobre dania tureckie jedliśmy z Olą raz w życiu w Alanya i to  za jakieś absurdalne pieniądze.

wtorek, 12 marca 2013

Samochód czyli jak się nie udało oszukać przeznaczenia

Niestety, z planowanego wczoraj dowcipu z ukryciem „współspacza” i samochodu nic nie wyszło.
Od godziny 16:00 w hallu firmy oczekiwał mój niezmordowany Asif.
Po czym……….zabrał kluczyki mojemu "współspaczowi" i cierpliwie czekał, aż skończymy pracę, żeby nas odwieźć do compoundu.
Problem się pojawił, gdy już dojechaliśmy, bo Asif  zabrał samochód i pojechał.
Okazało się, że "współspacz"  miał rację – nie dostanę samochodu z kierowcą tylko samego kierowcę.
Jak będę gdzieś chciał jechać, to mam po niego zadzwonić a On - „five minutes boss, five minutes”  i będzie.
Tylko z jego compaundu  do nas jest jakieś 40 minnut jazdy :D
Najbardziej ucierpiał "współspacz", bo to jemu zabrali teraz samochód .
Jest cały nieszczęśliwy i pokrzywdzony.
Zapomniał jednak o „drobiazgu” – że, to MNIE zabrali samochód żeby dać go Jemu.
Ale to przecież On jest bardzo biedny teraz, bo się role odwróciły i to ja jestem dysponentem czterech kółek.
Tylko to nieco dziwne, że tak do nas podchodzą w dziale kreacji problemów….. wróć chciałem powiedzieć w dziale kadr:D

poniedziałek, 11 marca 2013

Współlokatorzy cześć kolejna

Jak zdążyliście zauważyć moi koledzy z działu kadr nie spoczywają na laurach i robią wszystko co w ich mocy, żeby dostarczyć mi tematów do kolejnych wpisów. :)
Dziś też mnie nie zawiedli.
Po moich „dość zdecydowanych"  protestach przeciwko dokwaterowaniu współlokatora zostałem przez  „wodza naczelnego” działu kadr zaproszony na „negocjacje”.
Usłyszałem, że dadzą mi kierowcę, ponieważ faktycznie to nie uchodzi, aby jeden senior manager robił za szofera drugiego senior managera. Tak więc z moim  „wspólspaczem” będę tylko jeździł do pracy  i z pracy, ale jak będę potrzebował gdzieś pojechać, a mój towarzysz niedoli będzie miał inne plany to dostanę kierowcę.
I OK, tak może być.
Ale po powrocie mój „współspacz” powiedział, że dostanę TYLKO kierowcę- a mam jeździć JEGO samochodem.:D
Nie wierzę, jutro poproszę go, aby przestawił samochód spod domu, a sam się ukrył na górze.
Wtedy zadzwonię po kierowcę i zobaczymy co się stanie :-DDDD
Swoją drogą jestem ciekawy jak ten kierowca tutaj dojedzie - transportu publicznego brak, a do najbliższej cywilizacji jakieś 25 kilometrów.

niedziela, 10 marca 2013

Western Union – czyli gdzie się mnożą Filipińczycy i Nepalczycy

Jako, że Żona woła „jeść” a i banki się  o swoje dopominają, to musiałem się udać ponownie zresztą do Western Union.
Kiedy byłem tam w środę (czyli w ostatni dzień tygodnia wg lokalnego kalendarza ), było tam od metra Filipińczyków i Nepalczyków chcących wysłać podobnie jak ja pieniądze do domu.
Wymyśliłem sobie, że pojadę do Western Union w niedzielę, czyli  „po naszemu” – we  wtorek (bo to drugi dzień tygodnia pracy), od rana (jako, że „szarża ma swoje przywileje”) to nikogo nie będzie.
Ale nie – podobnie jak myszy w słomie, w placówkach WU lęgną się w/w nacje :)
Kiedykolwiek, ktokolwiek się tam nie pojawił zastaje w Western Union zwarty tłum tych dzielnych ludków (skąd inąd bardzo ciężko tu pracujących, za co pełny szacun ode mnie).
W WU obowiązuje jeszcze jedna ciekawa zasada - nie ma osobnego wejścia dla kobiet, kobiety są przepuszczane przez ochronę, jako pierwsze.
I niech mi ktoś teraz powie, że w KSA kobiety mają strasznie przechlapane :)
Przede mnie zostały wpuszczone cztery, a jakże Filipinki, a ja stałem jak ten głupek i krew się we mnie gotowała, bo nienawidzę stać w kolejkach (taka pozostałość po dzieciństwie w PRL-u).
Poznałem za to  „towarzysza niedoli” bardzo sympatycznego, młodego Saudyjczyka, mówiącego piękną, amerykańską angielszczyzną.
Zapytałem, dlaczego jako Saudyjczyk stoi w kolejce, odpowiedział, że z szacunku dla ludzi, którzy ciężko pracują na dobrobyt jego kraju.
Okazało się, że nasz kraj nie jest dla niego całkowicie egzotyczny.
Zna: polską husarię, Kazimierza Pułaskiego  oraz….Roberta Lewandowskiego, Łukasz Piszczka i Kubę o „niewymawialnym nazwisku” (chodziło  3 gracza Borusii Dortmund Błaszczykowskiego) :D
Po półtorej godziny rozstaliśmy się – jak starzy kumple.
Ten kraj jednak nie przestanie mnie zaskakiwać- a i ludzie jacyś tacy mało przypominający tych, których widzi się w różnego typu wiadomościach z Bliskiego Wschodu.

sobota, 9 marca 2013

Spacerkiem po wybrzeżu

Wczoraj wieczorem razem z moim „współspaczem” wybraliśmy się na spacer po Khobar.
Pojechaliśmy nad morze, żeby zapoznać się z atrakcjami, jakie na nadmorskiej, położonej praktycznie w samym centrum miasta, promenadzie czekają na spragnionych wrażeń spacerowiczów.
Generalnie, atrakcje były głównie dla dzieci np. „wesołe miasteczko” .
Jakiś tatuś przybył z całkiem niezłej klasy quadem, zapakowanym do…bagażnika Suburbana XL, żeby jego 12-14 letni synkowie mogli sobie pojeździć po plaży.
Nad samym morzem porozkładane „piknikowo” rodziny. Jedna z nich miała nawet przenośnego grilla.
Czyli nie specjalnie różni się to od „plażowania” na Wisłą  w Warszawie , tylko stroje bardziej …nie plażowe :)
Na koniec miałem ucztę dla oczu – pojawiła się kawalkada Ferrari i Viperów, filmowana przez kolesia siedzącego na masce jadącego za kawalkadą Jeepa Wranglera.
Za nimi „dyskretnie" podążał radiowóz.
Do siedzenia na masce nie mieli żadnych  „ale”.
Po raz kolejny – uważam, że tutejsze „miśki” są cool i nie robią zbyt wielu problemów :D

ps. Na kolację zjedliśmy sandwicza autorskiego pomysłu mojego Współlokatora (link)

piątek, 8 marca 2013

Pizza po saudyjsku

Po miesiącu pobytu podkusiło mnie, aby zjeść pizzę.
Wybrałem się do pobliskiej knajpki, która takowy specjał oferowała.
Powinno dać mi do myślenia to, że knajpka jest libańska, a pracują w niej głównie Filipińczycy.
Ale w menu stoi jak wół „pizza pepperoni”  to się skusiłem.
Piec wyglądał profesjonalnie - kamienny, ale opalany gazem a nie drewnem.
Co mi tam – drzew tu jakoś nie widać, gazu pod dostatkiem to i pizza może być z takiego pieca :)
Po usłyszeniu nieśmiertelnego „five minutes, boss five minutes"  nie poczułem się zaskoczony, bo tutaj wszystko (prawie ) jest za pięć minut.
Tylko, że w tym przypadku BYŁO to za pięć minut. Jakaś nowa technologia pieczenia, czy co?
Dostałem…. placek, wyglądający jak pita, pokryty kilkoma plastrami czegoś co przypominało salami ze śladami sera.
W smaku – tragedia. Zastanawiam się tylko nad tym że jak mi żołądek odmówi współpracy, to czym ja się poratuję????
Na pewno nie dziadkową recepturą typu „seta ze świeżo mielonym pieprzem
Czekam na efekty ,z pewnym niepokojem.
Ale będzie najwyżej nowy post  „jak leczyć sensacje żołądkowe bez medycyny naturalnej krajów słowiańskich" :D

czwartek, 7 marca 2013

Polonizmy czy „saudyzmy” oto jest pytanie?

Są pewne kwestie językowe, przypominające mi nasze własne przyzwyczajenia.
Na przykład używanie słowa „mister” przy zwracaniu się do osoby bądź nam nieznanej, bądź będącej  wyżej w hierarchii.
Znamy to, prawda?
Drugie wydaje się żywcem wzięte ze starego, dobrego Krakowa, gdzie nadal panuje wielkie przywiązanie do używania w stosunku do rozmówcy jego tytułów zawodowych lub naukowych.
Tak więc mnóstwo ludzi przedstawia się tu „ inżynier Mamoń jestem” lub zwraca się do kogoś per „ panie doktorze” , „panie inżynierze”.
Część ludzi używa tych tytułów "honorowo" niejako, bo jak niektórych z nich zapytałem, na jakim kierunku inżynierskim studiowali, to się strasznie plątali w zeznaniach :-DDDDDD
Nie wiem czy istnieje również forma np. „ pani mecenasowo”, ale w tutejszej kulturze traktowania kobiet jako „dodatku” do męża wydawałoby się zupełnie na miejscu.
Ciekaw jestem, jak ja się powinienem przedstawiać ?
MA in economics, fire safety engineer and safety engineer Paul ???
Pytanie tylko czy MA in economics czy M.sc in economics ?
Z tego, co pamiętam MA jest dla kierunków humanistycznych a eknomia ni cholery nie jest kierunkiem humanistycznym, mimo że wykładana na Uniwerkach? Ktoś ma jakiś pomysł ???
Strasznie długo ten mój tytuł będzie brzmiał, ale jak tradycja to tradycja – od jutra tak zacznę :)
I jak to upchnąć na wizytówce ?????????????????
Jak mnie podkusi coś jeszcze skonczyć, to będę miał wiytówkę formatu A4 :-DDD

środa, 6 marca 2013

Zostało nas dwóch (współlokatorzy - część trzecia)

Mój południowoafrykański kolega właśnie wsiadł do taksówki i za własne pieniądze kupił bilet powrotny do domu (Cape Town). W firmie przepracował .... jeden dzień
Jego opinia na temat zaistniałej sytuacji będzie brzmiała w moich uszach jak piękna melodia - nauczyłem się wielu nowych słów w africaans, których istnienia w języku  - bądź co bądź -  purytańskich Burów się nie spodziewałem :)
Ta sama opinia wyrażana przez Niego w języku „language” nie robiła na mnie wrażenia - niczego nowego się nie nauczyłem, ale za to z jakim akcentem :)
Pozostał jeszcze główny lokator, do którego jak się okazało to mnie dokwaterowali.  Ale „wodki nie prapijosz, żop nie pr…osz, i roboty nie prjerabotajesz – no paprobowat nużno"-D

współlokatorzy - część druga

Pierwsza wspólna noc czyli poznaję swoich kolegow :)
Jeden z nich to Egipcjanin, jeszcze bardziej gadatliwy ode mnie, więc na dłuższą metę także bardziej męczący niż ja. Tryska optymizmem, co jednak nie rownoważy naszych złych humorów.
Natomiast mój południowoafrykański kolega (Kerel z mojego ukochanego Kapsztadu) jak zobaczył,  że ma mieszkać z dwoma obcymi facetami zareagował podobnie do mnie :)
Prawie że kazał wieźć się na lotnisko :)
Najwiekszy komplement, jaki od Niego uslyszalem brzmiał "Pawel, a tu ktoś poza toba mówi w zrozumiałym angielskim ???"
Urosłem ogromnie, bo rozpoznał bratni akcent (uczylem sie języka w jego mieście) :-D
W RPA jest podobny stosunek do mieszkania z obcymi facetami w jednym domu i też go nie przekonuje, że mamy przecież osobne pokoje..
Wieczorem, w ramach terapii wybraliśmy się na spacer (niestety tylko w wyobrazni ) po najmilszych zakatkach Cape Town. Wypiliśmy mohito w "Che Guevara Pub" potem "poszliśmy" do "Irish Pub", a w Waterfront do niemieckiej piwiarni, leniwie przyglądając się przepięknym dziewczynom.
"Mój" Kerel nazwal mnie swoim "co-prisonerem" i niesamowicie byl wdzieczny za tę "wyprawę"
Chlopak nie może naładować laptopa, bo w RPA są inne wtyczki i nawet mój zestaw przejsciówek nie zmienił jego sytuacji.
Za kierowcę rownież robi nasz egipski kolega, który pijac kawę przy prędkości ponad 100 km/h puszcza kierownicę, bo dekielek musi otworzyć.
Moj kolega z  RPA mimo ciemnego dość koloru skóry (Kerele to potomkowie Hindusow przywiezionych do  Afryki Południwej przez Anglików) zmienił  barwę na przypominajacą moją zimową karnację :-D.

wtorek, 5 marca 2013

KSA nie przestaje mnie zaskakiwać

Pamiętacie, jak się chwaliłem w jakiej wielkiej chałupie sobie sam pomieszkuje?
To dziś o 3:30 rano się zmieniło :)
Dołączyło do mnie kolejn manager,  który mieszał tu przede mną.
Był niemniej zaskoczony, niż ja, kiedy mnie tu zobaczył.
Ciekaw jestem, jakie jeszcze niespodzianki mnie tu czekają.
Jest przecież jeszcze jedna sypialnia i na dole też się kilka osób zmieści, jak się położy materace.
Co ciekawe, miałem być poinformowany o takiej sytuacji.
Natomiast miała miejsce akcja żywcem z Radia Erewań czyli 

- pytanie radiosłuchacza:  „ Czy to prawda, że na Placu Czerwonym w Moskwie rozdają samochody?"
- odpowiedź Radia Erewań:  „Tak, to prawda, ale nie w Moskwie tylko w Leningradzie, nie na Placu Czerwonym, tylko na Newskim Prospekcie, nie samochody tylko rowery, i nie rozdają, tylko kradną”.
Usłyszałem wczoraj od Asifa informację, że przyjeżdża jakiś koleś z Polski, a na pytanie czy będzie w moim compaundzie dowiedziałem się, że nie  - pewnie w drugim (bo firma faktycznie posiada dwa takie obiekty).

O tym, że wraca „prawowity” użytkownik tego domu dowiedziałem się od…. Niego jak z uporem maniaka dzwonił do drzwi o godzinie 3:30.
To będzie naprawdę ciekawy dzień :D


To nie koniec dnia :)
Dołączył do nas trzeci chłopak tak jak przewidywałem – a co ? Są przecież 3 sypialnie.

Wszyscy trzej jesteśmy w randze senior managerów :D
Czekam na poranne dokwaterowanie rodziny (licznej ) z Bangladeszu albo tłumu robotników z Pakistanu lub Indii. No bo po co się ma pokój dzienny marnować. A za tydzień, być może będzie panować” prawo ciepłej koi” jak na okrętach podwodnych lub w chińskich fabrykach.
To już przestaje byś śmieszne.
To zaczyna przypominać hotel robotniczy w PRL-u, tylko wódki nie można się napić.
 A uwierzcie, że baaardzo by mi się jakieś 0,7 przydało.

Jak sprzątać, to sprzątać

Tak jak wcześniej pisałem jestem stworzeniem leniwym i pragmatycznym.
A nadszedł czas na posprzątanie moich „włości” bo coś tak się lekko zakurzyło i w łazienkach jakieś zacieki czy cóś się porobiły.
To co ?  Trzeba zakasać rękawy i ….. udać się do tutejszego sklepikarza, który pełni  również (formalnie lub nie - nie mam pojęcia) zaszczytną funkcję „gospodarza domu”
Podobnie jak najsłynniejszy gospodarz domu wszechczasów – Stanisław Anioł z pamiętnego serialu "Alternetywy 4" nie wykonuje tych prac samodzielnie.
Jego gigantyczną zaletą jest znajomość angielskiego w stopniu umożliwiającym jakąkolwiek komunikację (z ograniczoną ilością machania łapami).
Podobno w moim compoundzie serwis sprzątający jest wliczony w cenę, ale zawsze jest z tym problem. Jak mnie nie ma w domu to przecież nie mogą wejść, a jak wracam z pracy to ekipa sprzątająca też jest już po pracy.
I co tu robić, jak jeszcze pranie trzeba wstawić (bo przecież nie będę oddawał do pralni skarpetek) ?
Ano „trzeba się dogadać” :D
Można wynająć kogoś do posprzątania "po godzinach” za dodatkową drobną opłatą.
Tylko sam za Chiny Ludowe się nie dogadam.  Soman też mi nie pomoże, bo obsługa compoundu pochodzi z  Filipin i ani urdu ani hindi nie zna.
Nasz dzielny sklepikarzo-gospodarz domu porozumiewa się jakoś z ekipą, więc chcąc, ne chcąc muszę skorzystać z jego usług.
Korzystałem z nich wcześniej – np. przy zamawianiu taksówki i zawsze było „ five minutes, boss, five minutes” .
Czekałem, jak kto „głupi” godzinę i dłużej na przyjemność skorzystania z usług Pana Taksówkarza, to i teraz miałem niejakie obiekcje na odpowiedź, że  "....   jak się skończy czas na modlitwę to on zaraz i natychmiast…”
Ale nie – po 15 min. dzwonek do drzwi.
Pan pyta, zanim wejdzie czy rodzina w domu.
Żeby się małżonka godnie przyodziać zdążyła, albo umknąć na górę ;-)
Poźniej wszedł z jakimś mikrej postury chłopiną, któremu zaczął coś tłumaczyć, ale z jego wypowiedzi zrozumiałem tylko „halas” (czyli tutejsze  „ i wszystko” czy „ i koniec”).
Zapytałem o cenę tej usługi. Wtedy się zaczął cyrk :D
Bo Pan sklepikarzo-gospodarz  „dba” o moje interesy, żebym broń Boże za dużo nie zapłacił.
Bo ten - tutaj zacytuję  „nieokrzesany sprzątacz chce tak miłego przyjaciela jego pracodawcy i dobroczyńcy” narazić na nadmierne koszty.
I On w moim imieniu „utargował ze 150 SAR na tylko 80 SAR, bo jestem „miłym…jego… i w ogóle”.
Okazało się, że jednak pod moją nieobecność można posprzątać i w ogóle nikt mi nie będzie przeszkadzał i sprzątacz wie, że ma dołożyć najwyższej staranności sprzątając dom  „ miłego….”.
Głupio się czułem, jak facet brał się za pranie moich „ niewymownych” czy skarpetek.
Ale jeżeli chodzi o pralki, suszarki i inne dziwne łazienkowe urządzenia, to jestem totalny abnegat.
Dla mnie to nie był miażdżący wydatek -  i tak to sobie tłumaczę :D

poniedziałek, 4 marca 2013

Pralnia

Jako zwierz leniwy i pragmatyczny, odnoszę pranie…eeee,…..wróć  - wysyłam kierowcę do pralni.
Ceny pralni są tu na prawdę przyzwoite – za garnitur i 4 koszule z prasowaniem płaciłem 45 SAR.
Po środowym treningu First-Aid spakowałem pranie do wora i przekazałem kierowcy do zawiezienia.
Mimochodem spojrzałem na rachunek, coś jakiś wyższy, niż normalnie.
O jakieś 15 czy 20 SAR -  ki czort? Podrożało czy co? Patrzę drugi raz – jakieś długie spodnie i koszula z krótkim rękawem się tam pojawiła..hmm, Ale skąd ? Przecież nie zabrałem żadnych tego typu koszul, bo podobno nie wolno ich nosić (kolejna „czarna legenda” – WOLNO !  nie wolno chodzić w szortach PRZED kolana).
Ale nic, 15 SAR–ów nie majątek zobaczy się w czym rzecz, jak ciuchy wrócą z pralni.
Kierowca przywiózł pranie,  patrzę na przyniesione rzeczy a tam…… na wieszaku elegancko wyprana i wyprasowana….. podkoszulka, którą miałem na treningu i ……. moje ulubione bojówki…. WYPRASOWANE W „KANCIK”.
Do tej pory zbieram szczękę z podłogi :D
Pierwszy raz mam wyprasowane w "kant" bojówki

niedziela, 3 marca 2013

Amerykańskie tempo? U mnie to Pikuś :)

Jeszcze w sobotę rano jednemu z projektów poświęcałem minimalną ilość czasu, ponieważ miałem zamiar zrealizować go na spokojnie, jak w mądrych książkach piszą i jak pewien znajomy Andrzejek w Krakowie mnie uczył ;)  (jeśli to czyta, to zrozumie i wie o jaką okoliczność chodzi).
Ale nie – dowiedziałem się na spotkaniu, że jest on „priorytetowy” na okoliczność ważnej wizyty.
Na kiedy ?  -NA PONIEDZIAŁEK :D.
Z obłędem w oczach zacząłem improwizować
Co się udało, to się udało- efekty zrelacjonuję jutro.

sobota, 2 marca 2013

Czego brak mi w KSA

Nie jestem samobójcą, więc zacznę do tego, że najbardziej brakuje mi MOJEJ UKOCHANEJ MAŁŻONKI ALEKSANDRY ;)
Poza tym tego, czego tu nie ma.
Jestem wielkim „patriotą kulinarnym” tak więc dań kuchni polskiej czy węgierskiej brak mi bardzo.
Brak polskiego chleba bywa czasem uciążliwy, ponieważ do wyboru mam albo chleb arabski czyli pszenne placki albo pieczywo tostowe w angielskim stylu, którego nie znoszę jak morowej zarazy.
Brakuje mi wędliny, bo tutejsze nie są niestety najwyższych lotów.  I nie chodzi o to, że nie zawierają  wieprzowinki. Lokalne wędiny, które tu jadłem są jakieś takie niedoprawione i mało zdecydowane w smaku.
Na przykład w Turcji produkują kiełbasę z indyka w oparciu o polski przepis na ”krakowską podsuszaną”  Ta turecka "podróbka" naszej rodzimej "Krakowskiej" jest genialna w smaku. Nazywa się bodajże „polska” i droga jest tam jak sto nieszczęść.
Tęsknię za twarogiem (lokalne sery białe w smaku przypominają fetę) i  jogurtami smakowymi.
Tu jest tylko jakaś mutacja „Activii” (a ja na szczęście nie mam problemów, które pomaga rozwiązywać)  lub wyroby jogurtopodobne z połową tablicy Mendelejewa.
Soki owocowe - te 100% kosztują jakieś abstrakcyjne pieniądze typu 20-25 SAR za litr.
Brak mi wody mineralnej gazowanej w ludzkiej cenie, bo jest albo Perrier albo Sanpellegrino i nie są najtańsze.
Słodyczy - bo tutaj nawet czekolada Cadbury smakuje jakby była wymieszana dodatkowo pół na  pół z cukrem (Kinder Bueno również).
Jak pobędę tu dłużej, to i pewne lista się zrobi bardziej kompletna.

piątek, 1 marca 2013

Centrum szkoleniowe – tym razem First Aid

Wczoraj pomknęliśmy na kolejny kurs Rescue Teamów.
Po wejściu na salę – pierwsza obca „blada twarz” od przyjazdu.
Trener też zaskoczony, bo w firmach ze 100% kapitałem saudyjskim nie ma za wielu Euroamerykanów.
Ale najlepsze przed nami – oczywiście należy wypełnić papiery do certyfikatu z  kursu, facet widzi mój polski paszport i cieszy się, jakby rodzonego brata zobaczył – „"Pole ?- Splendidly, I like very much Polish films and the music"
Movies? -  Kieślowski, Wajda -  splendid creators .
And the music?  -Czesław Niemen.
I teraz nieśmiertelne pytanie z mojej strony:  „Where you are from  ?”
„Romania” – pada dumna odpowiedź.
A tak dokładniej to skąd pytam?  Z Transylwanii - odpowiada :)
No to oczywiście mówię „ O stary, pierwsza pomoc? Znaczy się takie sobie krwawiące rany, nieprzytomne ofiary ? Pokaż no ząbki, kochanieńki :D”
I obaj w śmiech. A cała reszta patrzy na nas jak na wariatów.
Pierwszy raz tak mocno odczułem odległość od domu  - bo jak to?  ktoś nie rozumie kontekstu żartu?
"Bramy Stokera" nie czytali czy co ? Ano, nie czytali.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...